09.09.2014

007. Za honor rodziny



W rezydencji Blacków zawsze dbano o wystrój. Nie znaleziono by tam choćby jednego pokoju, w którym  kolor i materiał firan nie pasowałby do obicia mebli, wzór na dywanie nie współgrał z tapetami czy obrazy wprowadzały dysonans.
I to pomieszczenie cieszyło oko wystrojem w dobrym smaku. Pomimo że sufit był niski, nie odnosiło się wrażenia ciasnoty. Łukowe sklepienie oświetlały świece lewitujące przy ścianach. Okna nie wpuszczały wiele światłą – gruby na niemal dwie stopy mur, w którym były one osadzone głęboko, bronił dostępu promieniom słonecznym. Skrywał wnęki te w cieniu tak skutecznie, że całe dnie panował tam półmrok, który osobom o wrażliwszej duszy czy też pogodnych upodobaniach mógł się wydawać złowrogi. Wrażenie to podsycał ciężki styl, w którym utrzymywano całe wyposażenie, od barokowo zdobionych, mosiężnych świeczników po meble: hebanową konsolę o masywnych nogach, obite ciemną skórą szerokie fotele czy wielki regał zastawiający całkowicie jedną ze ścian.
Pokój ten znajdował się w dawnych piwnicach. Około osiemdziesiąt lat temu jeden z Blacków kazał przearanżować je na dodatkowe komnaty, jednak już wówczas nie myślano o przebudowaniu ich, aby wpisywały się w charakter apartamentów znajdujących się na wyższych piętrach. Dotychczas szeptano, że przeznaczono je pierwotnie na domowy areszt niezbędny w tamtym okresie ze względu na jakąś niechlubną tajemnicę rodu. Jej natury postronni mogli się jedynie domyślać, a, jak to bywa z domysłami, w niekrótkim czasie ich teorie urosły opowieści o okrutnych skandalach i odprawianiu czarnoksięskich rytuałów z przyzywaniem demonów włącznie. Jednak czas cierpliwie i nieubłaganie łagodził ludzką ciekawość i jako że nowych dowodów podsycających tajemnicę nikt nie znalazł, zapomniano o wszystkim i niestworzone historie krążyły tylko po prowincji raczej jako miejscowe ciekawostki a nie mrożąca krew w żyłach relacja.
Teraz rodzina Blacków ugaszczała w tych pokojach gości im niezbyt miłych, którym chcieli dobitnie ukazać swoje lekceważenie – stąd bliżej było do pomieszczeń gospodarczych niż do jadalni i salonów – lub postraszyć nimbem tamtej złowrogiej legendy.
Wręcz dziwnym mogło się więc zdawać, że akurat w tym miejscu zgromadziło się tyle osób, w tym sama głowa rodziny Blacków. Cygnus z rękoma splecionymi za plecami chodził nerwowo od drzwi do konsoli, od konsoli do drzwi; czasem zerkał na papiery leżące w eleganckim stosiku na blacie lub naciskał ostrożnie klamkę, sprawdzając, czy aby na pewno klucz w zamku został prawidłowo przekręcony. Kojąco na jego zdenerwowanie na pewno nie działał towarzyszący mu przy każdym kroku wzrok Lestrange’a, który siedział w fotelu w niedbałej pozie i bawił się różdżką. Druella nie zwracała uwagi na pozostałych i oparłszy dłoń na kamiennym parapecie, wyglądała przez okno. Jej brat obserwował dyskretnie wszystkich po trochu z pokerową twarzą.
On jako jedyny zdradzał pewne zaciekawienie całą sytuacją – i nic dziwnego, ponieważ on jedyny zadawał sobie pytanie, po co szanowni krewni zaciągnęli go do tych piwnic. Piwnic całkiem gustownie urządzonych, wyposażonych w wygodne fotele, prawda (komfortowość jednego z nich właśnie wypróbowywał), ale jednak będących miejscem nieco nieprzyjemnym ze względu na niezwykłą akustykę, chłód oraz nastrój. To ostatnie zawdzięczał w pełni trojgu towarzyszom. Napięcie między nimi wyczułby największy ignorant. Każde spojrzenie Lestrange’a, każdy krok Cygnusa i każde westchnięcie Druelli je potęgowało i nie zapowiadało się, aby którekolwiek z nich miało zamiar przerwać to ciężkie milczenie, a jedynie słowa w tej chwili mogłyby sytuację, w całej swej niejasności i niepokojącej aurze, rozładować.
