10.05.2014

006. Demaskacja

– A ten to kto? – zapytała półgłosem Flora, dyskretnie wskazując spojrzeniem, o którego z gości tym razem jej chodziło.
Andrea podążyła za jej wzrokiem i dojrzała sędziwego, nobliwie wyglądającego czarodzieja w prostej, ale niewątpliwie eleganckiej, ciemnej, połyskującej miękko szacie, która – znając mentalność większości obecnych na ślubie ludzi – kosztowała pewnie fortunę. W pomarszczonej, naznaczonej wątrobowymi plamami dłoni dzierżył rzeźbioną laskę w kolorze kory dębu, z rączką okutą lub wręcz odlaną ze szczerego złota. Długie, sięgające barków, siwe włosy opadały na ramiona niczym nieskazitelnie gładka fala. Wzrok przykuwał jego wydatny, haczykowaty nos, a na widok skrzywionych ust i ciskających gromy oczu mniej śmiali goście pierzchali, bojąc się stanąć ze starcem twarzą w twarz.
– Arkturus Black – odparła Andrea kątem ust. – Nie wchodź mu w drogę. Podobno ostatnimi czasy trochę zdziwaczał.
– A kim on jest?
– To ojciec Oriona Blacka…
Flora sapnęła z tłumionym rozbawieniem.
– A Orion to kto?
Andrea nawet się nie zdziwiła tym pytaniem, chociaż wiedziała, że pośród społeczności czystokrwistych czarodziejów Orion Black był dosyć znaną postacią. Co prawda głównie dzięki swojej szanownej małżonce, która głośno mówiła o swoich radykalnych poglądach na temat mugolaków i cechowała się dosyć wybuchowym charakterem, choć i on nigdy nie chował głowy w piasek. Lecz Flora już tyle razy wykazała się całkowitą ignorancją w znajomości co poniektórych bardziej znanych i poważanych ludzi, że wypominanie jej tego nie miało najmniejszego sensu.
Andrea rozejrzała się w nadziei, że pośród tłumu gości dojrzy znajomą, sztywno wyprostowaną sylwetkę. Jednak nie mogła go nigdzie znaleźć – nie stał w grupce dyskutujących zawzięcie Malfoyów, nie znajdował się w pobliżu Gerarda Rosiera degustującego właśnie przekąskę z rąk fałszywie uśmiechającej się siostry (Na miejscu wuja bałabym się to jeść, przemknęło jej przez głowę. Ona ma minę, jakby chciała kogoś otruć…), nie towarzyszył rozmawiającym głośno po francusku trzem kobietom w średnim wieku, będącymi bliskimi krewnymi nieżyjącej już babki Rosier...
– O, spójrz – rozległ się koło jej ucha szept Flory. – Kogo my tu mamy…
Nieopodal, oparty o kolumnę, stał znany im obu doskonale osobnik. Czarne włosy miał zaczesane porządnie, ale na pierwszy rzut oka było widać, że go to denerwowało. Jego ciemne oczy obserwowały obecnych, a na ustach co jakiś czas pojawiał się lekko drwiący uśmieszek.
– Przynajmniej jego nie musisz mi przedstawiać – dodała niemal wesoło.
O tak, Syriusza Blacka nie dało się pomylić z nikim innym. Chociaż tutaj, wśród plejady przedstawicieli znamienitych rodów i uznanych w świecie czarodziejskim Brytyjczyków oraz zagranicznych gości, zwracał na siebie mniejszą uwagę niż zazwyczaj. Może też wpływ na to miał fakt, że nie miał u boku swoich przyjaciół.
Andrea, pomimo że od sześciu lat chodziła z Syriuszem do jednej klasy, nigdy nie miała z nim dobrego kontaktu. Zresztą, jak mogła nawiązać dobry kontakt z chłopcem, który pogardzał Slytherinem, kiedy ona, zagubiona i samotna w Domu Lwa, wciąż myślami uciekała do lochów, gdzie najczęściej przebywał jej brat?
Później, całe szczęście, miała obok siebie dziarską Florę, z którą funkcjonowanie w Gryffindorze przestało przypominać szkołę przetrwania. Ale nie zmieniało to faktu, że koledzy pokroju Blacka rzucali jej dziwne, nieraz wrogie spojrzenia, a czasem i nie powstrzymywali niewybrednych uwag na temat jej życzliwości dla Ślizgonów. Przynajmniej tyle dobrego, że z biegiem czasu przejmowali się nią coraz rzadziej, zajmując się ciekawszymi zajęciami i gnębiąc bardziej interesujące przypadki…
Andrea wstrząsnęła głową. Dość rozpamiętywania przeszłości. Patty słusznie zwróciła jej uwagę, że roztrząsanie dawnych uraz i próby interpretowania niezrozumiałych wówczas gestów i zachowań nie miało sensu.
– Orion Black jest jego ojcem – rzekła spokojnie.
Flora rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na Syriusza. Zmarszczyła brwi.
– Aha. Czyli jeśli jest jego ojcem, a ojcem ojca jest tamten aspołeczny męczydusza… – zerknęła w stronę Arkturusa, który właśnie wielce sugestywnie uniósł swoją laskę, a na ten widok życzliwie dotąd uśmiechająca się dama wycofała się czym prędzej – To ten tam jest dziadkiem Blacka? Ale numer. Ciekawa rodzinka, nie ma co.
– Typowa – mruknęła Andrea. Porównała poczet najbliższych krewnych Syriusza ze swoimi i doszła do wniosku, że Flora o jej rodzinie nic bardziej pozytywnego by nie powiedziała. Nie, nie powinno mnie to dziwić, pomyślała, ale mimo wszystko poczuła w sercu ukłucie dziwnego żalu czy irytacji.
– To ogłaszam wszem i wobec, że zmieniam zdanie o Blacku – dodała Flora, jakby nie słysząc krótkiego  komentarza przyjaciółki. Przechwyciła z tacy przechodzącego kelnera kryształowy kieliszek z szampanem. – Jest całkiem w porządku. Jak na wychowanego wśród takich…
Andrea spojrzała na nią, a w jej oczach pojawił się niespodziewany chłód. Flora zająknęła się, dla kurażu łyknęła musującego wina, po czym dokończyła pośpiesznie i niezgrabnie:
– … Takich... ee, o. A tam kto stoi?
