31.08.2015

009. Wujowska serdeczność




Andrea z ulgą powitała wschód słońca. Gdy tylko jasne promienie rzuciły blask do jej pokoju, zsunęła z siebie kołdrę i wstała czym prędzej. Co prawda czuła, że głowa będzie ją bolała z niewyspania cały dzień, a oczy szczypały ją niemiłosiernie, ale nie miała zamiaru pozostać w tym pomieszczeniu dłużej, niż było to niezbędne. Ba, chciała jak najszybciej opuścić również posiadłość Blacków, znaleźć się jak najdalej od tego miejsca…
Podeszła do toaletki. Zobaczyła w lustrze bladą, nieco poszarzałą twarz z zaczerwienionymi spojówkami, spierzchniętymi ustami, skołtunionymi jasnymi włosami.
Cóż, wyglądała nie najlepiej, mówiąc delikatnie. Patrząc w swoje odbicie, miała ochotę się popłakać. Może nie tyle z powodu tego, co zobaczyła w lustrze, ale dlatego, że zbierało jej się na łzy już od dłuższego czasu. A dokładniej rzecz ujmując, od wczorajszego wieczoru.
Spuściła wzrok. Obok miski na wodę leżała zwinięta niedbale jej ozdoba na włosy, którą miała na weselu. Przypomniało jej to natychmiast Evana. Jego pobłażliwy uśmiech, kpiący głos. I te słowa, które wypowiedział na jej i Andrew temat w czasie rozmowy z Rabastanem.
Zacisnęła usta. Nie mogła się rozklejać. Nie teraz. Nie tutaj. Nie w tym życiu.
Evan miałby ubaw, gdyby mnie teraz zobaczył. A Andrew… Andrew pewnie znowu spojrzałby na mnie z tym dziwnym błyskiem w oku, tak jak wtedy, podczas Ceremonii Przydziału.
Odetchnęła głęboko.
– Najwyższy czas wziąć się w garść – mruknęła, unikając spojrzenia w swoje odbicie. – Wszystko się udało. Nie ma co się dręczyć.
Zrobiła przecież to, co powinna. Wykonała swój obowiązek. Co więcej, powinna być zadowolona, że rozmowa od początku do końca przebiegła pomyślnie i oddała przysługę całej swojej rodzinie.
Myśl o Vallenerim natychmiast wyrzuciła z głowy. Ciotka wspominała, że wuj Gerard mógł jej wszystko wytłumaczyć. Zatem na pewno to zrobi. Z całą pewnością.
Tylko dlaczego w takim razie cały czas w głębi jej serca panował cichy, wręcz nieśmiały, odziany w szaty z łez smutek?

Wezwany pstryknięciem palców skrzat domowy uprzejmie poinformował ją, gdzie przebywał aktualnie Gerard Rosier, sprowadził do właściwego pokoju jej zagubioną służącą i zaopatrzył we wszystko, co wczesnego ranka mogłoby się jej przydać. Szczerze żałowała, że w tym ekwipunku nie znalazło się miejsce na jakieś galliano czy szampan. Może poprawiłby jej humor.
Zaraz jednak zbeształa się za to w myślach.
Służąca wyglądała na zdezorientowaną. Niosła naręcze ubrań, a z torby przewieszonej przez ramię widać było przybory do włosów. Ledwie zamknęły się za nią drzwi, zaczęła zadawać mnóstwo niepotrzebnych – w odczuciu Andrei – pytań.
– Panienko, dlaczego panienka nie wróciła do swojego pokoju? Martwiłam się o panienkę! Gdzie się panienka podziewała wczoraj? Dlaczego jest panienka tutaj, skoro wszystkie rzeczy pozostały w tamtym apartamencie? Czy dobrze się panienka czuje?
Nie miała najmniejszej ochoty odpowiadać.
– Masz ubrania dla mnie? – zapytała tylko, starając się, aby jej głos nie brzmiał zbyt ponuro. Chyba średnio jej to wyszło.