Nie padła nawet pojedyncza sylaba. Atmosfera z każdą kolejną chwilą gęstniała, a sekundy ciągnęły się niemiłosiernie, co widocznie zgromadzonym bardzo doskwierało. Nawet ruchy niby pogardliwie spokojnego Rudolfa nabrały nerwowości. Jedynie Rosier zachowywał pozory niewzruszenia i godności przystającej do jego pozycji społecznej. I koniec końców to on postanowił tę toksyczną ciszę przerwać. Splótł palce dłoni i odchrząknął nieznacznie, co w panującym milczeniu zabrzmiało niczym armatni wystrzał.
– Czy możesz mi wytłumaczyć, droga siostro, na co my właściwie czekamy? – Jego głos rozbrzmiał echem wśród niskich ścian, jednak nie skupił na sobie uwagi obecnych, jak można by się w obecnej sytuacji spodziewać. Druella tylko drgnęła nieznacznie, ale nawet nie zwróciła ku niemu spojrzenia.
– To może ty, drogi szwagrze, będziesz łaskawy mi to wyjaśnić? Gdyż jeżeli mam tu czekać, nie wiedząc na co, dlaczego i po co przy zamkniętych drzwiach, żądam, aby mnie natychmiast stąd wypuszczono.
– To czcze życzenie – odezwał się leniwie Rudolf.
– Twoja opinia akurat najmniej mnie interesuje, młodzieńcze – odparł sucho Gerard.
– To nie ma znaczenia. Nie wyjdziesz stąd i basta.
Rosier rzucił mu przeciągłe spojrzenie znad splecionych dłoni.
– Nie przypominam sobie, abym pozwolił ci, panie Lestrange, na porzucenie formalnego sposobu zwracania się do mnie. Czyżbym przeoczył któryś bruderszaft?
– Jeden albo dwa na moim weselu. – Niespodziewanie zęby Rudolfa błysnęły w drapieżnym uśmiechu, który upodobnił go do przyczajonego drapieżnika. – Chociaż to akurat mnie nie martwi. Chciałeś… Chciał pan – poprawił się z niebezpiecznym błyskiem w oku, pochylając głowę w drwiących przeprosinach – zwracać się do mnie per „sukinsynu”.
– Rudolfie… – Druella oderwała wzrok od pejzażu za oknem, a w jej głosie zagrały ostrzegawcze nuty.
Jej apel przeszedł bez echa, a na twarzy Rosiera pojawił się ledwie powstrzymywany grymas niezadowolenia pomieszanego z niesmakiem i cieniem złości. Wyprostował się i już otwierał usta, aby zripostować niegustowną uwagę, lecz nie pozwolono mu na to.
– Nie, nie, panie Rosier, nie chcę tłumaczeń. To przeszłość. Rozliczymy się z niej w bardziej sprzyjających okolicznościach.
– Rudolfie, wstrzymaj się – rzucił ostro Cygnus. O dziwo, groźna postawa teścia, który naraz przystanął na środku pokoju, zrobiła na Lestrange’u jakieś wrażenie, bo rzeczywiście zamilkł, a nawet powstrzymał się od wzruszenia ramionami i pogardliwego prychnięcia.
Znów zapadła cisza, ale tym razem nie zawładnęła pomieszczeniem na tak długo; być może dużą zasługę można by zapisać tutaj Gerardowi Rosierowi, który najwyraźniej nie miał zamiaru czekać pokornie, aż ktoś zechce mu udzielić bliższych informacji na temat celowości owego zgromadzenia. Nie musiał już długo naciskać, aby zmowa milczenia, w jakiej zdawali się być pogrążeni jego siostra, szwagier i ich zięć została przerwana. Początek nie należał do najłatwiejszych, gdyż wyglądali na głęboko poruszonych czymś, o czym miał się dopiero dowiedzieć, a nie sprzyjało to powalającej elokwencji. Tak czy owak, choć minęło parę minut pełnych chrząknięć i niezrozumiałych uwag, ostatecznie Cygnus, wspierając rękę o gładki blat konsoli, przemówił bardziej przejrzyście.
– Mój drogi szwagrze. – Odkaszlnął i na ułamek sekundy opuścił głowę, jakby zbierając myśli. – Czy wiadomo ci coś bliżej na temat naszych zagranicznych gości, a dokładniej rzecz ujmując, profesorze Onetellim i rektorze Vallenerim?
