13.06.2015

008. Za honor rodziny (c.d.)



Pokój, do którego przyprowadziła ją ciotka, nie wyglądał przyjaźnie. Cienie tańczyły po ścianach, a drżące płomyki świec rzucały migotliwy blask na dwóch mężczyzn. W jednym, siedzącym w fotelu o skórzanym obiciu, rozpoznała wuja Gerarda. Drugi stał kilka kroków z tyłu, skryty w mroku. Nie widziała jego twarzy, ale czuła podświadomie, że obserwował ją uważnie.
– Druello – Gerard Rosier skinął jej głową nieznacznie, ale przy tym ze zbyt dużą – przynajmniej według Andrei – intensywnością wpatrując się w nią jak na tak nieznaczny gest.
Druella zacisnęła usta jeszcze bardziej i zmrużyła oczy jakby na znak zgody.
– Możemy już zaczynać? – rozległ się zrzędliwy głos. Cygnus Black wyszedł z cienia. Andrea, widząc go, cofnęła się instynktownie o dwa kroki i być może uczyniłaby ich jeszcze kilka, gdyby nie koścista dłoń ciotki, która niespodziewanie opadła na jej ramię i uwięziła w żelaznym uścisku. Nie pozostało jej nic innego, jak poddać się temu niememu rozkazowi. Jej myśli jednak nie mogły zostać w tak prosty sposób ujarzmione – krążyły po jej głowie chaotycznie niczym spłoszone ptaki, skrzeczące bez ładu i składu, próbujące w rosnącym harmiderze przekazać swoje wieści, każdy inne, powodując nieznośny szum i zamęt. Przede wszystkim gnębiło ją pytanie, czego od niej chciało wujostwo. Niepokoili ją – widziała, że ledwie panowali nad zdenerwowaniem. Wyjątek stanowił pan Rosier, jednak ten nigdy nie pozwalał, by emocje przejmowały nad nim władzę, zatem nie było w tym dla niej nic dziwnego.
– Andreo, odpowiedz mi teraz szczerze – rzekł Gerard Rosier, a dziewczyna wyczuła w jego głosie niepokojące twarde nuty. Natychmiast się spięła. Ten ton przywodził jej na myśl godziny spędzone w gabinecie pani Noux – zarówno w skandynawskiej rezydencji jak i na Islay – kiedy nauczycielka bezwzględnie odkrywała braki w jej wiedzy. Nie lubiła tych chwil. Wieloletnie doświadczenie nauczyło ją, że po nich następowała kara, która zazwyczaj była bolesna i na długo zapadała w pamięć. Ale, o dziwo, to nie ona napawała ją największym lękiem. Andrea wręcz drętwiała ze strachu, gdy przeczuwała nadejście tych kilku minut zwiastujących burzę. Zupełnie jakby całe przerażenie postanowiło zgromadzić się w tym właśnie momencie, wyszaleć, posiać wszelkie możliwe wątpliwości w jej umyśle, a gdy nadchodziło właściwe zagrożenie, zwinąć się w kłębek i pogrążyć w smacznym śnie. Andrea była pewna, że właśnie znajdowało się to na etapie radosnych tanów. Nie pomagał jej fakt, że nadal nie miała pojęcia, czego tyczyło się to tajemnicze zebranie.
Patrzyła na wuja, czując, że jej oczy rozszerzyły się charakterystycznie, zdradzając strach. I on niewątpliwie to dostrzegł.
– Andreo – zwrócił się do niej łagodnym nadzwyczaj głosem Gerard Rosier. – Powiedz mi, proszę, czy twoja matka spokojnie przyjęła wiadomość o tym, że nie została zaproszona na odbywające się właśnie wesele? Zastanów się dobrze nad odpowiedzią. To bardzo ważne, co teraz powiesz.
Andrea czuła na sobie baczne spojrzenia Blacków. Ba, oni przeszywali ją wzrokiem i zgoła bez cienia przychylności.
O co tu chodzi?, pomyślała, już całkiem skołowana. Po co ta cała aura tajemniczości, spotkanie z dala od weselników, skoro pytanie dotyczyło sprawy prozaicznej? Przecież równie dobrze mogli o tym porozmawiać na górze, korzystając z suto zastawionych stołów i towarzystwa ludzi. W dodatku Rosier doskonale zdawał sobie sprawę z zapatrywań jej matki na całe zajście.
Wówczas wuj po prostu zapytałby ją o to, bez tego dziwnego wstępu, bez akcentowania wagi jej słów…
Zaraz, zaświtało jej w głowie. Może właśnie tutaj tkwi problem? Może to nie wuj Rosier oczekuje mojej odpowiedzi ale Blackowie, którzy pewnie nawet się nie łudzą, że byłabym skłonna cokolwiek na ten temat powiedzieć? I może właśnie dlatego wuj mówi w tak nietypowy sposób, podkreśla, że ważne jest, co ONI usłyszą? Przecież on wie. Wie, jak mama się wściekła. A czy oni muszą wiedzieć? A może… Nie, dlaczego miałabym kłamać…?