– Avery. Byłaś w pierwszej klasie, kiedy skończył Hogwart – odpowiedziała dość sucho.
Nie rozumiała, skąd we Florze brała się ta… zadziorność, ten kompletny brak szacunku dla osób szanowanych. Miała wrażenie, że młoda Rowle sama sobie często nie zdawała sprawy z tego, co mówiła. Te wypowiadane z beztroską, często bardzo niewłaściwe poglądy zwykła ignorować, kładąc je na karb wrodzonego gadulstwa. Ale nie potrafiła pojąć, skąd w głowie jej przyjaciółki brały się tak niepokorne myśli – bo skądś te rzucane czasami niemiłe uszom arystokratów-tradycjonalistów uwagi musiały się brać. I nie mogła pozwolić, aby Flora, jej młodsza koleżanka, obrażała zasłużone – w batalii o czystość krwi – rodziny. W tej chwili czuła się tak urażona, jakby niepozorna uwaga dotyczyła nie Blacków, ale Ericsonów lub Rosierów.
Lecz z drugiej strony Flora potrafiła mówić rozsądnie i Andrea w głębi serca wierzyła, że właśnie tym pragmatycznym i zwyczajowym przekonaniom hołdowała. Dlatego nie minął nawet kwadrans, a zadra w sercu zniknęła, zostawiając po sobie jedynie malutką, ledwie dostrzegalną bliznę.
Zauważyła, że wzrok przyjaciółki podążył ku bardzo wyróżniającej się postaci, która pojawiła się koło jednego ze stołów z przekąskami.
– To jest moja kuzynka, o której zapewne coś niecoś słyszałaś – Andrea uprzedziła pytanie. – Bellatrix. Bellatrix Lestrange.
Flora otwarła usta, by coś powiedzieć, ostatecznie jednak nie zdobyła się na nic więcej prócz pojedynczego „aha”.
Tak, Bellatrix zwracała uwagę. Może po części była to zasługa jej niebagatelnej urody – aksamitnie czarne, gładkie, gęste włosy uczesane były w duży kok, a część loków opadała na jej szczupłe ramiona okryte jedynie półprzezroczystą, ciemną koronką; duże, pełne ekspresji oczy zachwycały oprawą długich rzęs; w rysach można było doszukać się podobieństwa do klasycznych wzorców piękna, a szczególnie prosty nos i wyraźnie, lecz nie przesadnie zarysowane kości policzkowe zasługiwały na atencję. Ale, wbrew pozorom, wygląd nie był największym z jej atutów. Niezwykłą bowiem dysponowała mimiką i do perfekcji opanowała sztukę gestykulacji. Gdy opowiadała, zdawała się angażować w to całym sercem; wtedy w jej źrenicach pojawiał się błysk, policzki różowiały, cała postawa świadczyła o przejęciu. Gdy coś ją w czyimś zachowaniu czy słowach poruszyło lub oburzyło, pierś zaczynała unosić się szybko, brwi ściągały się niebezpiecznie, a rozchylone usta wciągały powietrze jakby z trudem. Gdy coś ją rozgniewało… Cóż. Gdy coś ją rozgniewało, każdy, kto choć trochę ją znał, wolał trzymać się od niej z daleka.
Na szczęście teraz wyglądała na spokojną. Spacerowym krokiem przemierzała salę w towarzystwie swojego męża i rozmawiała z nim leniwie. Andrea zauważyła, że Bellatrix jedynie z rzadka rzucała mu jakiekolwiek spojrzenie – a nawet jeśli już na to się zdobywała, było ono chłodne. Niczym nie przypominało tego żarliwego, pełnego przywiązania spojrzenia Narcyzy, gdy ta patrzyła na Lucjusza.
Czy to kwestia czasu? Czy Malfoyowie też tak za kilka lat będą się traktować?
Jakoś nie mogła w to uwierzyć. Poza tym, jeżeli dobrze przypominała sobie pewne komentarze czy opowieści, małżeństwo Lestrange’ów od początku do końca było zaaranżowane przez rodziców młodych i jego głównym celem było pozyskanie odpowiednich koneksji i korzyści majątkowe.
Nieopodal mignęła jej sylwetka Evana. Nie zdążyła jednak nawet zwrócić głowy w tamtym kierunku, ponieważ naraz dostrzegła dwoje młodych ludzi zdążających w jej stronę. Kobieta, około dwudziestopięcioletnia, obdarzała wszystkich wokoło promiennymi, lecz niezbyt szczerymi uśmiechami; mężczyzna, na oko trochę od niej starszy, łypał ponuro, a dłoń, w której trzymał kieliszek z budzącym zainteresowanie Flory galliano, zaciskał tak mocno, że nie zdziwiłoby jej, gdyby zaraz pękł na tysiąc drobnych kawałków.
– Prewettowie – rzuciła kątem ust Andrea. – Agnes i Tobias. Bardzo rozmowni. Uwielbiają literaturę klasyczną.
W myślach pobłogosławiła ten wysiłek, jaki sobie zadała na zapoznanie się z listą gości i przyswojenie wiedzy na temat cech charakterystycznych wielu z nich. Zauważyła, że jej ostatnie słowa nie nastroiły Flory optymistycznie – mina jej zrzedła, a oczy zaczęły błądzić po komnacie, jakby w poszukiwaniu drogi ucieczki przed parą miłośników klasyki.
Nim jednak zdążyła takową znaleźć, Prewettowie stanęli przed nimi. Agnes, pulchna brunetka, zmierzyła je nieodgadnionym spojrzeniem, za to Tobias zdawał się całkowicie je ignorować, cała swoją uwagę skupiając na likierze w kieliszku.
– Andrea! – uśmiechnęła się lekko kobieta, jakby dopiero w tej chwili ją rozpoznała. Andrea nie była pewna, czy to wahanie było szczere czy udawane. – Andrea Ericson… Miło cię widzieć.
– Wzajemnie, pani Prewett. – Zmusiła się do uniesienia kącików ust. – Proszę pozwolić… To Flora Rowle, moja przyjaciółka. Floro, poznaj, proszę…
O ile dobrze pamiętała, Agnes Prewett i jej mąż utrzymywali przyjazne kontakty z jej matką. Nie wiedziała, jak doszło do nawiązania tej znajomości, ale odniosła wrażenie, że gdzieś smukłej postaci wypatrywali, zatem zapewne bardzo liczyli na jej obecność na weselu.