Rosier rzucił mu nieodgadnione spojrzenie i na jego ustach na ułamek sekundy zagościł ledwie dostrzegalny uśmieszek. Jakiś błysk w jego źrenicach mówił, że już teraz domyślił się, do czego zmierzał Black i, być może, odgadł powód, dla którego to niecodzienne zebranie zostało zwołane. Ale wrażenie to zniknęło równie szybko jak się pojawiło, a jego spokojna odpowiedź całkowicie je zatarła.
– Nie więcej niż inni goście, którzy szanują wiekowe tradycje zaznajamiania się z zarysem postaci innych zaproszonych na tak dużą uroczystość.
– Słowem, sporo – podsumował Lestrange. Pozostali skrzywili się na tak bezceremonialne postawienie sprawy.
– Gerardzie, grajmy w otwarte karty. – Cygnus najwyraźniej zdecydował się ostentacyjnie uwagę zięcia zignorować.
– No, no – Rosier pokręcił głową, unosząc przy tym brwi w wyrazie niedowierzania. – Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek usłyszę te słowa z twoich ust, drogi Cygnusie. Szczególnie wobec zdarzeń, które tak niedawno miały miejsce.
Ze skrzętnie skrywaną przyjemnością obserwował Blacka, który najpierw zbladł, potem poczerwieniał, a wreszcie sapnął z bezsilnej złości, zaciskając pięści. Szkoda, że tego nie możesz zobaczyć, Perseo. Tak, ten widok wynagrodziłby jej wszystkie upokorzenia i chwile bezsilności.
– Gerardzie, Cygnusie, proszę, nie teraz – rzuciła Druella cicho. W jej głosie było coś niezwykłego. Coś, co zaalarmowało Rosiera.
Znał swoją siostrę i nawet jeżeli czasem starał się tą świadomość w sobie zabić, nic nie mogło tego faktu zmienić. Znał jej zwyczaje, również te, o których istnieniu ona sama nie zdawała sobie sprawy. Znał jej gesty, bo wszak wielokrotnie widział ją w stanach wzburzenia, smutku i radości. Tak jak każdy, kto choć raz się z nią spotkał, znał jej głos i potrafiłby go rozpoznać na drugim końcu świata. Piskliwy śmiech, sprawiający często wrażenie wręcz histerycznego. Niemiła barwa głosu, raniąca wręcz co wrażliwsze uszy. W dodatku zawsze wypowiadała się dosyć głośno i czasem się zastanawiał, czy natura jej nie odebrała daru, jakim jest modulowanie głosu.
A teraz te pięć słów wyrzekła autentycznym szeptem. Co więcej, szeptem, w którym wyraźnie słyszał troskę. Zmartwienie. Jednym słowem coś, co nie ujawniało się tym sposobem u niej nigdy. Nawet podczas śmierci jej ukochanej matki.
Coś się musiało stać.
Coś, co wytrąciło ją z równowagi. Co spowodowało, że straciła grunt pod nogami. Co jej nie rozwścieczyło, ale przygniotło.
Niewiele zdarzeń spełniało powyższe kryteria. A kiedy Rosier pomyślał o najbardziej pasującym, miał szczerą nadzieję, że jego dedukcja za kilka minut okaże się błędna.
– Dobrze – powiedział z kamienną twarzą. – Mów zatem, Cygnusie.
Black odkaszlnął i nerwowo potarł jedną dłoń o drugą.
– Otóż, mój drogi szwagrze – zaczął, jakby niepewnie i z wielką ostrożnością dobierając słowa – byłeś świadkiem tego… hmm… małego zajścia, jakie miało miejsce godzinę temu.
Rosier pokiwał powoli głową.
– Owszem. Uczeni z Padwy oraz twoja córka najwyraźniej nie znaleźli wspólnego języka.
Cygnus nawet nie skomentował tej sarkastycznej uwagi, ale mówił dalej:
– Jak widziałeś, Rudolf wyprowadził osobiście rektora Valleneriego i profesora Onetelliego. Druella – tutaj skinął w kierunku małżonki ręką – podążyła za nimi, aby mieć wgląd w sytuację. Narcyza zatrzymała na sali Bellatrix.
– To widzieli wszyscy – dodał Rosier.