– Spokojnie przyjęła? – powtórzył wuj Gerard.
Znowu kładł nacisk na to słowo. Widocznie zależało mu na odpowiedzi twierdzącej i Andrea to wyczuła. A wuj Gerard był gospodarzem domu, w którym mieszkała przez te wakacje. Pełnił tę samą rolę, co jej rodzice. Nie powinna się mu sprzeciwiać. Nie mogła mu się sprzeciwiać.
W jednej chwili odrzuciła wszelkie wątpliwości i odparła:
– Oczywiście.
– Odpowiedz pełnym zdaniem, proszę – rzekł Rosier, a w jego tonie wyczuła lekką przyganę.
– Moja matka przyjęła spokojnie wiadomość o tym, że nie została zaproszona na wesele – wyrecytowała posłusznie.
Ledwie wybrzmiało ostatnie jej słowo, wuj Gerard przeniósł wzrok na Druellę. Sprawiał wrażenie, jakby wypowiedź siostrzenicy mało go interesowała, jakby skupiał się na jakimś innym aspekcie tego spotkania, który pozostawał ukryty przed umysłem młodej Ericson.
– Nic nie wyczułam – powiedziała ciotka dosyć sucho, ale w jej głosie pojawiło się coś, co łudząco przypominało nutkę… podziwu? Czy to możliwe?, przemknęło Andrei przez głowę.
– Wygląda zatem na to, że wasza propozycja jest realna.
– Owszem. I jej wygląd jest atutem – dodała Druella takim tonem, jak gdyby oceniała funkcjonalność mebla. – Młoda. Niewinna.
– Posłaniec prawdy – dokończył Cygnus Black, a jego usta wykrzywiły się w paskudnym uśmiechu.

Onetelli… To nazwisko, jeszcze do niedawna praktycznie jej nieznane, miało na długo pozostać w pamięci Andrei. I kiedy szła upiornie pustymi i cichymi korytarzami rezydencji Blacków pod przewodnictwem Druelli, przemknęło jej przez myśl, że to całe zajście jakoś dziwnie koło niej przepłynęło, jakby obok, ledwie o nią zahaczając. Obrazy zarówno z komnaty, gdzie postawiono ją przed tą dziwną rodzinną radą, jak i z saloniku, gdzie przesiadywał włoski profesor, przeplatały się ze sobą, pojawiały się raz po raz przed jej oczami niczym niechciane zdjęcia, a z drugiej strony nie wywoływały u niej żadnych gwałtownych emocji. Pozwalała im materializować się i niknąć, nie zastanawiając się nad nimi, nie poszukując w nich żadnego sensu, nie rozpamiętując nawet swoich słów i nie próbując oceniać ich słuszności. Nie miała na to siły.
Onetelli. Wuj bardzo dokładnie jej wytłumaczył, że ta osoba może zaszkodzić Blackom, a w konsekwencji także im, Rosierom i Ericsonom.
– To kwestia dyplomacji. Nie pojmiesz wszystkiego, choćbym nawet i chciał ci to wszystko wyłożyć – mówił łagodnie i spokojnie, co dziwnie kłóciło się z tym, co wcześniej zaobserwowała u Cygnusa. – Zresztą, czas nagli.
Zdążył jednak jej objaśnić z niezwykłą cierpliwością, że w wyniku incydentu, jakiego byli wszyscy świadkami na weselu, pan Onetelli i Valleneri zostali wyprowadzeni z sali, aby na spokojnie wyjaśnić powody poprzedniego wzburzenia.
Ale przecież oni nie byli zdenerwowani, miała ochotę powiedzieć Andrea. Oni byli skrajnie przerażeni. To Bellatrix…
Wówczas pan Rosier spojrzał na nią i wyczytawszy z jej oczu wahanie, pośpieszył z dalszą porcją informacji. Przecież znała temperament swej kuzynki, mówił. Wszyscy go znali. Ale nawet taka żywiołowa osoba jak pani Lestrange nie wpada w szał bez powodu. A przyczyną teraz, na weselu, była właśnie buta tych panów. Ośmielali się jawnie krytykować stronnictwo arystokratyczne. Na weselu u Blacków! Toż to niesłychany mezalians.
W tym momencie Andrea przypomniała sobie anegdotkę o Kasjopei i Druelli i pomyślała, że skoro rzeczywiście Włosi używali niewłaściwych słów przy niewłaściwych – mówiąc bardzo ostrożnie – osobach, to aż dziw, że nie doznali uszczerbku na zdrowiu.
A w chwilę później skwitowała swoją myśl stwierdzeniem, że nie należy zbyt prędko wyciągać wniosków.
Valleneri nie żył? Nie mogła w to uwierzyć; nogi się pod nią ugięły, ale na szczęście czujny Gerard Rosier zareagował natychmiast i krótkim ruchem różdżki przywołał krzesło. Opadła na nie z kompletnym brakiem gracji, ale pomimo że znajdowała się w towarzystwie takich pedantów jak jej wujostwo, nie przejęła się tym całkowicie. Nie potrafiłaby się koncentrować na takich drobiazgach w obliczu tragedii, jaka nastąpiła.