– Tak, miło mi państwa poznać – odparła szybko Flora, dygając wdzięcznie. – Jednak proszę mi wybaczyć, ale mój brat chciałby ze mną porozmawiać…
Z tymi słowy wycofała się i szybkim krokiem zaczęła przemykać pomiędzy gośćmi w kierunku Thorfinna, którego jasna czupryna rzeczywiście pojawiła się na horyzoncie.
– Powiedz nam, kochana – zagadnęła Agnes Prewett – gdzież twoja matka? Nie widziałam Persei ani podczas ceremonii, ani teraz. Dziwne, pomyślałam wówczas. Prawda, Tobias?
– Mhm – odmruknął jej mąż nieuważnie. Odstawił pusty kieliszek na najbliższy stół.
– Niestety moich rodziców tutaj nie ma – odpowiedziała Andrea w sposób jak najbardziej dyplomatyczny.
Nie była pewna, ile mogła im powiedzieć. Zapewne opowiadanie całej historii z zaproszeniami nie było najlepszym pomysłem, a z kolei zbyć ich półsłówkami nie wypadało; wykręcała więc palce w założonych za plecami dłoniach i starała się uprzejmie odpowiadać na pytania, ale z każdą chwilą czuła się coraz bardziej skrępowana. Na szczęście, z czasem Prewettów przyczyny nieobecności Ericsonów przestały interesować, przestali także indagować o to, co u nich słychać i kiedy pozwolili rozmowie potoczyć się swobodnie w kierunku ich ulubionego tematu – literatury – okazało się, że ich towarzystwo nie musiało być kłopotliwe.
Szybko przekonali się, że i Prewettowie, i Andrea lubili te same książki i cenili tych samych autorów; od znanych powieści przeszli do tekstów filozoficznych i tutaj panna Ericson zaskoczyła ich swoją dociekliwością w studiowaniu tekstów Humptona. Tobias natychmiast dołączył się do dyskusji na jego temat i w jednej chwili zmienił się z mrukliwego introwertyka na wymownego, inteligentnego rozmówcę.
– Nie spodziewałam się, że w tak młodym wieku dla własnych zainteresowań ktoś ze współczesnego pokolenia pochyla się nad dawnymi myślicielami – powiedziała nagle Agnes. Uśmiechnęła się, ale tym razem, w tym uśmiechu nie było ani grama udawania czy nieszczerości. – Andreo, chylę czoła.
– Skoro znasz dzieła Heinricha Humptona, może natrafiłaś już i na rozprawy Dwighta Robertsona – rzucił Tobias z nagłą nadzieją. – Znasz tego filozofa?
– Filozof – prychnęła Agnes. – Cóż to za filozof, mój drogi. Jego poglądy to nie jest…
– Nie należy się ograniczać – przerwał jej z pewną surowością. – Zatem, Andreo…?
Andrea zmarszczyła brwi. Była pewna, że kiedyś słyszała to nazwisko, ale nie potrafiła powiedzieć nawet, z jakich czasów ten autor mógł pochodzić. Zawstydzona swoją niewiedzą pokręciła głową.
– Nie masz czego żałować – rzekła na to Agnes. – Nic nie straciłaś, nie czytając jego dzieł.
– A ja uważam, że wręcz przeciwnie. Poznając takich radykałów kształtuje się bardziej świadome spojrzenie na współczesne zdarzenia. Zważcie – dodał Prewett, unosząc palec wskazujący – że te słowa, chociaż nie miały takiego celu, mogłyby służyć za niezwykle udaną przestrogę w naszej sytuacji politycznej.
– Nie sądzę, mój drogi, aby w tej lekturze było cokolwiek dobrego. Nawet, jeśli miałaby służyć jako antyprzykład! Sztuka retoryki Robertsona jest zbyt biegłą i niewprawny czytelnik zamiast doznać oświecenia, może zostać zwiedziony na niewłaściwą drogę.
– Z dorobku Robertsona czerpali wszyscy twórcy nośnych idei. Nie można go tym samym dyskredytować…
Andrea nawet nie próbowała im przerwać, aby podpytać, kim właściwie był ów Robertson. Dyskusja robiła się coraz bardziej zacięta, a ona, przenosząc wzrok od Agnes do Tobiasa i z powrotem, miała wrażenie, jakby oglądała mecz tenisa, więc szans na przebicie się nie miała; postanowiła jednak zapamiętać to nazwisko, gdyż sama jego kontrowersyjność ją zainteresowała.

Evan, zagryzając kolejnym, bliżej nieznanym mu przysmakiem ostry napitek podsunięty przez którąś z dalekich kuzynek, zaczął się zastanawiać, jak długo jeszcze można by znieść to wszechobecne obżarstwo. Sam nie zwykł przekraczać granic w jedzeniu, ale obserwował innych gości i nie umknęło jego uwadze, że ciotce Druelli już odbijało się kawiorem, a stary Yaxley pochłaniał dyskretnie kolejny talerz mięsnych przystawek. Niektórych – jeśli, rzecz jasna, byli na tyle bystrzy i potrafili nie tylko patrzeć na ludzi, ale i z tego patrzenia wysnuwać jakieś wnioski – może zaskoczyłoby, ile skrywanych na co dzień pod płaszczem manier słabości jest obnażanych na weselach. Ale mało kto rozglądał się wokół tak jak Evan; większość była skoncentrowana na sobie, na sprawianiu dobrego wrażenia i zacieśniania opłacalnych znajomości.
A on widział, jak Cygnus Black, kryjąc się przed żoną, wychylał z lubością kolejny już kieliszek whisky, a na jego policzki wystąpiły charakterystyczne rumieńce; widział, jak Narcyza z uśmiechem przyjmowała kolejne hors-d’euvre w postaci serowych trufli, a potem dyskretnie, ale i z obrzydzeniem, odkładała na bok talerza fragmenty orzechów i naczynie wciskała w ręce pierwszego z brzegu skrzata; widział, jak żona Arkturusa Blacka z kamienną twarzą wkładała parę pustych, srebrnych, zdobionych pucharów do swojej torebki, najwyraźniej potraktowanej zaklęciem Zwiększająco-Zmniejszającym, bo jedynie jego zastosowanie tłumaczyło fakt, że się tam zmieściły…
– Cześć, Rosier.