– Bo mieli to zobaczyć. Ale nikt nie dostrzegł, że po kwadransie Bellatrix zniknęła. Narcyza podczas kolejnego tańca straciła ją z oczu. Jak tłumaczyła nam przed chwilą, Bellatrix wydawała się już zupełnie spokojna i sama jej powiedziała, że zareagowała przesadnie agresywnie.
– Rozumiem, że Narcyza jej uwierzyła.
– Owszem. I nie należy jej wyprowadzać z błędu – rzekł Cygnus z naciskiem. – Gerardzie. Wyjaśnijmy parę spraw. Ci Włosi otwarcie mówili o tym, że Anglia znalazła się pod terrorem Czarnego Pana i Śmierciożerców. Oprócz tego nasze doktryny nazwali herezją i stwierdzili, że czarodzieje powinni walczyć z nadchodzącym nowym porządkiem. To zrozumiałe, że takie oświadczenie mogło Bellatrix zbulwersować. Jednak oni powoływali się również z mocą na nazwisko Dumbledore’a. Oni go znają, Gerardzie. Znają go, o ile się zdołałem zorientować, za dobrze.
W pomieszczeniu zapadło ciężkie milczenie. Druella spuściła wzrok i zaczęła z niezwykłym zainteresowaniem studiować podłogę. Rosier patrzył na Blacka, a Black walczył ze sobą, aby nie uciec spojrzeniem w bok. Lestrange tymczasem powrócił do bawienia się różdżką, znudzony przebiegiem tej rozmowy.
– Chcesz powiedzieć – odezwał się w końcu Rosier – że oni mają jakieś powiązania z tym… Zakonem Feniksa?
– Nie tylko nie jest to wykluczone – mruknął Black. – Jest to wręcz bardzo prawdopodobne.
– To dlaczego pojawili się na tym weselu?
– To cholernie dobre pytanie – ożywił się Rudolf. – Jak dobrze, że... pan... je zadał. Sam chciałbym się czegoś na ten temat dowiedzieć.
Cygnus zmierzył go zimnym wzrokiem, jednak to na Lestrange’u nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Oparł łokcie na kolanach i patrzył na swojego teścia z nieskrywanym zainteresowaniem.
– Rzeczywiście, kiedy dowiedziałem się o ich powiązaniach, również uznałem to za zastanawiające. Ale wiesz wszakże, jacy są obcokrajowcy. Wielcy ignoranci. – Wydął usta. –  Myślą, że gdy usłyszeli kilka zdań na temat sytuacji w innym kraju, wiedzą już wszystko. Podejrzewam, że poznali Dumbledore’a na gruncie zawodowym, jeśli mogę tak to ująć. I prawdopodobnie poruszeni jego niestworzonymi historiami na temat tego, co się dzieje w Anglii, postanowili w jakiś sposób jego organizację wesprzeć. Może finansowo, bo to najprostsze rozwiązanie, często wybierane przez takich ludzi, którzy cenią swój czas.
– Skąd wiesz, że to właśnie ten typ? – zapytał Rudolf.
– A czy w innym przypadku jeden byłby rektorem uniwersytetu w Padwie a drugi jego asystentem? – odpowiedział pytaniem na pytanie z pewnym lekceważeniem. – Wracając do meritum, wydawali się być zszokowani, kiedy dowiedzieli się, że Narcyza pochodzi z rodziny śmierciożerców. Czyli nie zdawali sobie sprawy, kto do zwolenników Czarnego Pana należy. To potwierdza również moje przypuszczenia. Onetelli być może był zamieszany w działalność Zakonu – w jakim stopniu, nie wiem. Ale Valleneri na pewno udzielił pomocy zdalnie.
– Jakby był taki inteligentny, za jakiego się uważał, nie mieszałby się w nie swoje sprawy – powiedział Lestrange z jakimś ledwie wyczuwalnym smutkiem. Rosier gwałtownie zwrócił ku niemu głowę. Spojrzał na niego ostro.
– „Uważał”? – powtórzył. – Co chcesz przez to powiedzieć?
Druella drgnęła, a Cygnus wyprostował się, przyjmując pozę wręcz nienaturalną. A Rudolf… Rudolf opadł na oparcie fotela i uniósł prawy kącik ust.
– Valleneri nie żyje – oznajmił spokojnie.
Na tą wiadomość nawet tak opanowany Gerard Rosier stracił nad sobą kontrolę. Poderwał się na równe nogi, a na jego twarzy malowało się najpierw skrajne niedowierzanie, które zniknęło, gdy przyjrzał się swojej siostrze i szwagrowi. Potrzebował dłuższej chwili, aby ochłonąć. Odetchnął trzy razy głęboko. Niewiele to pomogło.