Widząc jej szok i rodzący się strach, Rosier począł ją uspokajać. To się zdarza, niewątpliwie jest to bardzo przykra okoliczność dla wszystkich zgromadzonych, ale takich wypadków losowych nigdy wykluczyć nie można. Pan profesor Valleneri już od dawna nie cieszył się dobrym zdrowiem, co choćby w tej chwili Narcyza może potwierdzić (a ponieważ panny młodej na podorędziu nie było, gorliwie przytaknęli jego słowom jej rodzice).
– Podczas rozmowy, kiedy to mieli sobie wyjaśnić wraz z przedstawicielami gospodarzy domu pewne niejasności, tę szacowną osobę poniosły emocje. Na nic zdały się próby uspokojenia, wzburzenie było już zbyt silne, a jako że serce to nie miało już takiej wytrzymałości jak kiedyś, cóż – zaowocowało to tym przykrym wypadkiem. – Rosier pochylił głowę w geście smutku i szacunku do zmarłego. – Mną nie mniej wstrząsnęła ta wiadomość niż tobą, Andreo. Miałem zaszczyt rozmawiać z profesorem Vallenerim. Był to bardzo szeroko wykształcony, światły człowiek, a także wydawał się rozważny w swych sądach. Czy jednak to ostatnie wrażenie pokrywało się z prawdą… Nie, nie roztrząsajmy tego teraz. Niech odpoczywa w pokoju, nie nam go oceniać.
W milczeniu zaczęła wpatrywać się w swe splecione dłonie. Nie widziała wymienianych przez obecnych w pomieszczeniu spojrzeń, nie obserwowała bacznie zgromadzonych tu jej krewnych. Nawet gdyby była w stanie podjąć się tego zajęcia po tak nieprzyjemnej wiadomości, na pewno nie dostrzegłaby wiele szczegółów, a już na pewno nie potrafiłaby wyciągnąć z tego wielu wniosków. Nie była mistrzynią w obserwacjach, co nie zmieniało się ani odrobinę, chociaż co najmniej kilkakrotnie próbowała je przeprowadzać na wzór swego kuzyna.
Jedno przeczuwała, a nastrój panujący w tej pogrążonej w półmroku komnacie spowodował, że przeczucie to przerodziło się w obsesyjną pewność, podsycaną przez przewrażliwioną duszę – coś tu było nie tak. Nie powinno jej tu być. Nic z tego, czego była tu świadkiem, nie powinno się zdarzyć.
Wuj najwyraźniej dostrzegł jej zdenerwowanie. Jego oznaki były zresztą dość widoczne, gdyż Andrea zaczęła drżeć, dręczona niepewnością sprowadzającą się do zasadniczego pytania, jaki właściwie był cel jej przywołania. Wtedy zdobył się na coś, czego się po nim na pewno nie spodziewała i co w mniej niezwykłych okolicznościach uznałaby za dziwne. Otóż wstał z fotela, podszedł do niej, położył swe ciepłe dłonie na jej ramionach i ścisnął je lekko w pocieszającym geście.
Wtedy poczuła nagły przypływ otuchy. I nie przemknęło jej nawet przez głowę, że zachowanie wuja było co najmniej nietypowe. Nie. Wręcz przeciwnie – przypływ niespodziewanej ufności i lekkiej, nieśmiałej ulgi zawitał do jej dręczonego wątpliwościami umysłu.
Te uczucia wciąż utrzymywały się w jej sercu po całym zajściu, gdy już zmierzyła się z wyznaczonym zadaniem. Wspomnienie uśmiechu wuja, serdeczności, z jaką podał jej szklankę z orzeźwiającym napojem, podtrzymywało ją na duchu, a także pomagało jej, otumanionej wszystkimi wrażeniami z ostatnich godzin, znaleźć siły na to, by pokonywać w ślad za ciotką kolejne nieznane jej schody. Zupełnie jakby jego dłoń, silna i pewna, wciąż spoczywała na jej ramieniu, dając oparcie i delikatnie kierując na właściwą drogę, a chłód sygnetów zdobiących jego palce przywracała rozsądek…
Kolejne piętro. Druella Black rozejrzała się wokół, po czym chwyciła Andreę za rękę i – zgoła bez zbędnych uprzejmości – pociągnęła ją w głąb słabo oświetlonego korytarza. Chodnik tłumił ich kroki. Tempo narzucone przez ciotkę było nieco zaskakujące – przypominało trochę ten moment, gdy prowadziła ją przed oblicze Gerarda Rosiera i swojego męża. To skojarzenie pojawiło się w umyśle Andrei i prawie natychmiast zniknęło, niczym zdmuchnięty płomień świecy.