– Ale…
Sugestywne spojrzenie brązowych oczu powstrzymało ją przed dalszym penetrowaniem sprawy. Już bez słowa podała Andrei sukienkę i krótkim ruchem różdżki napełniła dzbanek pod lustrem wodą. Dziewczyna, widząc to, nieznacznie się skrzywiła.
– Nie ma tu łazienki czy czegoś podobnego?
– Nie wiem, panienko – odparła służąca bezradnie. – Jestem pierwszy raz w  tej części dworu.
Oto, jak ją nagrodzono za wykonanie trudnego zadania. Wsadzono ją do pokoju o niskich standardach czy co? Nie wierzyła, że takie są w posiadłości Blacków. Oni zbyt lubili pławić się w bogactwie, żeby nie zaopatrzyć każdego pomieszczenia we wszelkie wygody, jakie wymyślono. Rozejrzała się wokół. Poprzedniego wieczora nawet jej przez myśl nie przeszło, żeby się wykąpać – zbyt była zmęczona. Ale teraz z radością spłukałaby z siebie wszelkie ślady po tamtym dniu i pozbyłaby się zapachu skórzanych foteli stojących przy marmurowym kominku.
Opadła na łóżko.
– Nie możesz rzucić zaklęcia wykrywającego? – burknęła.
Służąca z zakłopotaniem zaczęła przyglądać się własnym stopom. Płomienny rumieniec wypłynął na jej twarz.
– Ja, panienko… Zazwyczaj używam zaklęć jedynie czysto gospodarskich i nie…
– O, Morgano! – jęknęła Andrea. – Czy ty nie możesz się choć raz do czegoś przydać?! Jesteś beznadziejna.
Odpowiedziała jej cisza i pełne zakłopotania chrząknięcie służącej.
Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Jak przyciągane magnesem, jej myśli znów wróciły do tego jedynego tematu, wałkowanego przez nią od poprzedniego dnia.
Dobrze zrobiłam. Przecież dobrze zrobiłam…
Ale skoro zrobiła dobrze, dlaczego wciąż o tym tak myślała? Dlaczego wciąż czuła niepokój?
Spojrzała na posługaczkę wciąż stojącą koło toaletki. Zauważyła, że ta dyskretnie ocierała policzek prawą ręką. I nagle ukłuły ją wyrzuty sumienia.
Nigdy nie traktowała tak służby. Nie warczała na nich, nie oceniała, nie wyzywała. Dla niej byli to ludzie, którzy mieli swoje zadania do wykonania i nie poświęcała im zbyt dużej uwagi, ale także nie słyszeli od niej żadnego złego słowa. Co mnie napadło?, pomyślała.
– Przepraszam – wybąkała, trochę zmieszana. – Zapomnij o tym, słyszysz? Załatwmy toaletę jak najszybciej i zaprowadzisz mnie do mojego wuja.
Dziewczyna pociągnęła ostatni raz nosem, skinęła skwapliwie głową i zabrała się do pracy. Bez słowa.

– Witaj, Andreo – usłyszała, ledwie przekroczyła próg komnaty. Wuj na jej widok odłożył przeglądaną książkę. Podszedł bliżej, zlustrował ją wzrokiem i, co zdumiało Andreę bez reszty, uśmiechnął się z pewną dozą serdeczności. Być może to zaskoczenie nazbyt wyraźnie odmalowało się w jej oczach, gdyż pan Rosier odchrząknął i powrócił do swojej zwyczajnej poważnej miny.
– Dzień dobry – mruknęła niezbyt wyraźnie.
– Druella wspominała mi, że chciałabyś ze mną porozmawiać. – Wuj, swoim zwyczajem, przeszedł od razu do meritum sprawy. – Rozumiem, że masz na myśli wczorajsze zajście, czy tak?