Co więcej, czuł napływającą powoli irytację.
– Co mu się stało? – zapytał gwałtownie.
Lestrange uniósł oczy ku sufitowi i rozłożył bezradnie ręce. Ta postawa zdenerwowała Rosiera jeszcze bardziej. Cygnus, widząc zachowanie zięcia, podjął się wyjaśnień.
– Gdy profesorowie zostali wyprowadzeni, Rudolf postanowił z nimi poważnie porozmawiać, aby się dowiedzieć, na ile są w nasze sprawy wciągnięci. – Odkaszlnął. – Valleneri, z tego co mówiła Druella, stracił ochotę do dalszych spowiedzi, gdy dotarli do punktu wspierania Zakonu Feniksa. Pojawiło się podejrzenie, że są szpiegami. Tak się składa, że Bellatrix do tej rozmowy się dołączyła – właśnie dlatego zniknęła z sali balowej. I… ona i Rudolf… Nieco przesadzili z perswazją.
– Sam się prosił – skwitował Lestrange.
– Powiedzmy, że młodzi… nie przewidzieli – Cygnus ostrożnie dobierał słowa. – Nie przewidzieli, jak wiele może znieść osoba w jego wieku.
– Wygląda na to, że jego serce nie wytrzymało ich pełnych pasji tortur – stwierdził bezlitośnie Rosier, na co Black skrzywił się straszliwie.
– Mój drogi Gerardzie… Musimy podjąć wspólnie jakieś kroki. Onetelli nie może wrócić do swojego kraju z tak nośną historią na ustach. To by zniszczyło naszą reputację.
– Zdaje się, że w uciszaniu poszczególnych osób twój zięć ma wprawę, Cygnusie.
– Gerardzie… – Druella spojrzała na brata wymownie. – Jeżeli powiemy, że pan Valleneri uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, przy odrobinie starań unikniemy jakichkolwiek podejrzeń. Ale jeśli z tego wesela nie wrócą obaj…
Rosier pokiwał głową. Rozumiał doskonale ich tok myślenia. Mogli wyrzucać Rudolfowi i Bellatrix nieostrożność graniczącą z głupotą, jednak nie zmieniało to faktu, że na terenie ich posesji znajdował się niechciany trup. Poza tym próba skrytykowania Belli i tak spełzłyby na niczym. Ona nie przyjmowała krytyki. Ona ją niszczyła, jeśli natknęła się na nią po drodze. W tym była skuteczna niczym smok podpalający suchy las. Przez chwilę miał mściwą ochotę zapytać się, gdzie musieli ją zamknąć, żeby trzymała się z daleka od drugiego Włocha, ale się powstrzymał. W ich wieku już pewne słowne utarczki nie powinny zachodzić – w końcu mieli się za ludzi dojrzałych i wręcz nobliwych. I to nie była najlepsza pora, aby rozbudzać na nowo stare niesnaski. Problem mieli wszyscy. Ten incydent mógł nie tylko zaważyć na reputacji Blacków i ich krewnych. Tu chodziło o wizerunek angielskiej arystokracji. O propagatorów czystej krwi.
– Czyli trzeba przekonać Onetelliego, że jego przełożony miał atak serca. Nic prostszego. Powiedzmy mu. Weźmy któregoś z twoich uzdrowicieli ze Szpitala świętego Munga, który zatka mu usta swoimi kwalifikacjami i autorytetem. Zapłaćmy za wystawny pogrzeb i powrót profesora do Padwy.
– Mógłbyś odżałować sobie ten sarkazm – mruknął Black.
Rosier skrzyżował ręce na piersi.
– Jaki sarkazm? Cygnusie, a jakie inne widzisz rozwiązanie z tej sytuacji?
– Onetelli jest biegły w legilimencji, Gerardzie – wyjaśniła Druella. Zaczynała tracić panowanie nad sobą. Znikał jej pozorny spokój, a głos znów nabrał charakterystycznych piskliwych nut.
– Czyli musi z nim porozmawiać ktoś, kto opanował w wystarczającym stopniu oklumencję – Rosier wzruszył ramionami. – Siostro, myślę, że ty mogłabyś…
– Nie! – krzyknęła gwałtownie. – Nie wiesz, o czym mówisz! Nie mogę!