Otrząsnął się z zamyślenia i rozejrzał się w poszukiwaniu właściciela pogodnego głosu. Była nią uśmiechnięta blondynka, ale on jakoś nie potrafił sobie przypomnieć jej imienia.
– Znamy się? – zapytał więc wprost. To niespodziewane towarzystwo go specjalnie nie ucieszyło. Nie przepadał za rozmowami z dziewczynami bliżej mu nieznanymi, szczególnie dziewczynami o takim głupio radosnym spojrzeniu, a już najbardziej dziewczynami, które nie miały nic mądrego do powiedzenia, a zawsze dysponowały niespożytymi siłami, aby trajkotać na przekór wszystkiemu. Ta na pierwszy rzut oka spełniała dwa z powyższych warunków.
– Nie wiem, czy mnie kojarzysz, chodzę do Hogwartu i razem z Andreą jestem w Gryffindorze… Flora Rowle. Och, Andrea na pewno coś ci o mnie mówiła, znamy się od dość dawna. Wspominała o tobie parę razy, a jako że zobaczyłam, że stoisz sam, pomyślałam, że może warto byłoby nawiązać nowe…
Trzeci warunek też spełniała.
– Słuchaj – przerwał jej bezceremonialnie. – Nie obchodzi mnie, co masz wspólnego z Ericson. Spadaj.
Zamilkła natychmiast. Tak, był to niezawodny sposób na takie typy jak ona. Odwrócił się i spojrzał w kierunku parkietu, na której właśnie zaczynała swój taniec młoda para.
– Rozumiem – usłyszał za swoimi plecami. Pokręcił głową w duchu. A jednak jego metoda zupełnie skuteczna nie była… – Nie lubisz zbędnego gadania? W porządku, przepraszam.
– Nie musisz przepraszać – rzucił, żeby nie wyjść na zupełnego gbura. – Nie lubię takich jak ty. Po prostu.
Stanęła obok niego i również spojrzała na wirującą Narcyzę, która poruszała się tak wdzięcznie i bezbłędnie wykonywała kolejne kroki, że wokół zaczęły rozlegać się pojedyncze oklaski.
– A jeżeli… – zaczęła, lecz tym razem Evan już stracił cierpliwość. Bez słowa odszedł.

– Twoja siostra ma wkurzające przyjaciółki – mówił w kilka minut później, kiedy razem z Andrew siedzieli przy jednym ze stolików nieopodal orkiestry.
Andrew spojrzał na niego beznamiętnie.
– Miałeś okazję poznać…? – zawiesił głos.
– Rowle bodajże.
– Tak myślałem – mruknął.
– Okropna. Przyczepiła się jak rzep psiego ogona. Jeszcze za mną szła.
Takie osoby jak Flora Rowle niezmiennie go irytowały i był z siebie dumny, że nie stracił nad sobą panowania i udało mu się spławić to-to w miarę uprzejmy sposób.
Rozmowa z Andrew się nie kleiła – był dziwnie rozkojarzony, a w końcu po prostu wstał, mruknął coś niewyraźnie i zniknął w mrowiu gości. Za to szybko na jego miejscu pojawił się Rabastan Lestrange – młodszy brat Rudolfa, bardzo do niego podobny. Mieli takie same sylwetki, identyczny kolor włosów i oczu. Ich rysy różniły się nieco od siebie – o ile starszy Lestrange miał je ostre, co podkreślał jeszcze magnetyczny błysk w jego spojrzeniu, o tyle młodszy w tej kwestii niczym specjalnym się nie wyróżniał. Twarz jego można by określić jako dosyć nijaką, co pozwalało mu wtopić się w tłum, kiedy tylko miał ochotę zniknąć i stać się zupełnie niezauważalnym.
Rabastan opadł z rozmachem na krzesło.
– Gdzie Ericson? – zapytał, ale najwyraźniej mało go to obchodziło, bo nawet nie czekał na odpowiedź. Której i tak Evan nie potrafiłby udzielić. – Zresztą, dobrze, że go tu nie ma. Nie zniósłbym dzisiaj jeszcze pogawędki z nim.
Evan uśmiechnął się pod nosem.
– On jest taaki nudny. Chyba bardziej niż ten cały ślub – dodał. Zerknął na Rosiera i dorzucił jeszcze, jakby wyzywająco – No, powiedz, że nie.
– Nie powiem – odparł spokojnie.
Na twarzy Lestrange’a nagle pojawiło się zaciekawienie. Pochylił się ku koledze i zapytał ciszej:
– Słuchaj… A oni teraz siedzą u ciebie, nie? Ericson i ta jego siostra. Poza szkołą też są tacy… – nie dokończył, ale pytanie i tak było jasne.
Evan obrócił w pamięci te tygodnie, które musiał spędzić z bliźniętami w Anchor. Drobne utarczki, kpiny z ich poczciwości, spacery na wybrzeże, godziny upływające pod znakiem nauk języków. Parsknął śmiechem.
– Tak – rzucił, z rozbawieniem obserwując niedowierzanie na jego twarzy. – To jest para sztywniaków, Rabastan. Nic się z nich nie da wycisnąć. On – drętwy i napuszony, ona – naiwna poczciwina. Chociaż… właściwie jedno i drugie określenia pasuje do obojga.
– Specjalnie się nie różnią, co? – Usta Rabastana wygięły się w złośliwym uśmiechu. – Ani wyglądem ani charakterem.
– Szczególnie wyglądem – podkreślił Evan, co wywołało głuchy rechocik Lestrange’a.