Andrea nie odpowiedziała od razu. Po pierwsze, nie spodziewała się, że jej niemrawe powitanie nie zostanie skrytykowane. Po drugie, słowa wuja obudziły w niej świeże i wciąż niepokojące wspomnienia. Co prawda nie przerażały one tak bardzo, gdy za oknem świeciło słońce, cienie nie przybierały strasznych kształtów, pożywiając się jej wyobraźnią, ale wciąż rodziły pytania, które może powinny zostać bez odpowiedzi…
Bezwładne ciało Valleneriego znów pojawiło się przed jej oczami. Pamiętała je dokładnie, zupełnie jakby ktoś ten obraz wyrył w jej pamięci niczym w kamieniu. Pamiętała każdą kroplę krwi. Pamiętała barwę jego szat. Pamiętała nawet, jakie sygnety miał na palcach prawej dłoni. Dopiero teraz uświadamiała sobie ten bezmiar niepotrzebnych szczegółów.
– Andreo? – Głos Gerarda Rosiera wyrwał ją z zamyślenia. – Czy dobrze się czujesz?
Zamrugała, by odegnać niechcianą wizję i spojrzała na niego. Przyglądał się jej badawczo.
– T–tak – odparła. – Raczej tak. Ale…
Wuj bez słowa odwrócił się i podszedł do masywnego dębowego stołu. Machnął krótko różdżką. Na blacie pojawił się dzbanek z wodą i mały flakonik.
– Wciąż wyglądasz na zdenerwowaną – stwierdził, przygotowując roztwór z wonnego płynu.
Andrea zastanawiała się chwilę, co odpowiedzieć, ale nie zdążyła swoich trosk ubrać w słowa, bo Gerard Rosier podstawił jej pod nos szklankę.
– Do dna, moja droga. Dobrze ci zrobi – zachęcił ją, a kiedy zaczęła oglądać ją nieco podejrzliwie, dodał – To samo, co wczoraj. A wczoraj podziałało, prawda?
– Chyba tak – przytaknęła.
To samo? To, co wówczas przyrządziła Druella, a on powiedział, że to ukoi jej nerwy?
Wypiła. Lekko metaliczny posmak pozostał w jej ustach, już po kilku sekundach poczuła, jak jej umysł odpręża się.
Podziękowała skinieniem głowy. Wuj poprowadził ją w głąb pokoju i wskazał zachęcającym gestem na fotel, a gdy Andrea zajęła miejsce, usiadł naprzeciwko.
– Dobrze. To o czym chciałaś ze mną mówić? – zapytał.
– Chciałam… Chciałam zapytać – zaczęła nieco nieskładnie. Splotła palce dłoni na kolanach, próbując powstrzymać nieelegancki odruch pocierania kciuków. Na pewno w tej chwili wuj mógłby wiele zarzucić jej postawie, ale wciąż powstrzymywał się od uwag. Czekał. I to z niewątpliwą życzliwością, która uwidaczniała się w wyrazie jego oczu.
A z drugiej strony, pomyślała z nagłym spokojem, czemu nie powiedzieć prosto z mostu tego, z czego zdawała sobie sprawę? Że mnie okłamali i chcę wiedzieć dlaczego?
– Widziałam… Widziałam profesora… Profesor Valleneri – wydusiła z siebie w końcu w sposób, który zdecydowanie odbiegał od tego, jaki sobie wyobrażała.
Pan Rosier nie wyglądał na zaskoczonego. Pokiwał powoli głową.
– Rozumiem. – To jedno słowo, wypowiedziane tak łagodnie, tak cicho, tak wyrozumiale, podziałało bardziej kojąco na jej nerwy niż eliksir, jakim ją napoił. Znów poczuła otuchę, wsparcie tego człowieka, który wczoraj okazał jej tyle empatii.
I chociaż bardzo chciała zadać to zasadnicze pytanie, chociaż czekała na wyjaśnienie tych tajemniczych niedomówień – nagle zwątpiła.
– Andreo, zanim wyjaśnimy do końca tę sprawę, która tak cię, jak widać, trapi, odpowiedz mi, proszę, na jedno pytanie. – Pochylił się ku niej i popatrzył prosto w oczy. – Ufasz mi?