– Ten człowiek uczył oklumencji Narcyzę – wyjaśnił Cygnus. – Teraz ona jest bieglejsza od mojej żony w tej sztuce.
– A Narcyza nie może tego wziąć na siebie? – zapytał Lestrange.
W tym momencie wszyscy spojrzeli na niego bez słowa, a w ich oczach malowała się pogarda i politowanie.
Rosier westchnął teatralnie.
– Jak według ciebie ma ona przechytrzyć własnego nauczyciela? – odezwał się drwiąco.
– I tak wolałbym trzymać ją od tej sprawy z daleka – powiedział cicho Cygnus. – Ale i Gerard ma rację. On ją zbyt dobrze zna.
– I co teraz? – zapytała drżącym i nieco histerycznym głosem Druella.
Rosier usiadł z powrotem na fotelu. Oparł się wygodnie. Patrzył na pozostałych – jak Cygnus Black powrócił do swego nerwowego spaceru, jak Druella zaczęła wykręcać sobie palce, zupełnie tak samo, jak robiła to w wieku dziesięciu lat, jak Rudolf zaniechał zabawy różdżką i czekał na podanie rozwiązania problemu, którego on sam poniekąd ich nabawił… Uśmiechnął się pokrętnie.
– Gdyby w ostatnim czasie nie doszło do karygodnego niedopatrzenia w wysyłaniu zaproszeń na ślub, teraz wśród nas znajdowałaby się osoba doskonale znająca oklumencję. Wiecie, o kim mówię. – Poczuł lekkie i przyjemne ukłucie satysfakcji, gdy Cygnus obrzucił go ponurym spojrzeniem. – Persea zawsze przewyższała w tej sztuce ciebie, Druello. Nawet zadziwiała swoimi umiejętnościami nauczyciela, pamiętasz?
Chudą twarz kobiety wykrzywił grymas złości.
– Co za szkoda – dorzucił z niemal nieudawanym smutkiem.
Jednak jego triumf trwał jedynie chwilę. Co prawda na wspomnienie pani Ericson Black stracił rezon, ale wystarczyła minuta, aby otrząsnął się po wyrafinowanym ciosie. I wtedy w jego ciemnych oczach pojawił się dziwny błysk, jakby doznał nagłego olśnienia. Rosierowi się to nie spodobało, tym bardziej, że to spojrzenie zaczęło go właśnie przewiercać na wskroś.
– Przecież ona uczyła oklumencji swoją córkę – powiedział, nagle ożywiony.
– Słucham? – Rosier nie wierzył własnym uszom. – Chcesz w to bagno wciągnąć dziecko? Andrea nie ma jeszcze siedemnastu lat!
Co prawda siedemnaste urodziny bliźnięta Ericson obchodziły już za dwa miesiące, ale nie miał zamiaru w tej chwili odpuścić jakiegokolwiek argumentu, który mógłby zniechęcić Cygnusa. A to był pierwszy, jaki w tym momencie przyszedł mu – zaskoczonemu tym absurdalnym pomysłem – do głowy.
Nie chciał nawet myśleć, co by powiedziała na to Persea. Wiedział doskonale, że siostra chciała wychować swoje dzieci przykładnie, wpajając właściwe zasady i ucząc odpowiedniej hierarchii wartości. Sprawa Valleneriego nijak się w to nie wpasowywała.
Obrzucił szybkim spojrzeniem swoich towarzyszy. Wyglądało na to, że idea, która właśnie się pojawiła, przypadła im wszystkim do gustu. Nawet się nieco rozchmurzyli. A więc mieli nad nim druzgocącą przewagę.
– Gerardzie, a czy masz dokładne informacje odnośnie umiejętności tej dziewczyny? – zapytał Cygnus.
– Nawet jeżeli odziedziczyła talent po matce, w takiej stresującej sytuacji może się on na nic nie zdać – odparł wymijająco. – Wiesz przecież, Cygnusie, że aby w pełni wykorzystać swoje predyspozycje, należy zachować czysty umysł i ostudzić emocje. Czy młoda dziewczyna będąca, nie ukrywajmy, w wieku rozchwiania emocjonalnego, będzie potrafiła to uczynić? Czując presję i ogromną odpowiedzialność na swoich barkach? Wiedząc, że ma skłamać człowiekowi doskonale rozpoznającemu oszustwo? To jest skazane na fiasko.
– To córka Persei – odezwała się Druella. – Nie wierzę, że nie ma po matce dystansu, wyrafinowania i stalowych nerwów.