Leniwy półmrok panujący wokół zakłóciła smuga światła – ktoś uchylił drzwi na drugim krańcu korytarza, po lewej stronie. Dobiegały stamtąd także przytłumione głosy, ale nie sposób było rozróżnić słów, które padały w tamtym pokoju. O tej porze? Ale ledwie Andrea zaczęła się nad tym zastanawiać, już umysł podsunął jej usłużnie zadowalające wyjaśnienie. To w końcu wesele… Właściwie nic nadzwyczajnego. Ciotka znów zmusiła ją do przyspieszenia kroku, jakby chciała jak najszybciej umieścić podopieczną w sypialni i tym sposobem się jej pozbyć.
Ale mimo swojej banalności, ten jasny trójkąt, ujawniający przy okazji kolor chodnika (ciemnozielony), przyciągał jej wzrok. Nie myślała o tym, co się działo w pokoju, nie zastanawiała się nawet, kto mógł się w nim znajdować ani nie wykrzesała z siebie ani odrobiny ciekawości na jakikolwiek temat pokrewny. Po prostu wpatrywała się w ten fragment podłogi, jakby był wyjątkowo interesującym obiektem.
Naturalnym było więc także, że gdy przechodziła tuż obok tych uchylonych drzwi, jej wzrok niczym po sznurku pobiegł ku rzęsiście oświetlonemu wnętrzu i przez ten ułamek sekundy zarejestrował nawet dokładnie scenę rozgrywającą się w pokoju.
Dwie postaci nakrywały poplamionym prześcieradłem brodatego, zakrwawionego mężczyznę w pomiętej szacie z rozdartym rękawem spoczywającego bezwładnie na podłodze. Dopiero na kolejnej klatce schodowej Andrea pojęła, że właśnie zobaczyła ciało świętej pamięci Valleneriego.

Zawał serca.
Tak powiedziała.
Wedle wskazówek wuja Gerarda oraz Blacków.
Do przytulnego saloniku weszła sama. Pierwszym co zobaczyła, był wesoło trzaskający niewielki ogień w marmurowym kominku. Jego ciepły blask opromieniał miękki, pluszowy fotel i postać, która w nim siedziała.
Andrea doskonale wiedziała, że był nią coraz bardziej niecierpliwiący się profesor Onetelli, ale aktualnie mogła jedynie podziwiać jego łysinę z tyłu głowy. Zdawał się zupełnie nie zauważyć jej wejścia.
Zakasłała nieznacznie, by zwrócić na siebie uwagę. Dopiero wtedy odwrócił się. A raczej – poderwał z miejsca. Tak, to było lepsze określenie. Na jej widok uniósł brew sapnął jakby z rozczarowaniem.
– Słucham – rzekł niechętnie.
Andrea nabrała tchu i z niemałą tremą sięgnęła po zasób włoskiego słownictwa, aby wyraźnie niezadowolonego profesora udobruchać. Pamiętała doskonale wskazówki wuja. Mówił wyraźnie, żeby całą sprawę przedstawić delikatnie. I właśnie dlatego powinna zrobić to ona. Nikt inny.
– Chyba nie posądzasz państwa Blacków o zbytnią delikatność, prawda? – szepnął jej do ucha. A ona, mając w pamięci żelazny uścisk Druelli, bez wahania przyznała mu rację. – Sam ich widok mógłby tego wrażliwego człowieka nastawić do całej sytuacji bardziej wrogo, niż to dopuszczalne.
Ciekawe, że Blackowie, zazwyczaj tak wyczuleni na wszelkie komentarze, tych słów nie dosłyszeli… Ale to na pewno zasługa wuja. W końcu temat ten podniósł, gdy oboje szykowali dawkę uspakajającego eliksiru (Abyś się zbytnio nie denerwowała, moja droga, wyjaśnił Gerard Rosier).
Na szczęście wspólnymi siłami przygotowali ją do tego wystąpienia dosyć dobrze.
– Proszę wybaczyć gospodarzom – zaczęła, obracając wciąż w pamięci zwroty włoskie, jakimi jeszcze miała się posłużyć. – Pewne sprawy ich zatrzymały.
– Jakie sprawy? – zapytał, ale z wyraźnie mniejszą dozą złości niż wcześniej. Widać, zgodnie z założeniami wuja, możliwość rozmowy w ojczystym języku podziałała kojąco.
– Przyjmują uzdrowicieli. Zapewne poinformowali pana, panie profesorze, o złym samopoczuciu rektora Valleneriego?
– Oczywiście że tak, Ale dlaczego nie mogę na ten temat rozmawiać z chociażby kimś… dorosłym? – Mówiąc to, zlustrował ją dość nieprzyjemnym spojrzeniem.
– Proszę wybaczyć. Jestem tu w imieniu państwa Blacków jako bliska krewna.
Co prawda wyrażenia te nie należały do typowych w podstawowych rozmówkach angielsko-włoskich, ale Andrei udało się je dosyć szybko przyswoić. Nawet bardzo szybko. Wujostwo wykazywało w nagłych sytuacjach wyjątkowy talent pedagogiczny.
Ale i ona chłonęła wszystkie informację bardzo sprawnie. Wskazówki wuja Gerarda powtórzyła sobie jeszcze raz w myślach przed wejściem do tego pokoju i nie zapomniała o żadnym punkcie. Bądź uprzejma. Uprzedzająco uprzejma. Nie dawaj mu powodów do jakichkolwiek podejrzeń.