Jego wzrok był tak intensywny, że gdzieś w głębi jej umysłu pojawiła się chęć, by odwrócić głowę, by uwolnić się od tej więzi, którą on zdawał się narzucać. Jednak tego nie zrobiła – nie odważyła się. W pierwszej chwili zamarła w całkowitym bezruchu, odwzajemniając to spojrzenie, a potem zamrugała kilkakrotnie.
– Tak, wuju – odpowiedziała i nim jej głos przebrzmiał, poczuła nagły przypływ pewności, że to stwierdzenie było jedynym słusznym.

Evana obudziło pukanie do drzwi. Nie było głośne, ale denerwująco jednostajne i nie cichło, pomimo że przez dobrych parę minut nie potrafił się zdecydować, czy zakwalifikować je do świata jawy czy snu. Gdy w końcu rozstrzygnął tę kwestię, zaklął szpetnie i mruknął coś, co dobijający się wziął za zaproszenie do środka.
Tym, kto śmiał przerwać jego odpoczynek, okazał się skrzat domowy. Wetknął tylko głowę przez szparę w drzwiach i oświadczył skrzekliwym głosem:
– Ojciec panicza zadecydował, że jaśnie państwo wracacie do domu już dziś.
– Słucham? – mruknął Evan. Słowa sługi docierały do niego z niejakim opóźnieniem. Gwałtownie przetarł zaspane oczy ręką i mimowolnie przeczesał palcami rozwichrzoną czuprynę, doprowadzając ją do jako takiego porządku.
– Jaśnie pan prosił, aby panicz przygotował się do powrotu do domu – wyjaśnił skrzat.
Już? Decyzja taka byłaby zrozumiała, gdyby jego ojciec przegrywał potyczki słowne z gospodarzem domu i chciał w jakiś sposób zamanifestować swą niechęć, ale z tego, co Evan widział, nic takiego nie miało miejsca. Ba, wręcz przeciwnie.
– Dlaczego? – zdziwił się.
– Tego już nie w…
– Nie mówiłem do ciebie – warknął Evan. Skrzat skłonił się niezgrabnie i wycofał czym prędzej.
Świetnie. Nie ma to jak wczesna pobudka po tak niebotycznie pełnym rozmachu weselu.
Zerknął na zegar, który cicho tykał na komodzie. Jego złote, zdobne wskazówki pokazywały godzinę, która w normalnych warunkach za jutrzenkową uznana być nie mogła, ale wziąwszy pod uwagę obfity we wrażenia dzień wczorajszy, Evan, zobaczywszy ją, potarł ze zniechęceniem oczy.
Idea przyspieszonego wyjazdu z rezydencji Blacków niespecjalnie przypadła mu do gustu. Nie żeby był miłośnikiem spotkań rodzinnych – co prawda takie zebranie różnorodnego ze wszech miar towarzystwa w jednym miejscu miało swoje ciekawe konsekwencje i samo w sobie niosło ze sobą obietnicę zabawnych i interesujących zdarzeń i obserwacji, ale prędzej czy później po prostu musiało zacząć nudzić. Oczywiście nie każdy odbierał je w ten sposób. Zapewne spora część ludzi znajdowała przyjemność w samym puszeniu się swoim obyciem towarzyskim wśród krewnych, jednak Evan do nich nie należał. Lecz mając w perspektywie powrót do domu i spędzenie tych kolejnych dni jedynie w towarzystwie ojca, Ericsonów i służby, przedłużenie pobytu u Blacków znajdował jako niezwykle zachęcające i zwyczajnie bardziej atrakcyjne.
Wybór nie należał jednak do niego i świadom swojej bezsilności, zmełł w ustach kolejne przekleństwo, po czym już z pozornym spokojem zaczął przygotowywać się do opuszczenia tego miejsca.
Po doprowadzeniu swego wyglądu w miarę do porządku wyszedł z pokoju i udał się do części apartamentu zajmowanej przez jego ojca. Teraz, kiedy rozbudził się na dobre, zaczął się zastanawiać nad tym, jak dokładnie ten powrót miał wyglądać. Czy planowany był natychmiast, na popołudnie, a może na wieczór? Każda z tych opcji przedstawiała kompletnie inną wizję tego dnia. Co prawda ze słów skrzata wynikało, że nie pozostało wiele czasu, ale z drugiej strony znów tutaj pojawiało się pytanie – skąd, u diabła, taki pośpiech?