Wymieniła cechy takim tonem, jakby rzucała ciężkie oskarżenia, lecz jednocześnie na jej twarzy malowała się nadzieja, że Rosier nie zaprzeczy i to rozwiązanie będzie można wprowadzić w życie. Prychnął z irytacją i mimowolnym ruchem przygładził wąsy.
– Z całym szacunkiem, siostro, ale znam moją siostrzenicę lepiej niż wy – odparł z chłodem. – Miałem okazję obserwować ją wielokrotnie, chociażby podczas jej wakacyjnego pobytu w Anchor. I z całą stanowczością stwierdzam, że nie zauważyłem u niej wymienianych przez ciebie przymiotów.
Dostrzegł w jej oczach cień rozczarowania. Nie drążyła tematu, ale za to znowu ożywił się Lestrange.
– W takim razie jaka jest?
Rosier zawahał się przed odpowiedzią. Pytanie to, w całej swojej niewinności, zabrzmiało podejrzanie i podchwytliwie.
– Roztrzepana, ale spokojna i posłuszna…
– W takim razie nie powinno być problemem przekonanie jej co do słuszności jej zadania – stwierdził Lestrange z lekkim uśmieszkiem.
– Gerardzie – rzekł Cygnus – czy zamierzasz przedkładać dobro jednego dziecka nad reputację naszej rodziny? Widzisz wszakże, nie mamy innego wyjścia. I kończy się nam czas. Onetelli się niecierpliwi. I za niedługo zacznie coś podejrzewać. Musimy działać! Na Morganę, przecież na pewno potrafisz przekonać tą dziewczynę, żeby zrobiła co trzeba! Pytam jeszcze raz – jak biegła jest w oklumencji?
Obrzucił go niechętnym spojrzeniem.
– Persea jest dobrą nauczycielką – rzekł oględnie.
– Jednym słowem, ma większe umiejętności od mojej żony i córki?
Odpowiedź na to pytanie oznaczało już definitywną zgodę lub veto i Rosier zdawał sobie z tego sprawę. A biorąc pod uwagę, w jakiej sytuacji się znaleźli, odmowa oznaczałaby, że źle życzył całej angielskiej arystokracji. Ale czy mógł powierzyć zadanie tak trudne i wymagające sporej delikatności i taktu, a także sprytu tej dziewczynie? Chociaż… Zastanowił się przez chwilę. Może spryt nie byłby konieczny…
Rosier splótł dłonie na brzuchu. Nieznacznie odwrócił głowę, by móc spojrzeć za okno. Na jego twarzy nie malowały się żadne uczucia. Lestrange psyknął ze zniecierpliwieniem, ale Black natychmiast uciszył go ruchem ręki.
Gdyby Andreę przekonać, że nie kłamie, mówiąc o nieszczęśliwym wypadku rektora Onetelliemu, z pewnością nie zdenerwowałaby się przed rozmową z Włochem i być może stałaby się wówczas bardziej wiarygodna. Ale z drugiej strony, na pewno dostrzegłaby spięcie swojego wujostwa, co samo w sobie obudziłoby w niej podejrzenia obniżające sprawność w zamykaniu umysłu… Bo, jeżeli wiedziałaby, że porusza się wśród samych niewiadomych, nie potrafiłaby skutecznie oszukać ich gościa. Ale, z drugiej strony, wtajemniczać ją w całą sprawę? To zagranie ryzykowne. Ale nie należało zapominać o jej respekcie przed starszymi i ślepej wierze w zasady rodzinne. Gdyby zagrać tą kartą i zmanipulować ją odpowiednio… To już mogłoby się udać. Powinni tylko zadbać o odpowiednią atmosferę. Sprawdzić jej umiejętności. Wyeliminować na początek czynniki wywołujące niepotrzebne przerażenie.
Zamyślenie Rosiera spowodowało, że wszyscy pozostali woleli zachować milczenie. Teoretycznie został już pokonany, ale to nie znaczyło, że będzie chciał się poddać – nikt lepiej od Druelli nie zdawał sobie z tego sprawy. Dlatego spoglądała na swojego brata z niepokojem, wciąż niepewna jaką decyzję on zamierzał podjąć. Ale czym dłużej trwała cisza, tym bardziej się denerwowała. W końcu spojrzała na męża. A Cygnus przymknął powieki na sekundę i pokiwał głową uspokajająco. Najwyraźniej on nie miał żadnych wątpliwości.