– To oczywiste, że w obliczu takiej tragedii w człowieku budzą się negatywne emocje i musi on znaleźć dla nich ujście – tłumaczył cierpliwie. – Naturalnym jest więc oskarżanie innych o przyczynienie się do wypadku, na który nie mieli wpływu. Nie zwracaj na to uwagi – opamiętanie przyjdzie na niego, gdy oswoi się z tą wiadomością.
Usłuchała. Nie zareagowała na lekceważące z początku zachowanie profesora, odpowiadała grzecznie, tak jak jej przykazano. Kontrolowała swój umysł, tak, jak ją o to proszono.
Zresztą, nie miała nic do ukrycia. Zależało jej jedynie na przekazaniu informacji w takiej formie, jaka najmniej mogła zranić profesora, a jednocześnie nie dawała mu powodów do bezpodstawnej złości i domysłów.
Onetelli, zgodnie z przewidywaniami wuja, najpierw nie chciał jej słuchać, potem – nie chciał jej wierzyć, a w końcu, gdy zobaczył autentyczny, podpisany przez uzdrowiciela akt zgonu, próbował wszelkim dostępnym faktom zaprzeczyć. Był do tego stopnia zdesperowany, że zdawał się rozważać natychmiastowe wyjście z pokoju i zorientowanie się w sytuacji na własną rękę. Ale ona nic nie mówiła. Spokojnie czekała. Później wręcz dziwiła się, jakim cudem udało jej się poskromić lęk i stres, które byłyby naturalne w jej sytuacji, lecz nie zastanawiała się nad tym długo. Wtedy jej ciałem i umysłem zawładnęło potworne zmęczenie uniemożliwiające tego typu rozważania…
Jeśli miałaby wskazać moment przełomowy tego spotkania, niewątpliwie powiedziałaby o tej chwili, gdy Włoch spojrzał na nią badawczo i, zrezygnowawszy z okrzyków niedowierzania i niezadowolenia wobec gospodarzy, usiadł z powrotem w fotelu, po czym skinął na nią ręką.
– Podejdź tutaj, dziecko – rzekł już spokojniej.
Andrea posłusznie wypełniła polecenie. Patrzyła, jak zastanawiał się nad czymś, wahał się jakby, a potem podrapał po głowie. Gdy zauważył, że na niego patrzyła, opuścił natychmiast dłoń.
– Dziecko… Andrea, tak?
Skinęła głową.
– Może to i lepiej, że z tobą przyszło mi rozmawiać – powiedział ciszej. – Andreo, czy zdarzyło ci się kiedykolwiek kłamać?
Wuj kładł szczególny nacisk na tego typu słowa. Powtarzał kilka razy: Kiedy zacznie pytać o ciebie, to znaczy, że chce cię sprawdzić. Bardzo dokładnie. Użyje legilimencji. Pamiętaj, że użyje legilimencji. Dzięki temu ostrzeżeniu zauważyła, że, rzeczywiście, patrzył w nią z nieporównywalnie większą intensywnością i domyśliła się, że teraz wiele zależało nie tyle od jej odpowiedzi, a od tego, co profesor ujrzy w jej umyśle.
Ale na to pytanie mogła odpowiedzieć całkowicie szczerze.
– Nie. Nie posuwam się do kłamstwa, panie profesorze.
Wpatrywał się w nią kilka długich sekund.
– Rzeczywiście… nie – mruknął potem pod nosem. – Dziękuję ci.
Teraz, idąc po kolejnych ciemnych schodach, Andreę ostatecznie opuścił spokój, który jej towarzyszył od rozmowy z wujem. Przed jej oczami wciąż malował się ten obraz widziany przed chwilą – zakrwawiony starzec… Krew, zaschnięta, ciemna krew, mnóstwo krwi… Krew…
Podała mu zaświadczenie medyka, które przyniósł do saloniku domowy skrzat. Zapewniła, że gospodarze pokryją wszelkie koszty związane z pogrzebem. Zapytała, czy chciałby iść do rektora. Nie chciał.
– Na pożegnanie będzie czas podczas pogrzebu – odparł wtedy, dziwnie zamyślony, niemal całkowicie już nieobecny duchem w rezydencji Blacków.
A Valleneri przez cały ten czas leżał na piętrze… We krwi…
Cienie w korytarzach nabrały złowrogich kształtów. Portrety wiszące na ścianach łypały na nią wrogo – starała się na nie nie patrzeć, ale kątem oka widziała, jak namalowane postaci uchylały zamknięte powieki, by śledzić ją… A może nie, może to tylko przywidzenie, czemu miałyby to robić? Skąd… Skąd miałyby wiedzieć…
Zatoczyła się nagle i oparła o ścianę. Ciotka odwróciła się.
– Co ci jest? – zapytała z wyraźnymi nutkami zniecierpliwienia.