Roztrząsanie tego zagadnienia zajęło mu całą, niezbyt długą zresztą, drogę do drzwi. Zapukał i, nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka, do jasnego, przestronnego saloniku. Jego wzrok padł na szeroką kanapę stojącą naprzeciw dużego okna, z którego roztaczał się wspaniały widok na zadbany ogród. Na niej siedział jego kuzyn, wyprostowany jak struna, trochę tępo wpatrujący się w przestrzeń.
– Witaj, Andrew – rzekł uprzejmie i ze złośliwą satysfakcją zauważył, że na dźwięk jego głosu ten drgnął zauważalnie.
Ericson obejrzał się przez ramię.
– Evan – mruknął na jego widok. – Ciebie też już powiadomili?
– Raczej jest logiczne, że powinni powiedzieć nam wszystkim, prawda? – zauważył.
Evan podszedł do sofy i rozsiadł się obok Andrew. Rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie, choć urządzone niewątpliwie w guście Blacków, nosiło wyraźne znaki obecności Gerarda Rosiera, począwszy od kilku bibelotów zdobiących szeroką komodę (przywiezionych najwyraźniej z Anchor), a skończywszy na portrecie protoplasty jego rodu, który wisiał nad znajdującym się po ich lewej stronie wygasłym kominkiem.
– Ojciec jest zajęty? – zapytał Evan, chociaż domyślał się odpowiedzi.
– Podobno za chwilę przyjdzie – odparł, wskazując na zamknięte drzwi prowadzące z salonu do gabinetu. – Evan, czy ty wiesz, dlaczego mamy wcześniej wyjechać?
Pytanie to, które sam już sobie kilka razy zadawał, usłyszane teraz, zirytowało go.
– Zapewne dlatego, że wśród gości wybuchła epidemia smoczej ospy – oświadczył ze śmiertelną powagą.
Widok niepokoju, który natychmiast odmalował się na twarzy Andrew, poprawił mu humor. Prychnął śmiechem.
– Bardzo śmieszne – burknął jego kuzyn na to i powrócił do poprzedniego fascynującego zajęcia, jakim było gapienie się w okno.
Przed weselem Evan zastanawiał się, jak Andrew, tak mocno skrzywdzony przez los przez nie obdarzenie go poczuciem humoru, przetrwa to rodzinne spotkanie. Z pewną dozą samozadowolenia stwierdził, że nie wszystkie nauki, które serwował bliźniętom w Anchor, poszły w las i Ericson nawet nieźle sobie poradził, szczególnie podczas obiadu w ścisłym gronie najbliższych krewnych. Widocznie to jego sztywniactwo nie było tak beznadziejnym przypadkiem, na jakie wyglądało… Albo po prostu dopisało mu szczęście. W przeciwieństwie do Andrei, która nie była w stanie sklecić jednego porządnego zdania, nie mówiąc już o dyskusji, kiedy ten wdał się w całkiem udaną rozmowę z Lestrange’em. Może nie wyjątkowo porywającą, ale wystarczająco wciągającą, aby jego rozmówca nie próbował go spławić. No i nie okraszoną żadnymi wpadkami…
Właśnie. Wspomnienie tamtych chwil skierowało jego myśli ku Andrei, której absencja nagle zwróciła jego uwagę.
– Gdzie właściwie podziewa się twoja siostra? – zagadnął więc.
Andrew jedynie wzruszył ramionami, najwyraźniej wciąż naburmuszony.
Evan podrapał się po głowie. Powinna właśnie siedzieć w salonie jego ojca razem z nimi, a biorąc pod uwagę jej odwieczne posłuszeństwo, jej nieobecność wydawała mu się dosyć dziwna.