Na sali rozbrzmiały pierwsze tony walca. Kolejni goście odstawiali kieliszki i odkładali talerze, by potem z uśmiechem podążyć ze swoimi partnerami w stronę parkietu. Niektórzy najwyraźniej nie mieli ochoty brać udziału w tym niezmiennym punkcie programu wesel i zabaw, ale posłuszni twardym zasadom zaciskali zęby i dołączali do pozostałych. Ci, którym wiek lub stan zdrowia nie pozwalał tańczyć, zajmowali miejsca przy najbliższych stolikach, aby mieć dobry widok na tancerzy; wymieniali między sobą ciche uwagi, których treść na zawsze miała pozostać znaną jedynie tym dyskretnym rozmówcom. Bo po co miano rozgłaszać, że żona Arkturusa Blacka powiedziała swojej wiekowej szwagierce, iż zawsze uważała Yaxleyów za kiepskich tancerzy, albo że dziewięćdziesięcioletni pan Prewett zdradził swojemu znajomemu, iż panna młoda próbowała przeforsować pomysł zaproszenia na ślub swojej drugiej siostry, tej zdrajczyni krwi, Andromedy? Takie konstatacje niepotrzebnie zepsułyby doskonałą atmosferę…
Andrea na dźwięk skrzypiec drgnęła nieznacznie. Nim się spostrzegła, Agnes i Tobias ruszyli do tańca, a ona została sama jak palec, rozglądając się wokół. Wiedziała, ze powinna jak najszybciej pójść w ich ślady, by łamaniem konwenansów nie zwrócić na siebie niepotrzebnej uwagi. Wolnym krokiem ruszyła w stronę wyjścia na werandę, gdyż tam nie tylko wciąż panował lekki rozgardiasz związany z sugestywną przygrywką orkiestry, ale i zgromadziło się najwięcej ludzi.
Naraz dostrzegła przed sobą znajomą sylwetkę. Evan. Przystanęła.
On też ją zauważył – uśmiechnął się kątem ust, oddał kieliszek przechodzącemu z tacą kelnerowi i najwyraźniej miał zamiar do niej podejść. Widząc to, odwróciła się na pięcie. Z mocno bijącym sercem ledwie powstrzymywała się od biegu – potrąciła kogoś, rzuciła krótkie „przepraszam”, prawie wytrąciła nobliwie wyglądającej czarownicy w zdobnym kapeluszu talerzyk z dłoni, ścigana jej pełnymi niezadowolenia uwagami z przepraszającym uśmiechem odsunęła ze swej drogi jakiegoś malca… Obejrzała się, ale Evan zniknął już jej z oczu.
Miała sobie ten odruch za złe. Zachowała się głupio, nie ulegało to wątpliwości. Ale cóż mogła  poradzić, skoro na jego widok z jej głowy rozpierzchły się wszelkie myśli prócz tej jednej, wyrażającej się w trzech dosadnych i jasnych słowach – uciekać jak najprędzej?
Z drugiej strony nie była zupełnie pozbawiona usprawiedliwienia. Po tym, jak usłyszała jego rozmowę z Rabastanem, miała prawo do nietypowej reakcji na jego widok.
Obawiała się, że za jej plecami – a dla ścisłości: jej i Andrew – mógł mówić o nich różne rzeczy. Jednak co innego podejrzewać, a co innego usłyszeć. Poczuła potworne rozczarowanie, bo w głębi serca wierzyła, że Evan nie tylko sprawiał wrażenie, ale naprawdę ich polubił. A czy kogoś, kogo się lubi, można określać tak lekceważącymi słowami?
Pogrążona we własnych myślach przestała już całkowicie zwracać uwagę na otoczenie. Nie słyszała śmiechów i rozmów, nie patrzyła, dokąd szła.
Potrąciła kogoś ramieniem. Tak, to musiało się tak skończyć.
– Przepraszam.
– Proszę – napłynęła natychmiastowa odpowiedź. Nie spodziewała się takiej. Uniosła głowę.
Tymczasem Syriusz Black zlustrował ją rozbawionym spojrzeniem – od unoszącej się w przyspieszonym od zdenerwowania oddechu piersi, przez otwarte szeroko oczy, do rozwianych loków. Zerknął ponad jej ramię i wyciągnął rękę.
– Zatańczymy? – zapytał, chociaż w jego ustach brzmiało to bardziej jak stwierdzenie. Zresztą, Andrea nie zamierzała odmawiać. Nie w sytuacji, gdy w każdej chwili mogła czekać ją konfrontacja z Evanem.
Do korowodu par dołączyli jako jedni z ostatnich. Wśród tańczących mignęła Andrei wrzosowa, falbaniasta spódnica Agnes Prewett, nieopodal dostrzegła Andrew z nieznaną jej bliżej kobietą o latynoskiej urodzie, za nimi zauważyła kątem oka Florę z Rabastanem… Poczuła nagłą niechęć na myśl o nim, ale niemal natychmiast przymknęła oczy, starając się wyzbyć negatywnych emocji. Nie chciała już tego rozpamiętywać. Nie teraz.
Syriusz w tańcu radził sobie dobrze, jak przystało na latorośl uznanej i bogatej rodziny. I dzięki niemu Andrea nie wypadała z rytmu, a jej ruchy nie traciły płynności, pomimo że – szczególnie na początku – była dosyć rozkojarzona. Milczał, ale zdawał się nie skupiać nawet na krokach, zupełnie jakby ich kolejność była dla niego tak naturalna jak w marszu. Jednak myślami był daleko; zauważyła, że wzrok miał lekko nieobecny.
Ciekawe, co go zajmuje, przemknęło jej przez głowę. Nie miała pojęcia, co mogło go pochłaniać; wiedziała o nim niewiele, zaledwie tyle, ile z plotek i własnych, niezbyt uważnych obserwacji. Miał brata, Regulusa, do którego zwykł się nie przyznawać, bo tamten był zagorzałym Ślizgonem; uwielbiał dowcipy, a cały swój wolny czas w szkole spędzał z kolegami, a najczęściej z… jak on miał?... Potterem; nieźle radził sobie na zaklęciach i transmutacji, nie przepadał za swoją rodziną, sądząc po sposobie, w jaki się o niej wyrażał. I to tyle. Nic więcej na jego temat nie wiedziała, a przynajmniej w tej chwili nie przychodziło jej do głowy.
– Jak mijają wakacje? – usłyszała. Widać wrócił na ziemię i postanowił zagaić, jak to przystało we wspólnym tańcu.
Jednak to proste pytanie zbiło ją z pantałyku. Spojrzała na niego i już miała otworzyć usta, by wydusić z siebie jakąś odpowiedź, może niezbyt zgrabną czy inteligentną, ale towarzysko poprawną, kiedy dotarło do niej, że…
– Pierwszy raz mnie o coś takiego pytasz – wypowiedziała swoje spostrzeżenie na głos i zaraz potem ugryzła się w język. Nie popisałam się.
– Bo do tej pory nie było okazji – odparł gładko.
– W każdym razie całkiem dobrze. A twoje?