Andrea przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. Oddychała ciężko, ale bynajmniej nie z powodu szybkiego marszu – strach, odpędzony od niej na czas rozmowy z Onetellim, teraz brał odwet. Bawił się nią, mamił jej zmysły, kreował wizje, których kontury kreślił za pomocą cieni. I krew, plamy krwi niczym zaklęte w kręgu, powracały, jawiły się wciąż i wciąż…
– Valleneri… Valleneri, on… On… – szeptała bez składu.
Druella pomogła jej stanąć o własnych siłach, wzięła pod rękę i poprowadziła dalej. A potem, niespodziewanie, poklepała jej dłoń w swoistym geście pochwały.
– Doskonale się sprawiłaś. I uratowałaś honor rodziny. A o tym Włochu możesz sobie porozmawiać z Gerardem. Jutro.
– Ale… – Nie potrafiła wyrazić za pomocą słów powodu swojego nagłego przerażenia. Zresztą, Druella tego nie oczekiwała.
– Wszystko jest w porządku – oświadczyła krótko.
I to jedno słowo, choć wypowiedziane głosem szorstkim i zgoła niemiłym, przyniosło Andrei ulgę. Ale nie na długo.

Nim udało się jej zasnąć, przewracała się z boku na bok i podrywała z poduszek na każde skrzypnięcie podłogi czy też trzask gałęzi za oknem, bo miała wrażenie, że jej bezczelne kłamstwa zostały wykryte i nadchodził ktoś, kto miał wymierzyć jej sprawiedliwość. A im dłużej o tym myślała, tym większy strach ją ogarniał, wręcz irracjonalny, przed wszystkim. Pogłębiał się dodatkowo ze względu na to, że nie znała tego pokoju. Gdy ciotka ją do niego przyprowadziła, panował półmrok, a teraz coraz ciemniejsze cienie przy wsparciu jej wyobraźni przybierały dziwne, nieraz przerażające kształty. A gdy zamykała oczy, znów była w tym saloniku z zielonymi tapetami i marmurowym kominkiem…
Westchnęła ciężko i nakryła się po uszy kołdrą. Nie wiedzieć czemu, dawało jej to poczucie bezpieczeństwa. Zupełnie jakby materiał był w stanie uchronić ją przed złem świata, które czyhało, aż ona wystawi spod niego dłoń.
To było głupie rozumowanie, zdawała sobie z tego sprawę. Ale przy jej rozedrganych do granic możliwości nerwach nie liczyła się logika. Dowodzenie przejmował instynkt i naiwne wierzenia, które przetrwały w jej sercu od czasów dzieciństwa.
Coś zawyło za oknem. Pisnęła cicho i nakryła się bardziej. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to tylko wiatr targał liśćmi drzewa rosnącego nieopodal okna. Widocznie nadłamana gałąź dodała do tej uwertury swoją własną linię muzyczną, o ile można było tak nazwać zawodzenie rozrywającego się drewna…
Nie mogła się tak dręczyć. Ochroniła honor rodziny. Zatuszowała sprawę wypadku. Przecież tylko ona mogła im pomóc, prawda? W końcu zrobiła to, co uważała za słuszne.
Zrobiłaś to, co ONI uważają za słuszne, poprawił ją przewrotny głosik w jej głowie.
Ale to nasza wspólna sprawa, zaoponowała natychmiast. To był problem rodzinny. Nie mogli przecież pozwolić, aby Włosi… Włoch wyjechał z kraju ze złą opinią o Blackach i ich powinowatych. To zniszczyłoby ich życie. Życie Narcyzy i jej męża, jej siostry, wszystkich Rosierów – Evana, wuja, a także jej własne oraz Andrew… No i rodziny Oriona Blacka. A także Syriusza.
Nagle jego twarz pojawiła się jej przed oczami. Co by on o tym pomyślał? Jakoś nie mogła sobie wyobrazić, aby ten incydent go przestraszył. Prędzej wywołałby kpiący i pełen goryczy uśmiech na jego twarzy. Nie byłby zaskoczony. Raczej nie. I nie dbałby o reputację.
Z drugiej strony – przecież nie znała go na tyle dobrze, aby wydawać tak zdecydowane sądy. Bo niby po czym wnioskowała, jakby się zachował? Po obserwacjach w czasie roku szkolnego, kiedy wydurniał się z kolegami i tej jednej, jedynej rozmowy na weselu? Trochę mało.
Ale im dłużej koncentrowała swoje myśli na Syriuszu, tym sen był śmielszy. Powoli zaczynał ją obejmować i zapraszać do zamknięcia powiek.

Valleneri. Widziała go, jak leżał na podłodze, bezwładny, z rękami rozrzuconymi pod dziwnymi kątami, zmierzwioną, zakrwawioną brodą, pobrudzoną i podartą szatą. Patrzyła na niego bez ruchu. Czy to możliwe, aby ten człowiek mógł sprawić tyle kłopotów jej krewnym? Czy jedna, głupia śmierć mogła tak zaważyć na czyimś powodzeniu? Szczęściu?