– Druello – rozległ się naraz głos Gerarda Rosiera. – Przyprowadź tutaj Andreę. A ty, Rudolfie, wyjdź.
– Z jakiej racji?! – zaprotestował gwałtownie Lestrange.
– Żeby dziewczyna nie przestraszyła się żądzy mordu w twoich oczach – odparł jadowicie. – Na co czekasz, siostro? Podobno mamy mało czasu.



_____________________
Uwaga, uwaga, powracam wedle danego słowa. :) Od teraz rozdziały będą co około trzy tygodnie (na usprawiedliwienie: szkoła), a jak coś, zawsze można sprawdzić postępy w zakładce "Rozdział: aktualności". Pozdrawiam wszystkich, którzy czekali, tych, co wytrwali i tych, co czekają na dalszy ciąg. Uściski!
EDIT: A jednak nie wyszło. :D

7 komentarzy:

  1. No! Wróciłaś i muszę powiedzieć, że miałaś wejście smoka! Andrea pewnie okaże się mistrzynią oklumencji.
    Jestem strasznie ciekawa czy Andrea okaże się posłuszna i wykona swoje zadanie czy może jednak będzie się opierać?
    Po przeczytaniu rozdziału odczuwam niedosyt. Domagam się więcej! :P :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ps. Ten nowy szablon jest ekstra! Taki prosty, klasyczny i idealnie pasuje do treści. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że szablon się podoba. :) A co do treści rozdziału... Hm, będziesz musiała trochę zaczekać, ale mam nadzieję, że się nie rozczarujesz.
      I mogę powiedzieć z czystym sumieniem że po następnym rozdziale wreszcie zamknę temat wesela i tej całej arystokratycznej gromady. I tak długo wałkuję ich temat.
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń
  3. Przeczytałam. Szczerze powiem, że nie przeczytałam bloga od pierwszego rozdziału, ale te trzy, które przeczytałam tak mnie wciągnęły, że muszę zorganizować chwilę na resztę!
    Podoba mi się twój styl pisania! Rozdziały są mega długie, szczegółowe i tak (za przeproszeniem) zajebiście opisane!
    Czytając opisy i dialogi, słyszałam to wszystko w głowie! Moja wyobraźnia była na największych obrotach!
    Bardzo mnie ciekawi jak potoczy się dalej sytuacja z Andreą i oklumencją! :) :) :)
    Kłaniam się nisko kreatywności! :D
    Wrócę na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za Twój komentarz! Naprawdę miło się mi robi na sercu, gdy widzę, że kolejnym osobom opowiadanie przypada do gustu. :) Aż chce się pisać.
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń
  4. Już kiedyś tu byłam i wracam. Strasznie mi się podoba, że rozdziały są takie długie. Dla mnie bomba!
    Denerwują mnie blogi, na których dużo się dzieje, wszystko ładnie, pięknie na cacy. Akcja się dzieje, a tu BUM! Koniec rozdziału. Tutaj długość jest IDEALNA!
    Świetne opisy sprawiają, że czyta się przyjemniej i z większą ciekawością.
    Przypadła mi do gustu rodzina Blacków. Ze wszystkich opowiadań znam Syriusza, który zawsze jest przedstawiany jako zwykły chłopak i niesamowitym poczuciu humoru. U ciebie jest tak, jak chyba było naprawdę- pełna arystokracja. Mam nadzieję, że w nowym rozdziale pojawi się więcej Anderi, bo to właśnie ona chyba najbardziej wszystkich ciekawi. Z jednej strony fajnie, że tak jej trochę mało w opowiadaniu. Dzięki temu stworzyłaś dookoła niej taką mysterious otoczkę, co sprawia, że JA wracam po więcej! :)
    Wrócę na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam i weny! :) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po prostu nie potrafię pisać krótszych rozdziałów, bo wtedy wszystko się we mnie burzy. :) Cieszę się zatem, że Tobie ta długość odpowiada.
      Mam nadzieję, że postaci Syriusza nie popsuję, bo, mówiąc szczerze, bardzo go zawsze lubiłam. A jak postać się lubi, to łatwo o popełnienie jakiegoś błędu.
      A Andrei w najbliższych rozdziałach powinno być więcej, także spokojnie. :) Nic jednak więcej nie powiem, żeby nie robić spoilerów...
      Dziękuję za Twój komentarz i pozdrawiam :)
      Aranel

      Usuń