Nie wiedziała czemu, ale każde słowo, które wypowiedziała, w sekundę później wydawało się jej niewłaściwym; miała ochotę go zastąpić innym, powiedzieć coś innego, mniej oklepanego, bardziej błyskotliwego, słowem: coś, na czego wspomnienie nie będzie potem miała odruchu spojrzenia w sufit.
– Nic nadzwyczajnego. – Niemal wzruszył ramionami. – Czekam tylko na początek września.
– Na powrót do Hogwartu? I lekcje historii magii? – Na to wspomnienie nieco się rozluźniła.
– To drugie niekoniecznie… – Dostrzegła cień uśmiechu na jego twarzy. – Ale na wyjazd z domu – jak najbardziej. Chciałbym opuścić to ponure mieszkanie i nie wracać tam nigdy więcej.
To potwierdziło jej dotychczasowe przesłanki o nie najlepszych kontaktach rodzinnych. Nie odniosła się do jego słów – bardzo chciała wyrazić swoje zdziwienie, może nawet oburzenie; to byłoby zgodne ze wszelkimi zasadami i szacunkiem wobec starszych. Jednak nie potrafiła się do tego zmusić. Co więcej, jego słowa wcale jej nie poruszyły. Wypowiedział je jakby mimochodem, bez mocno zaakcentowanej niechęci. Takim samym tonem mógłby skomentować też wygląd nieba za oknem.
– A jak wyniki SUM-ów? – zapytała po chwili. – Jesteś z nich zadowolony?
– O tak. Szczególnie ocena z obrony przed czarną magią mnie zachwyciła. Wybitny… – dorzucił z nieskrywaną dumą. – Będzie jak znalazł…
Zerknął na nią z dziwnym wahaniem i nie dokończył.
– Jak znalazł na co? – podchwyciła, zaciekawiona.
– Na walkę z ciemną stroną – rzekł. W jego oczach pojawił się wyzywający błysk; patrzył na nią z wyczekiwaniem pomieszanym z dumą. Odniosła wrażenie, że próbował ją sprowokować, że liczył na próbę sił i marzył o triumfie. Ale ona nie zaperzyła się, nie spojrzała na niego z gniewem ani go nie odczuła.
W jej duszy za to pojawił się niepokój.
– Gdzie ty chcesz walczyć? Z kim? – zapytała.
Syriusz roześmiał się, a w jego głosie usłyszała nieskrywane nuty drwiny i goryczy. Zadrżała.
– Mamy wojnę, Andrea. Nie zauważyłaś? I nie mam zamiaru patrzeć bezczynnie, jak Śmierciożercy obracają w pył dotychczasowy porządek.
Śmierciożercy. W jego ustach ten wyraz zabrzmiał złowieszczo, zupełnie jakby zwiastował zło. Zło, które miałoby ogarnąć cały świat i zniszczyć wszystko, co w nim było warte kochania.
– Ale… – zaczęła, trochę niepewnie – przecież oni chcą walczyć w słusznej sprawie. W obronie nas wszystkich.
– Czy ty naprawdę tak uważasz?
Wydawało się jej, że jej słowa go zdziwiły. A może rozbawiły? Nie potrafiła tego jednoznacznie określić. Syriusz Black nie próbował nawet skrywać swoich uczuć – pozwalał im odmalowywać się na jego obliczu bez żenady, ale sposób w jaki wykrzywiały się jego usta i unosiły jego brwi powodował, że nie potrafiła go rozczytać. Zupełnie jak gdyby wszystkie emocje – niezależnie od tego, czy była to złość, czy rozczarowanie, czy wesołość – zaprawiał jakąś kpiną, która nieraz zmieniała ich wygląd, upodabniała do innych, nawet niepokrewnych.
Jego pytanie, postawione z taką prostotą, zachwiało jej przekonaniem i nie potrafiła się przez dłuższą chwilę zmusić do odpowiedzi, która – przecież doskonale o tym wiedziała! – była oczywista.
I nie odpowiedziała. Zamiast tego odwróciła wzrok, by nie widzieć jego twarzy, a przede wszystkim lekkiego uśmieszku pełnego – o ile dobrze interpretowała, a co do tego nie mogła mieć pewności – samozadowolenia.

Kolejne tańce, uznawane za obowiązkowe i tradycyjne (czyli dosyć wiekowe, szczególnie pierwsze z nich), Andrea i Syriusz również zatańczyli razem. Jak do tego doszło? Andrea musiała przyznać, że dosyć prosto. On jej nie odganiał i najwyraźniej jej towarzystwo mu nie przeszkadzało, a ona skrzętnie z tego korzystała, nie chcąc ryzykować spotkania z Evanem lub samotnością przyciągać niepotrzebne spojrzenia. Wolała uniknąć atencji niektórych z obecnych na sali. I zdecydowanie nie pragnęła, aby przypadek pchnął ją znowu w krąg towarzystwa najbliższej rodziny. Kilka razy dostrzegła Andrew – za pierwszym razem on jej nie zauważył, bo był pogrążony w rozmowie z, o ile wzrok jej nie mylił, Rudolfem Lestrange; za drugim ich spojrzenia się spotkały. Kiedy zobaczył, w czyjej asyście odpoczywała po przeforsowanym (zapewne przez kogoś starej daty) kadrylu, odwrócił się i zniknął jej z oczu. Potem przez chwilę widziała go w towarzystwie Evana – byli w doskonałych humorach, a Rosier opowiadał o czymś, gestykulując leniwie.
Wolała nawet nie myśleć, czy padły między nimi jakieś komentarze na jej temat.
– Syriusz… – odezwała się. Jego imię z trudem przeszło jej przez gardło. No tak, dotychczas nigdy go nie używała, a jeżeli już, to w niezastąpionej asyście jego nazwiska.
– Co?
Uśmiechnęła się w duchu. Wyobraziła sobie, jak w jej domu by zareagowano, gdyby ktoś usłyszał taką odpowiedź.
– Nie męczy cię moje towarzystwo?
Dotychczas nie zamienili na osobności nawet słowa, a w dodatku w Hogwarcie odnosiła wrażenie, ze za nią nie przepadał. Skąd ta zmiana?
Syriusz przeciągnął się i ziewnął.
– Nudna jesteś – burknął. – Czy jakby mnie męczyło, siedziałbym tutaj?
Uśmiechnęła się lekko, ale bez przekonania – zgarbiła się i spuściła wzrok, w milczeniu zakreślając palcem kółka na nieskazitelnie czystej nóżce kieliszka. Przymiotnik, którego użył, przypomniał jej w jednej sekundzie o zasłyszanej wcześniej rozmowie.
– Nie lubię mojej rodziny. Nie trawię tych wszystkich krewniaków i nie-krewniaków, tej zgrai zarozumialców. Nie bawią mnie takie spotkania – odezwał się nagle. – Jedynie wujek Alfard jest w miarę normalny. No i ty.
Ani na milimetr nie zmienił swojej pozycji, ani trochę nie zmienił się wyraz jego twarzy. Rzucił jej krótkie spojrzenie i na moment poweselał na widok jej miny.
– Ale przecież… Przecież… – zaczęła nieskładnie – ja też wyznaję te zasady, co…
– Błąd. Ty się do nich stosujesz. Dałaś sobie zrobić wodę z mózgu – stwierdził spokojnie, tak jakby była to najzwyczajniejsza rzecz na świecie. – To co innego.
– To dlatego zaprosiłeś mnie do tańca?
Przekrzywił głowę i zakląskał językiem.
– Chyba tak. Nie wiem. To był odruch.
– Odruchowo – podkreśliła to słowo – zaprosiłeś mnie do tańca?
– Na to wychodzi.
Znowu sprawę postawił prosto. Zerknęła na niego. Z wyraźnym brakiem zainteresowania rozglądał się po sali. Zauważyła, że się lekko skrzywił, gdy jego wzrok padł na stojącą po drugiej stronie parkietu Bellatrix. Była odwrócona do nich tyłem i dyskutowała zawzięcie z parą dziwnie wyglądających czarodziejów – mieli na sobie purpurowe szaty przepasane złotymi łańcuchami, a na głowach wysokie, suto zdobione tiary w tym samym kolorze; ich gęste brody były w lekkim nieładzie.
– Czy to nie są ci Włosi? – zapytała.
– Taa – mruknął Syriusz. – I wygląda na to, że mają z naszą kuzynką małe różnice poglądów.
Rzeczywiście, Bellatrix gestykulowała już wręcz agresywnie. Głośna rozmowa nie została niezauważona – już wokół nich utworzył się półkolisty, mały tłumek, który z chwili na chwilę coraz bardziej się powiększał. Nie uszło to uwadze panny młodej; Narcyza już niemal biegła w stronę wzburzonej siostry, a za nią podążał Lucjusz. Cygnus Black przepychał się między gapiami; po chwili półkole zamknęło się w okrąg, skutecznie zasłaniając siedzącym w dość dużym oddaleniu czarodziejom widok na ową scenę.
Syriusz podniósł się z krzesła i poprawił rąbek szaty zagnieciony od oparcia.
– Idziesz tam? – wymknęło się Andrei.
– A tak – potwierdził, według niej trochę za pogodnie jak na zaistniałą sytuację. – Za nic nie przegapiłbym wybuchu Belli. To może być niezłe widowisko. Ba, to  b ę d z i e  niezłe widowisko. A ty co, zostajesz?
Zawahała się przez moment. Jej tak wściekłość kuzynki nie interesowała. Co więcej, wolała się tego z bliska nie oglądać, ale gdy zobaczyła minę Syriusza – po trosze wyzywającą, po trosze pełną lekceważącego pobłażania – wstała i razem z nim ruszyła w kierunku zbiegowiska.

Dotarli akurat na czas, aby zobaczyć Cygnusa, który chwycił swoją najstarszą córkę za rękę z wyraźnym postanowieniem załagodzenia sytuacji. A to nie zapowiadało się na łatwe zadanie – oczy Bellatrix ciskały błyskawice, na jej pliczki wystąpiły silne rumieńce, a ciężkie, czarne włosy zdawały się emanować elektrycznością. Strząsnęła dłoń ojca niemal z obrzydzeniem, nawet na niego nie patrząc – cały czas spoglądała spod przymrużonych powiek na Włochów, którzy chyba już zrozumieli powagę sytuacji i nieznacznie zbledli.
– Bellatrix, apeluję o spokój! – powiedział dobitnie Cygnus, a jego lewa ręka powędrowała z pazuchę, gdzie miał schowaną różdżkę. – Bellatrix!
– Bella… – Narcyza z przekrzywionym welonem podbiegła do siostry i stanęła pomiędzy nią a uczonymi z Padwy. – Bella, proszę cię…
Bellatrix cofnęła się o krok i ciężko dysząc, przeniosła wzrok na pannę młodą. Zdawać by się mogło, ze jej spojrzenie straciło część swojej wściekłości, ale możliwe, że był to jedynie efekt chwilowy.
– Chcesz wiedzieć, co oni powiedzieli? – rzuciła, a w jej tonie zabrzmiały niebezpieczne nuty zwiastujące prawdziwą burzę. – Chcesz?! – powtórzyła bardziej piskliwie.
Narcyza drgnęła w naturalnym odruchu ucieczki, ale zaraz opanowała się – uniosła dumnie podbródek, założyła dłonie na piersi, przybierając pozę niewzruszonego posągu. Koło niej pojawił się i Lucjusz, on jednak, rzuciwszy jedno spojrzenie na Lestrange, odsunął się na bezpieczną odległość.
Bellatrix wymierzyła palec w jednego z Włochów i wrzasnęła:
– Powtórz to! JUŻ!
W oczach czarodzieja odmalował się autentyczny strach. Cofnął się o krok, chowając się za tęższego towarzysza.
W tym momencie straciła już nad sobą panowanie. Bez ceregieli odepchnęła ojca, wyminęła siostrę, brutalnie chwyciła przestraszonego Włocha za szatę i przyciągnęła go do siebie, nie zważając na jego bełkotliwe protesty. Gdy znaleźli się twarzą w twarz, zaszamotał się jeszcze gwałtowniej, próbując umknąć przed jej spojrzeniem. Wśród gapiów zapanowało pełne napięcia milczenie, wśród którego rozległ się syczący szept:
– Powtórz. Powiedz nam wszystkim, jak określiłeś Śmierciożerców. Co sądzisz o czystości krwi. No?
– Scusi, Signora, mi dispiace… – wydusił z siebie.
– Cóż to? – zdziwiła się z nagłą łagodnością. – Zapomniałeś angielskiego?
Nim ktokolwiek zdążył mrugnąć, wyszarpnęła różdżkę, przyłożyła ją do jego szyi i krzyknęła wściekle:
– Ty psie!
– Bellatrix! – zawołał ostrzegawczo Cygnus, ale wyraźnie obawiał się podejść bliżej.
– Bella! – Narcyza pobladła. – Bella, signor Onetelli jest słabego zdrowia, jeśli...
– Milcz!
Obserwująca tą scenę Andrea zacisnęła bezwiednie dłoń na ręce stojącego obok Syriusza. Miała ochotę zamknąć oczy, by nie widzieć kipiącej gniewem kuzynki, nie widzieć jej dłoni wymierzającej policzek Onetelliemu, nie widzieć nasrożonego Cygnusa, który w tej chwili postanowił stanowczo interweniować i wymierzył różdżkę w stronę Włocha i córki, nie widzieć chwytającej się za serce Narcyzy, nie widzieć zbulwersowanej żony Arkturusa Blacka wykrzykującej pogróżki w stronę obcokrajowców, nie widzieć pozostałych gości komentujących całe zdarzenie, nie widzieć Rudolfa zręcznie obezwładniającego drugiego uczonego…
A jednak jakaś niezrozumiała siła, jakaś druga strona w jej osobowości kazała jej obserwować całe zajście z kamienną twarzą, odprowadzać wzrokiem Włochów, z którymi salę opuszczał Rudolf, a za nimi drobiąca, zaaferowana Druella.
– No i koniec przedstawienia… – rzucił Syriusz lekko. – Możesz mnie już puścić.
Andrea, nieco zawstydzona, zwolniła uchwyt i schowała ręce za plecami, a tymczasem Cygnus uniósł dłoń na znak, że chciałby prosić o chwilę ciszy.
– Proszę o wybaczenie państwa – zawołał donośnym głosem, wzmocnionym zaklęciem. – Zapomnijmy o tym niemiłym incydencie. Orkiestra, walc dla panny młodej! Narcyzo, mogę cię prosić…?

Wesele przebiegało bez kolejnych zakłóceń w pogodnej atmosferze. Niedużo czasu było potrzeba, aby goście przestali dyskutować na temat zajścia, które miało miejsce – w towarzystwie dobrego szampana, wykwintnych, doskonałych innych napitków oraz wspaniałych potraw trudno rozpamiętuje się nieprzyjemności, gdyż umysł sam z siebie podąża utartą ścieżką naznaczoną chęcią rozpatrywania zagadnień nieskomplikowanych i lekkostrawnych…
– Ty! Chodź tutaj natychmiast!
Andrea poczuła silny uścisk długich palców na swoim nadgarstku. Syknęła z bólu. Była pewna, że paznokcie Druelli Black w tym momencie zostawiały na jej skórze nie tylko zaczerwienione, ale i miejscami krwawe ślady.
Ciotka poprowadziła ją ku drzwiom. Kiedy znalazły się w holu przedzielonym ciężką, bogato haftowaną kotarą, zapytała:
– Ciociu, co się s…
– Cicho! – przerwała jej ta wpół słowa. – Zaraz się dowiesz.
Andrea zerknęła na nią. Druella zaciskała usta w wąską linijkę, na jej policzkach pojawiły się niezdrowe, czerwone plamy; kunsztowna fryzura straciła swój urok, loki opadały bezwładnie na ramiona. Odgłos ich kroków na kamiennej posadzce niósł się złowróżbnym echem po pustym korytarzu.
Jakieś przeczucie mówiło pannie Ericson, że dalsze uroki zabawy na sali pełnej gwaru, muzyki i przysmaków nie były przeznaczone dla nich…

6 komentarzy:

  1. Przepraszam za poślizg czasowy. Dopiero wróciłam z wakacji. Strasznie spodobał mi się moment kiedy pojawia się Syriusz.
    Tak mnie zaciekawiłaś, że normalnie serce mnie zabolało kiedy zorientowałam się, że to już koniec rozdziału. Czekam z niecierpliwoscia na nowy rozdzial!:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że śledzisz tą historię. Obiecuję, że gdy tylko ogarnę wszystkie obowiązki, które mi się teraz zwaliły na głowę, nadrobię zaległości w pisaniu. Może już niedługo... :)

      Usuń
  2. Znalazłam bloga w linkach u panny Riddle. :)
    Powiem, że początkowo jakoś mnie nie zaciekawiło, ale w połowie mnie uderzyło!
    Dziewczyno z jaką lekkością piszesz, sposób w jaki piszesz.
    Poczułam takie same motyle w brzuchu, jak wtedy, gdy pierwszy raz w życiu przeczytałam Harry'ego.
    Ile tutaj detali, opisów. <3 <3 <3
    Jestem ciekawa jak tutaj się wszystko potoczy. Bardzo ciekawi mnie postać Andrei i jeszcze bardziej ciekawi mnie jak rozwiniesz relacje i stosunku między nią a Syriuszem.
    Blog ląduje na liście moich ulubionych. Wrócę!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet nie wiesz, jaką radość sprawił mi ten komentarz. :) Dziękuję!
    Rozdział kolejny jest w trakcie pisania, niewykluczone, że się pojawi niebawem. ;)
    Pozdrawiam,
    Aranel

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Bogu, że przede mną jeszcze rozdział czwarty, bo nie mogłabym znieść braku odzewu po tym zakończeniu. Jak na razie część trzecia jest najlepszą, z jaką miałam styczność na Twoim blogu.
    Evan jest przebiegły jak jaszczurka, coraz mniej go lubię, choć na początku zyskał moje uznanie. Andrew też wydaje się jakiś dziwny, zresztą całe towarzystwo jest zdiwaczałe. Mają niecodzienne maniery, zasady i spartańskie wychowanie. Andrea w ogóle tam nie pasuje i czekam jak rozwinie się jej relacja z Syriuszem. Będzie chyba ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za komentarze, naprawdę wiara we mnie wraca, gdy je czytam. Szczególnie że właśnie walczę z końcówką szóstego rozdziału, która nie chce jakoś się ułożyć jak trzeba.
      Mam nadzieję, że akcja nie zawiedzie Twoich oczekiwań. :)

      Usuń