Na kamiennej posadzce dwa metry od ciała leżał elegancki portfel ze smoczej skóry oprawiony srebrem. Podniosła go i zajrzała do środka – był pusty, nie licząc małej monety na dnie. Jednak nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi. Nawet knut był większy od niej. Ale portfel… Portfel jej się podobał. Zerknęła jeszcze raz na ciało profesora. Jemu się raczej nie przyda, przemknęło jej przez głowę, ale zaraz zbeształa się za tą myśl. Nie mogła zabrać rzeczy zmarłego, to było wbrew zasadom…
Rozejrzała się wokoło. Nie zauważyła nikogo. Panowała śmiertelna cisza, nie zakłócana nawet echem dalekich kroków z holu. Była tutaj sama – z Vallenerim, rzecz jasna, ale on, będąc tak niewymuszenie sztywnym, już się nie liczył.
Nikt jej nie widział. Nikt zatem nie mógł jej oceniać. A przecież na tym opierała się cała maniera arystokracji, prawda? Kiedy nikt cię nie obserwuje, rób co chcesz. Na litość, Andy, wszyscy tak robią!, przekonywała samą siebie. Po chwili portfel zniknął w jej kieszeni.
Już miała wychodzić, gdy usłyszała jakiś szmer. Zamarła. Spojrzała ostrożnie w kierunku ciała.
Profesor ruszył ręką. Raz, drugi, trzeci… Serce podskoczyło jej do gardła. Zaczęła się wycofywać tyłem, próbowała wymacać za plecami klamkę, ale jak na złość nie mogła jej znaleźć.
Otworzył oczy. Ledwie powstrzymała się od krzyku. Jego tęczówki były zamglone i przypominały swym kolorem mętny, ohydny, niebieskawy eliksir, który ona i Andrew musieli pić w dzieciństwie…
Podnosił się. Niepewnie, chaotycznie, jakby zapomniał, jak działają mięśnie jego rąk i nóg. Nie zginał łokci, a kolana jedynie w niewielkim stopniu. Wyglądało na to, że zupełnie przestał im ufać. Zachwiał się, ale nie stracił równowagi. Wsparł się o ścianę.
Nie chciała, aby ich spojrzenia się spotkały. Bała się go. Bała się straszliwie i zacisnęła powieki, lecz nic to nie dało – pomimo zamkniętych oczu wciąż go widziała. A on skierował swój wzrok na nią.
Jej ciało zesztywniało. Nie potrafiła ruszyć nawet palcem, mrugnąć – mogła tylko wpatrywać się w te zamglone oczy. Wszystkie myśli pierzchły na ich widok, pozostał o jedynie wszechogarniające przerażenie.
Valleneri mruknął coś niezrozumiale, chyba po włosku, jednak Andrea nie potrafiła rozróżnić słów. Odwrócił się i podszedł do małej ciemnej komódki, której dotychczas nie zauważyła – stała ona w cieniu i doskonale się wtapiała w tło. Otworzył jedną z jej szufladek. Wyjął z niej pękatą sakiewkę, zapewne pełną galeonów. Drugą ręką sięgnął do kieszeni. Znieruchomiał.
– Gdzie mój portfel? – zapytał sam siebie cicho. Andrea cofnęła się o krok – poczuła za plecami zimną ścianę. Przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że ten odgłos odbija się echem od wszystkich ścian, że ją zdradza, że słychać go nawet na korytarzu…
Valleneri znów spojrzał na nią.
– Portfel – rzucił ostro.
Krew szumiała jej w uszach tak głośno, że ledwie słyszała jego głos. Pokręciła niepewnie głową.
– Gdzie jest? – Nie rezygnował.
– Nie wiem – odparła drżącym głosem. Miała nadzieję, że wbrew logice nie uzna tego za podejrzane.
Podszedł bliżej. Teraz widziała dokładnie jego oczy. Zrozumiała, dlaczego wydawały jej się mętne. One po prostu były martwe.
Bała się, że zada ponownie to samo pytanie. Że wówczas nie będzie potrafiła go ponownie oszukać. Że rozpozna źródło jej strachu. Ale nie, on milczał. Jedynie jego źrenice wciąż skierowane były na nią.
– Czy zdarzyło ci się kiedyś skłamać?

Obudziła się z krzykiem. Jej serce biło niczym oszalałe, a ciało nie chciało jej słuchać – zupełnie jak gdyby wciąż paraliżował je ten sam strach, co we śnie.  Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w sufit. Nie potrafiła się nawet zmusić do zwrócenia głowy w kierunku okna, które wpuszczało do pokoju smugę słabego światła.
Nie chciała kłamać. Nie potrafiła tego robić. Przynajmniej do tej pory była o tym przekonana. Nauczono ją, że należy mówić prawdę, a zanim sobie to wpoiła, dano jej kilka pokazowych lekcji. Tego nie dało się wyrzucić z pamięci. Ale w codziennym życiu wręcz oczekiwano, aby naginała te zasady.