Kiedy właściwie widział ją po raz ostatni? Obrócił w pamięci poszczególne wydarzenia z przyjęcia. Ach tak, przed tańcami. Potem widział ją jeszcze kilkakrotnie kątem oka – na parkiecie, wśród tłumu podczas tamtego ekscesu z Włochami – i to wszystko. Ciekawe, co przez ten czas robiła.
– Może znalazła się wśród ofiar epidemii – odezwał się wciąż nastroszony Andrew.
Evan zerknął na niego ze zdziwieniem.
– Czy ty właśnie próbowałeś zażartować? – Uniósł brwi. – Chyba muszę to zapisać.
Czy Andrew zdołałby znaleźć ripostę na to stwierdzenie i ile czasu zajęłoby mu jej wymyślenie, Evan się już nie dowiedział, bo drzwi do gabinetu otwarły się. Natychmiast obaj wstali, a zaraz i na ich twarzach odmalowało się tak samo wielkie zdumienie.
Z komnaty wyszedł Gerard Rosier, który, pochylając się ku niej i trzymając rękę na jej ramieniu, rozmawiał półgłosem z nikim innym jak Andreą.
Evan pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia. Przyjrzał się kuzynce uważniej i wtedy dostrzegł, że wyglądała inaczej. Czy to za sprawą zmęczenia, tak widocznego w jej całej postaci? Tę opcję natychmiast odrzucił. Coś innego pojawiło się w jej mimice, okraszona niezrozumiałym przygnębieniem powaga z nutką dojrzałości, jakiej nigdy u niej nie widział.
Nagle podniosła wzrok. Na widok brata i kuzyna przystanęła. Pobladła nieznacznie, potem zaczerwieniła się i spuściła głowę, jakby próbując ukryć swoje zmieszanie.
Gerard Rosier uścisnął jej ramię w geście pociechy, co Evana zdziwiło jeszcze bardziej. Nigdy, przenigdy jego ojciec nie okazywał któremukolwiek z Ericsonów ciepłych uczuć, a ten ruch w jego przypadku był równoznaczny z niezwykłą wylewnością.
Może stałby i wpatrywał się w tę scenę dłużej, ale wymowne spojrzenie ojca, dalekie od wyrozumiałego i ciepłego, otrzeźwiło go.
– Dzień dobry, ojcze – powiedział, tak jak od niego oczekiwano i zaraz też szturchnął Andrew, który najwidoczniej miał jeszcze większe trudności ze zrozumieniem tej sytuacji niż on sam.
– Dzień dobry, wuju – pośpieszył z powitaniem gorliwie i rzucił Evanowi krótkie spojrzenie, niewolne od wyrzutu, ale dominowało w nim jednak to samo niezadane pytanie, które krążyło po głowie młodego Rosiera: „O co tutaj chodzi?”.
Jednak jakoś ani jeden, ani drugi nie potrafił wysłowić swoich wątpliwości, szczególnie że, kiedy tylko dopełnili niezbędnych formalności powitalnych, Gerard Rosier zmierzył ich łaskawszym wzrokiem i wyjaśnił:
– Wracamy zaraz po śniadaniu. Mam nadzieję, że jesteście gotowi do drogi – rzekł to tonem tak kategorycznym, że nikt nie śmiałby zaprzeczyć, nawet gdyby zaistniała taka potrzeba.
Andrew pokiwał głową, a Evan, nie czując się w obowiązku komentować słów ojca, znów przeniósł wzrok na Andreę. Wydawało mu się, że przyglądała się mu spod oka, ale nim ich spojrzenia się spotkały, odwróciła głowę.
To było do niej niepodobne.
– A jeśli mogę spytać – zaczął powoli, wciąż jeszcze obserwując kuzynkę  – skąd ten nagły pośpiech?
– Nagły? O, tutaj przesadzasz, Evanie – odparł Gerard Rosier spokojnie. – Ta opcja była brana przeze mnie pod uwagę. Czemu miałby cię ten wyjazd tak dziwić?
– Bo nic na ten temat mi… nam – poprawił się szybko – nie byłeś łaskaw wspomnieć, ojcze.
Andrew skrzywił się lekko, słysząc to. Uniósł dłoń, lecz nim zdążył zaprzeczyć i odciąć się od tej wypowiedzi, która, w jego mniemaniu, zabrzmiała zbyt zuchwale, ojciec Evana popatrzył na nich, a subtelna zmiana w wyrazie jego twarzy, mocniejsze zaciśnięcie ust i lekkie zmrużenie oczu, spowodowała, że Ericson jednak zmilczał.
– Kiedy dorośniecie i zyskacie pozycję, będziecie rozliczać innych z ich słów – rzekł sentencyjnie, a w jego oczach pojawił się niepokojący, ostrzegawczy błysk. – A teraz wyjdźcie. Wszyscy troje.
Rozkazowi temu chłopcy podporządkowali się bez szemrania. Kiedy byli już przy drzwiach, usłyszeli jednak głos Andrei:
– Ale… Wuju, czy mogłabym…
Evan obejrzał się i to, co zobaczył, utwierdziło go w przekonaniu, że albo tkwił w jakimś dziwacznym śnie, albo wypił poprzedniego dnia coś halucynogennego, albo jego ojca ktoś podmienił… A raczej Andreę. A może ich oboje.
Patrzyła na swojego wuja z niemą prośbą, splatając przy tym palce u rąk. A on patrzył na nią cierpliwie, a gdy tak plątała się we własnych słowach, obie dłonie położył na jej ramionach i popchnął ją delikatnie w stronę wyjścia.
– Idź z nimi, dobrze? – poprosił, używszy znacznie łagodniejszego tonu.
Nie zjechał jej. Nawet nie powtórzył nakazu. Tylko poprosił. P o p r o s i ł . Ni stąd, ni zowąd zaczął ją traktować jak jakieś miłe domowe zwierzątko. Co tu się do cholery dzieje?, myślał Evan, gdy już zatrzasnęły się za nimi drzwi.

_____________________
Huh, czyżbym właśnie zmieściła się w narzuconym przez siebie terminie? <werble>
Rozdział miał być dłuższy. Będzie druga część albo po prostu siódemka zostanie tasiemcem. Zobaczymy. 
Pozdrawiam wszystkich, którzy czytają to opowiadanie, a tym, którzy mają jutro rozpoczęcie roku, życzę powodzenia w szkole. :)

3 komentarze:

  1. To znowu ja :*
    Opłacało się często tu zaglądać!!! :3
    Przeczytałam ten rozdzialik bardzo bardzo szybciutko :3 Baaardzo mi się to podobało mimo że to taaaakie króciutkie, az chce się więcej i więcej :3
    Czekam na dalszy ciąg :****
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestes wspaniala :**
      Specjalnie dla Ciebie dzisiaj i jutro postaram sie to napisac. :D
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Rozdział bardzo mi się podobał. Co prawda akcja posuwa się do przodu bardzo wolno i raczej nie ma co się spodziewać tutaj... Szybkich wątków, to jednak naprawdę lubię to opowiadanie. Moja ulubiona częścią w opowiadaniach czy książkach sa opisy uczuc i sposob kreowania bohaterów oraz relacji miedzy nimi, a to wlasnie stanowi kwintesencję Twojej historii. Żal mi andrei, ze tak łatwo daje sobą manipulować. Oczywiste jest, ze wywar, który jej podają, ma na celu zrobić jeszcze większa sieczkę z jej mózgu... Teraz uważa wuja za jeszcze większy autorytet niz wczesniej. Ten chyba jednak odczuwa jakieś małe wyrzuty sumienia albo jest mu jej żal, Bp faktycznie traktuje ją jak jajko, nic dziwnego, ze Evan to zauważył... Jest w końcu inteligentny... A, jest jeszcze cos, za co naprawdę lubię Twoje opowiadanie - dbałość o tworzenia tła i to szczegółowego-jak np.pokazanie służby, skrzatów, opisy domostwa... Piszesz naprawdę wspaniałe. Z niecierpliwoscią czekam na cd i zapraszam na v rozdział na zapiski-condawiramurs

    OdpowiedzUsuń