Na dworze wył wiatr. Nadłamana gałąź wciąż trzeszczała, chociaż Andrei wydawało się, że ten hałas osłabł – jakby drzewo, zmęczone walką z żywiołem, straciło siły do okrzyków bólu. Tak jak ja, przemknęło jej przez głowę. Ja też nie mam już żadnej energii. Nie chcę już myśleć, o tym, co się wydarzyło…
Ale, podobnie jak wiatr nie odpuszczał i wciąż kołysał konarami, tak i jej nie przestawały męczyć myśli o konfrontacji z profesorem Onetellim.
To skojarzenie przypomniało jej wywody Heinricha Humptona, które czytała przed wyjazdem na wesele. O tym, jak uczucia mogą zmieniać sposób postrzegania świata. Jak tak się zastanowiła, wszystkie jego konkluzje w zadziwiający sposób się zgadzały z jej aktualnymi obserwacjami.

6 komentarzy:

  1. Jak to wciąga! Od baardzo długiego czasu nie czytałam czegoś tak niesamowitego :3. Myślałaś kiedyś o wydaniu książki? Jeśli nie, to musisz to zrobić koniecznie!!! :3 Polubiłam twoją bohaterkę baaardzo szybko :D To tak strasznie wciąga :D
    Będzie kiedyś kolejny rozdział? Jeśli nie, to straasznie mnie zasmucisz :(
    Życzę wenyy :3
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przesadzajmy z tą książką, co? ;D Cieszę się, że polubiłaś Andreę i to opowiadanie i mam nadzieję, że powrócisz z komentarzem pod kolejnym rozdziałem (może ukaże się do końca sierpnia, kto wie?).
      Dziękuję ^^

      Usuń
    2. To wcale nie jest przesadzanie :* Na pewno powroce :3 Wchodze na twojego bloga codziennie żeby sprawdzić czy nie dodalas nic nowego :D
      Uwieelbiam i czytam :3
      J.

      Usuń
    3. To teraz wiem, kto tak mi podbija statystyki :D

      Usuń
  2. Przeczytałam całość. Pamietam, ze pierwsze rozdziały czytałam, ale z przyjemnością zrobiłam to jesCze raz. Uwielbiam Twój styl pisania. Idealnie pokazujesz arystokratyczny ród o konserwatywnych poglądach. Mimo ze przewija sie tu wiele postaci, człowiek prawie się nie gubi, a to bie laga wyczyn. Nie biegniesz zbyt szybko naprzód z wydarzeniami, lecz dzięki temu, ze wręcz czarujesz słowem, czytelnik w Ogóle tego nie odczuwa i czyta z wypiekami na twarzy. Evan ma trochę racji co do bliźniaków, a juz na pewno andrei. Nie wietze, jakim cudem dziewczyna wczesniej nie załapała, zd ktoś kto umiera na zawał serca, raczej bie jest cały we krwi... Naprawdę rodzina ma.... Eeee... Szczęście, Że sie wczesniej, przed lub w trakcie rozmowy z wlochem, nie skapnęła... W ogóle bardzo oryginalnie wprowadzasz w wojnę czarodziejów, duży plus za to. Lubiłabym evana, gdyby nie okazał sie szuja, która za plecami tam chamsko potrafi obgadać. No j gdyby nie przyznał, zd chce zabijać. Nie spodziewałam sie tego po bim. Ciekawa jestem, czy andrew sie z gum zgadza, bo wydaje mi sie, ze jest raczej tchórzem... Nawet jeśli ma Poglądy pasujące do swojej rodziny. Andrea dziwi mnie nieco swoją osoba,nie tylko w kwestii nieogarnięcia śmierci, ale i np. Podejścia do własnej rodziny albo przynależności do grfyindkry. Chyba jej to nie cieszy? Może dzidki znajomości z Syriuszem, która byc może teraz poszerzy, nieco sie to zmieni. Byłabym za,, ponieważ kocham tę postać cały. Sercem. Ciekawe czy to wlasnie on tak stukał w trakcie ślubu? Jestem ciekawa, vzy andrea zdobi cos w kwestii śmierci Włocha (szczególnie jeśli dręczą ja takie sny) czy nie... Mam nadzieje, zd bie będziesz kazać nam czekac kolku mięsiecy aby poznać odpowiedz, piszesz genialnie, z rożnych perspektyw,oryginalnie. Bohaterowie żyją, sa niejednoznaczni. Zaskakujący. O czarowniu słowem juz mówiłam ale nadal jestem pod ogromnym wrażeniem, szczególne iż uwielbiam opisy; wszelkie,lecz przede wszystkim uczuć. Czekam na cd z niecierpliwoscią i zapraszam na zapiski-Condawiramurs

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak obszerny komentarz. :)
      No to fakt, tutaj Andrea wyszła na takie cielę, no i to jej rozdarcie między rodziną a Gryffindorem nie zniknie w najbliższym czasie.
      Evan na pewno aniołkiem nie jest, ale... O tym będzie też więcej w dalszej części opowiadania. I spokojnie, kolejny rozdział jest prawie gotowy - wygląda na to, że naprawdę uda się mi go opublikować przed końcem sierpnia.
      Gdy tylko znajdę czas, zajrzę na Twój blog. :)
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń