24.04.2014

005. Rodzinna serdeczność



Ślub zorganizowano oczywiście z dbałością o najmniejsze szczegóły. Nikogo to nie dziwiło. Wszak Blackowie nie mogli pozwolić, aby przyłapano ich na jakimkolwiek błędzie, aby ktoś zauważył najmniejsze chociażby ich potknięcie. To przekonanie i wybujałe poczucie rodowej dumy spowodowało, że rzeczywiście nikt nie puściłby im płazem nieznacznej nawet gafy. Z czystej zawiści i niechęci, ze złośliwości lub po prostu dla zabawy, jeżeli kogoś nadymanie się wściekłych arystokratów śmieszyło.
Rzecz jasna ceremonia rozpoczęła się punktualnie w południe. Było to niezwykle ważne, ponieważ panna młoda miała wejść na salę w akompaniamencie świeżo wyczyszczonych zegarowych dzwonów bijących z wieży nad głównym wejściem do dworu. Dźwięki głębokie, powodujące drżenie ziemi, wydobywające się za sprawą potężnych mosiężnych serc mieszały się z wysokimi, przypominającymi głos nieśmiałych, pobrzękujących zabawek. Łączyły się one w nadspodziewanie harmonijną całość – niczym barokowa polifonia bez strachu sięgały po swój największy atut, jakim była różnorodność brzmień całkowicie od siebie niezależnych, a jednak tak współgrających. Tak więc przy wtórze owych dzwonów w szerokim, wyłożonym puszystym dywanem przejściu między rzędami krzeseł pojawiła się Narcyza Black. Jej biała suknia sprawiała wrażenie niezwykle delikatnej, ale i równie zdobnej – gorset upiększały gustowne koronkowe wzory przeistaczające się płynnie w gładkie wąskie rękawy; spódnica z kolei składała się z kunsztownie poukładanych falban, które powodowały, że długi tren wyglądał niczym ogon białego pawia. W przyobleczonych w upiększone złotymi bransoletami (ściśle oplatającymi nadgarstki) rękawiczki dłoniach panna młoda trzymała bukiet białych kwiatów. Jej jasne, platynowe niemal włosy wymykały się z gładkiego koka i kaskadami opadały na ramiona. Welon utkano z materiału tak lekkiego, że unosił się niczym przejrzysta chmura za jej głową. Dumnie patrzyła przed siebie, nie zaszczycając nikogo z obecnych spojrzeniem. Twarz jej przywodziła na myśl kamienną maskę, cała jej postać niepokojąco przypominała przepiękny, lecz zimny posąg. Jej ojciec kroczył dostojnie, co jakiś czas skłaniając głowę przed wysoko postawionym przedstawicielem zacnej organizacji świata czarodziejskiego bądź członkiem rodziny. Pomimo że szli razem i panna młoda trzymała  Cygnusa pod ramię, zdawali się być odlegli od siebie, zupełnie jakby pochodzili z dwóch różnych światów i kapryśny los zetknął ich ścieżki jedynie na tą krótką chwilę bez specjalnego celu; tylko po to, aby po chwili rozeszli się, każdy w swoją stronę, nie zwracając uwagi na przypadkowego towarzysza.
Na Narcyzę przy podwyższeniu oczekiwał Lucjusz, wyniosły przedstawiciel rodziny Malfoyów. Odziany był w najlepszej próby szatę z połyskującej, miękko się układającej tkaniny w barwie najciemniejszej czerni. Gładka koszula wyzierała znad srebrnych zapięć. Jego szare oczy cały czas śledziły sunącą dostojnie pannę młodą – poza nią zdawał się nie widzieć nikogo.
Obecni na sali poeci może znaleźliby odpowiednie słowa do opisania przebiegu ceremonii. Może potrafiliby piękną metaforą pochwalić wystrój, wyrazić podziw, jaki wywołało pojawienie się tysięcy ukrytych dotychczas w kandelabrach elfów. Może za pomocą zdobnego, homeryckiego porównania przedstawiliby westchnienie zachwytu, które przebiegło przez komnatę. Może zdobyliby się na odwagę, aby zerknąć w serca obecnych i wyrazić kłębiące się tam uczucie wzruszającym wierszem. Może napisaliby poemat o fruwających nad młodą parą wielobarwnych, wielkich, tropikalnych motylach i deszczu złotych i srebrnych gwiazd. Ale cóż mógł powiedzieć o tym wszystkim zwykły obserwator, nie obdarzony artystycznym talentem? Jedynie zastanowić się długą chwilę, szukając adekwatnych określeń, aby w końcu machnąć ręką i stwierdzić: „tego nie można opisać, to trzeba zobaczyć”.
Lucjusz ujął delikatną, wysmukłą dłoń Narcyzy. Spojrzenia pary młodej spotkały się i nagle maska wyniosłości zniknęła z twarzy młodej kobiety. Niespodziewanie okazało się, że spojrzenie jej bladoniebieskich oczu nie zawsze musiało być zimne i obojętne, potrafiło w jednej chwili ocieplić się, stać się łagodne i czułe. Jej wąskie usta wygięły się w lekkim, nieco nieśmiałym uśmiechu, który natychmiast został odwzajemniony.
Ceremonię prowadził wysoki czarodziej w szacie tak wykwintnej, że nie powstydziłby się jej niejeden opływający w bogactwa król. Głos miał spokojny, aksamitny, głęboki – formuły wypowiadał niezwykle łagodnie, a jednocześnie z należytą powagą. W złączonych dłoniach trzymał różdżkę.
– Czy ty, Lucjuszu Abraxasie, chcesz poślubić obecną tutaj Narcyzę…
– Nie, przyszedł tu zupełnie przypadkiem – mruknął pod nosem rozbawiony Evan. Jego ciche słowa usłyszała siedząca obok Andrea. Zerknęła na niego z zaskoczeniem – sprawiał wrażenie, jakby niezwykły ten moment nie robił na nim żadnego wrażenia. Kuzyn pochwycił jej spojrzenie i uśmiechnął się kątem ust.
– Nie uważasz, że te kwestie są trochę oklepane? – zagadnął lekkim tonem i na tyle głośno, że Andrew zajmujący miejsce po drugiej stronie Andrei nachylił się do niego.
– Ciszej – syknął, rozglądając się niepewnie dookoła. Jednak nikt nie zwracał na nich uwagi.
– Spokojnie, Andy. Już milczę. Jak grób – obiecał Evan. W jego oczach pojawiły się wesołe ogniki.
Andrea uniosła brwi. Nie wierzyła, że jej szanowny kuzyn zachowa milczenie – była przekonana, że ktoś taki jak Andrew nie cieszył się u niego wystarczającym szacunkiem. Delikatnie mówiąc.
Zauważyła, że Evan zazwyczaj robił to, co chciał. Oczywiście, w granicach dobrego wychowania, swoich własnych pokrętnych i niezrozumiałych dla niej zasad oraz (a właściwie przede wszystkim) w poszanowaniu dobrego smaku. Nie sprzeciwiał się ojcu, ponieważ wiedział, iż to nie przyniesie żadnego wymiernego rezultatu. Najwyraźniej rozumiał, że na stawianie veta w rodzinie przyjdzie jeszcze czas – nie okazywał tego, nie mówił o tym głośno, lecz obserwując go, dostrzegała w tym oczekiwanym przez dorosłych posłuszeństwie rys hardości. On nie podporządkowywał się cudzej woli z przekonania, czy z respektu. On kalkulował, pragmatycznie oceniał opłacalność takiego zachowania i czekał, aż zmieni się wiatr. Nie rozumiała tego. Nie potrafiła pojąć, czemu Evan był… inny. Czemu różnił się od niej i od jej brata. Czemu był niepokorny. Z jednej strony niepokoił ją, czasem oburzał – ale z drugiej strony intrygował. I budził w niej mieszane uczucia. Lubiła go, owszem. Ale lękała się, że pewnego dnia jego zuchwalstwo może postawić ją w sytuacji trudnej i niewygodnej.
Rzeczywiście, nie milczał. Odczekał, aż Andrew usiądzie prosto na swoim krześle.
– Narcyzo, czy chcesz poślubić obecnego tutaj… – kontynuował mistrz ceremonii.
– Nie wiesz, kto jest drużbą Malfoya? – zapytał Andreę Evan, nachylając się do jej ucha.
Spojrzała na mężczyznę stojącego obok Lucjusza. Wyglądał znajomo – szerokie ramiona, czarne, kręcone włosy, orli nos… Dumne spojrzenie, pewna nonszalancja w postawie…
– Avery – odparła szeptem. – Skończył Hogwart dwa lata temu.
– Patrz, faktycznie. – Prawdopodobnie palnąłby się w czoło, ale pohamował się. – Wiedziałem, że skądś go znam… Te wąsy mnie zmyliły. Dziwny on był. Ciesz się, że nie dane było ci zobaczyć go w pokoju wspólnym. Tak, po takim widoku nie tęskniłabyś za Slytherinem.
– Evan. – Spojrzała na niego trochę zła.
– Słucham, kochana.
– Musisz tyle gadać?
– A czy ty i Andrew zawsze musicie mówić to samo? – westchnął teatralnie, ale, ku jej zdziwieniu, usłuchał jej i posłusznie umilkł.
Andrea dyskretnie rozejrzała się wokół – ze swojego miejsca miała dobry widok na gości siedzących w pierwszych rzędach. Jej oraz jej towarzyszom zostały wskazane krzesła nieco dalej ze względu na ich młody wiek. Młodzież w konwenansach rządzących w świecie czarodziejskiej arystokracji niezbyt się liczyła i przed koniecznością usytuowania pod ścianą uchroniło ich jedynie bliskie pokrewieństwo z rodziną panny młodej. Na samym przedzie siedziała oczywiście najbliższa rodzina oraz honorowi goście. Druella Black dyskretnie ocierała kąciki oczu, Gerard Rosier zachowywał niezwykły spokój, jednak Andrea dostrzegła, że i on był pod wrażeniem ceremonii i ledwie bronił się przed poddaniem wzruszeniu… Kolejni Blackowie oraz bliscy przyjaciele rodziny wzdychali cicho i wyciągali jedwabne chusteczki, sprawdzając przy okazji, czy sąsiedzi dostrzegli, z jak szlachetnego materiału została wykonana i jak kunsztowne lamówki ją zdobią.
Nad podwyższeniem rozległy się łagodne, kojące dźwięki harf. Zgromadzeni unieśli głowy – to nad parą młodą wymieniającą się właśnie obrączkami pojawiły się delikatne, cudne istoty nie wyższe nad dwie stopy długości. Małe, prześliczne twarzyczki były ledwie widoczne zza posrebrzanych, niedużych instrumentów. Otulone zwiewnymi szatami spoczywały wdzięcznie na niewidzialnym siedzisku pod sufitem i grały tak pięknie i przejmująco, że serca ludzkie zaczynały niewytłumaczalnie drżeć, najpierw przesiąknięte niezwykłą tęsknotą, a potem owiane ciepłym, niewyobrażalnym szczęściem.
Andrea bezwiednie sięgnęła po swoją chusteczkę i zaczęła ostrożnie osuszać swoje zaszklone łzami oczy. Muzyka brzmiała nieprzerwanie, dostarczając nowych, przejmujących doznań i wzruszeń, a słuchając jej, czuła się tak, jakby delikatne istoty nie trącały strun harf ale struny jej własnej duszy.
Stuk. Stuk. Stuk.
Zmarszczyła brwi niezadowolona, że rytmiczny – co prawda nie za głośny, ale powodujący przykry dysonans – dźwięk zakłócił jej odbiór całokształtu ceremonii. Nie miała pojęcia, cóż to mogło być, gdyż jej umysł wciąż krążył wśród tych pięknych istot i zatapiał się w ich niezwykłej muzyce; na szczęście umilkł równie szybko, jak się pojawił. Odetchnęła nieznacznie z ulgą.
Ale niedługo dane było jej cieszyć się spokojem – po chwili znów się rozległ, energiczniejszy, bardziej natarczywy. Odwróciła gwałtownie głowę, szukając jego źródła. Brzmiał jak… Tak, jakby ktoś ze zniecierpliwieniem postukiwał butem o podłogę. Natychmiast spojrzała na swojego kuzyna, pierwszego podejrzanego, ale okazało się, że trop ten nie prowadził do celu – Evan wyglądał co prawda na tak samo znudzonego jak wcześniej, ale siedział spokojnie. Wyczuwając jej pełne oskarżenia spojrzenie, zerknął na nią nieco zdziwiony.
I wtedy, kątem oka dostrzegła prawdziwego winowajcę. Właściciel czarnych lakierków i długimi noskami nagle znów zaniechał wystukiwania irytującego rytmu i odchylił się na krześle tak, że nie mogła dojrzeć jego twarzy. A nie zamierzała czynić niepotrzebnego poruszenia, zatem jedynie skrzywiła się i zwróciła ponownie głowę w stronę podestu.
Przemówienie czarodzieja stojącego przed młodą parą w niezwykły sposób współgrało z anielskimi dźwiękami; w ich akompaniamencie nabierało nowego wyrazu. Każdą sylabę przepełniał nieuchwytny czar – i nie mowa tu o magii w tradycyjnym pojęciu tego słowa. Mowa tutaj o magii niezwykłej, niezbadanej, niepodlegającej przemianom przez całe wieki; o magii tajemniczej, będącej zagadką zarówno dla mugoli jak i czarodziejów; o magii, której nie rozumiał cały świat, ale i cały świat był na nią zdany. Niektórzy lubili określać ją mianem starożytnej, inni uśmiechali się pokątnie na taką nazwę i przedstawiali własną – siła natury. Jeszcze inni odrzucali te miana jako zbyt przyziemne i doszukiwali się źródła tej mocy wyżej, w niebiosach, przypisując ją Bogu lub Najwyższej Istocie. Jakkolwiek by jej nie nazywano, z jakichkolwiek nie miałaby korzeni, cokolwiek stanowiło jej moc sprawczą, pozostawała niezrozumiałym, ale i najpiękniejszym bytem wśród niedoskonałego, marnego padołu.
Magia ta zdaje się krążyć w trzewiach naszego Wszechświata niczym krew w organizmie, niewidoczna z zewnątrz dla ludzkiego oka, skryta pod warstwą twardą i skostniałą od codzienności niczym pod skórą. Obiega wszystko, co nas otacza, otula nas samych, by tchnąć w nasze życie nadzieję. I nie znika – towarzyszy nam każdego dnia, w każdej sekundzie, skryta pod pozorami, zduszana przez pesymizm, sceptycyzm, niesprawiedliwość i gnuśność. Ale nie daje za wygraną i nigdy nie zostanie przez nie zwyciężona. W takich chwilach jak ta, kiedy dostojny czarodziej łączył los dwojga kochających się ludzi, magia ta ze zdwojoną mocą przebijała się ku powierzchni, by bez żenady ukazać się w świetle dziennym, okrasić oblicza ludzi słońcem prawdziwego szczęścia.
– Ogłaszam was mężem i żoną.
Fanfary, oklaski. Deszcz złotych gwiazd. Lucjusz i Narcyza niemal zniknęli za tą zasłoną. Kilka starszych czarownic siedzących przed Ericsonami i Evanem hałaśliwie czyściło nosy.
Znów rozbrzmiała muzyka, tym razem żywsza i głośniejsza, ale wciąż równie wzruszająca co przedtem – młoda para pocałowała się. Narcyza wyglądała w pierwszej chwili na nieco spłoszoną i zawstydzoną w obecności tłumu gości, jednak jedno spojrzenie na Lucjusza wystarczyło, aby zapomniała o całym świecie. Po raz kolejny.
  

Dobrze, zatem obiad przetrwany bez żadnych wpadek, odetchnęła Andrea. Nie było to dla niej łatwe przeżycie. Wciąż czuła na sobie spojrzenia – co było nie do uniknięcia, kiedy się siedzi przy jednym stole z najbliższą rodziną panny młodej i pana młodego. Obserwowała spod oka Narcyzę, która ze spokojem i pewnością prawdziwej damy małymi łykami popijała wino z kryształowego kielicha, spoglądała na sztućce trzymane prawidłowo w jej smukłych dłoniach, na równiutko odkrawane małe fragmenty pieczeni i w tym momencie przepełniało ją przeświadczenie, że ona, szesnastoletnia dziewczyna łajana przez guwernantkę, matkę i nawet własnego brata, nigdy nie zdoła opanować wszystkich zasad zachowania przy stole i w towarzystwie do perfekcji.
To było niewykonalne. Bo jak miała to osiągnąć, jeżeli, czując na sobie surowy wzrok Druelli, ręce jej zaczynały niekontrolowanie drżeć, a nóż z niedopuszczalnym szczękiem osuwał się z nałożonego kawałka mięsa na talerz? Jak miała się przełamać, jeżeli w chwili, gdy Alfard Black, najżyczliwiej nastawiony członek tej rodziny, pytał ją o coś niemal z serdecznością, ona krztusiła się przełykanym właśnie szparagiem i jedynie godna podziwu szybka reakcja Evana ratowała ją przed niewybaczalną wpadką w towarzystwie wyniosłych kuzynek oraz nieprzychylnych ciotek?
Nie mogła się doczekać, kiedy ta część uroczystości dobiegnie końca. Chciała już wstać od tego suto zastawionego najbardziej wyszukanymi potrawami stołu, odnaleźć wśród tłumu sztywniaków towarzystwo sympatyczniejsze i weselsze, w którym nie musiałaby się stresować, czy aby falbana jej sukni nie przekrzywiła się o niecały cal, co nie umknęłoby na pewno którejś z otaczających ją osób.
Od czasu do czasu zerkała na Andrew, któremu udało się na parę chwil przyciągnąć uwagę siedzącego nieopodal młodego mężczyzny, czarnowłosego, dobrze zbudowanego, bliskiego powinowatego Narcyzy. Z początku na Ericsona rzucił jedynie okiem, odpowiedział mu jakimś półsłówkiem i zwrócił się do swojej żony.
Potem jednak widać posłyszał krótką wymianę zdań jego i Evana, bo zwinnie wycofał się z konwersacji z Cygnusem, Gerardem Rosierem i Alfardem na temat wciąż rosnącej niekompetencji pracowników Ministerstwa Magii.
– Evan, nie powiesz mi chyba, że byś chodził na mugoloznastwo – rzucił Andrew nagle podenerwowany.
– Oczywiście, że nie – odparł ten ze spokojem. Odstawił bezszelestnie swój puchar na okryty śnieżnobiałym obrusem stół. – Ale to nie znaczy, że…
– To przedmiot wprowadzony, aby podważać wartości starożytnych czarodziejskich rodów! Zobacz tylko, jeżeli słowa wypowiedziane tam padną na podatne podłoże… – zrobił wymowną pauzę, a Andrea w milczeniu przysłuchująca się temu, poczuła lekki dreszcz – mogą czynić zamęt…
– Tak, tak, tak, zamieszać młodemu w głowie, sprowadzić na złą drogę i zhańbić nazwisko, blablabla – dokończył za niego znudzonym tonem Evan. – Dasz mi się wysłowić? Dziękuję. To, jaki wpływ ma zdobywana wiedza na ucznia zależy od nauczyciela. Czy warto znosić ten przedmiot? Nie sądzę. Bo zamiast walczyć z jego zwolennikami, można zadbać, aby lekcje prowadzono w odpowiedni sposób.
– To jest duże ryzyko – Andrew wzruszył ramionami. – Mało to razy tacy jak my próbowali w taki, jak mówisz, sposób walczyć z mugolakami i zdrajcami krwi? Czas podjąć zdecydowane kroki.
Czas na prześladowanie mugolaków, dokończyła w myślach Andrea. Słyszała tą opinię z ust brata już nie raz, nie dwa. Słyszała też, jak Evan się z jego zacietrzewienia podśmiewał i jak go prowokował. Gdyby nie to, że byli na weselu, być może i teraz ich kuzyn by tak zrobił. Zresztą, widziała, że ledwie się powstrzymywał.
– Czy sądzisz, że potrafiłbyś postawić wszystko na jedną kartę i walczyć o czystość krwi? – zapytał nagle czarnowłosy mężczyzna z naprzeciwka. Jego zielonkawe oczy przewiercały Andrew na wskroś.
Coś niezwykłego było w tym spojrzeniu – jakaś nutka szaleństwa ukryta pod płaszczem ogłady i inteligencji. Gdzieś w ich głębi kryła się iskierka, którą trudno było jednoznacznie określić – na pierwszy rzut oka nieszkodliwa, świadcząca o nieskrywanym zamiłowaniu do czegoś. W oczach osób uwielbiających jakieś zajęcia, poświęcających się całkowicie swoim zainteresowaniom, rozwijających swoje pasje można znaleźć taki płomyk. Zazwyczaj wywołuje on pewien szacunek albo sympatię i nie inaczej było w tym przypadku. Ten mężczyzna miał w sobie coś magnetycznego, coś, co przyciągało z niewysłowioną siłą. Ale jeżeli ktoś był na tyle bystry, że widział tą iskrę w jego spojrzeniu, nie mógł nie zauważyć niezrozumiałego cienia, który ją otaczał niczym mroczna łuna. I o ile wcześniejszy błysk łatwo było zdefiniować, o tyle źródło i jej symbolikę trudno było wyjaśnić.
Coś w tym człowieku budziło niepokój. Andrea nie miała co do tego wątpliwości. Odwróciła głowę, nie słuchała nawet, co jej brat miał mu do powiedzenia. Rozejrzała się dyskretnie – dyskutujący z poważnymi minami dorośli (zauważyła, że co jakiś czas każdy z nich zezował na ułamek sekundy na swój strój, aby sprawdzić, czy ten leżał jak trzeba) nie zwracali na młodzież u końca stołu już żadnej uwagi. Słyszała pompatyczny głos Cygnusa Blacka grzmiący w akompaniamencie suchego, pewnie w pierwotnym zamierzeniu pełnego humoru chichotu Druelli rozmawiającej półgłosem ze swoją szwagierką. Ojciec panny młodej, gestykulując bogato, choć nie przesadnie, by nie przekroczyć linii dobrego smaku, spoglądał w kierunku swojej starszej córki i mówił:
– Moja droga, bardzo się ci chwali, że masz tak godne podziwu, jasno określone poglądy. Zważ jednak, że zawsze każda rewolucja, jaką ty zwiastujesz, powinna opierać się na pracy nie tylko radykałów. Potrzebne wam zaplecze, potrzebne kontakty, potrzebne pieniądze…
Zaraz i wychwyciła opanowany, miło brzmiący głos Narcyzy, która zwracała się do Walburgi Black, oschłej siostry Cygnusa:
– Wspaniale prezentuje się twoja dzisiejsza kreacja, ciociu. Jestem absolutnie zachwycona. I ta apaszka! – uniosła dłoń w geście uznania, a jej złote bransolety zadźwięczały cicho. – Nie widać po niej wcale, że nosisz ją drugie lato…
Po drugiej stronie stołu rozległ się rubaszny śmiech. Alfard Black, nic sobie nie robiąc z morderczego spojrzenia Oriona, męża Walburgi, poklepał go protekcjonalnie po ramieniu.
– O, mój drogi szwagrze… O, drogi szwagrze… – westchnął głębiej, a z jego twarzy (otoczonej nobliwie wyglądającą, przedwcześnie posiwiałą grzywą włosów) nie znikał pełen rozbawienia uśmiech. Alfard wyciągnął z kieszeni szaty nieskazitelnie czystą chusteczkę, uniósł ją pod światło, obejrzał krytycznie, po czym otarł załzawione od śmiechu oczy. – Dawno się nie przypominało historii literatury, prawda?
– Polityka, drogi szwagrze – odparł, jadowicie podkreślając ostatnie dwa słowa, Orion. Nieznacznie, acz stanowczo odsunął się, by szeroka dłoń szwagra nie sięgnęła ponownie jego barku. – Śledzenie aktualnych wydarzeń pochłania dużo czasu. Spójrz tylko, ile ważkich decyzji podjęło Ministerstwo zaledwie w tym tygodniu. Decyzji, które mogą znacząco wpłynąć na naszą pozycję w społeczności czarodziejskiej…
Andrea westchnęła cichutko, tak, aby nikt nie zdołał dostrzec jej ruchu ramion.
Stuk, stuk, stuk.
Nadstawiła uszu. Znowu to pełne zniecierpliwienia pukanie butem o podłogę. To znaczyło, że wcześniej nudzący się na ceremonii ślubu osobnik siedział przy tym samym stole.
Rozejrzała się raz jeszcze i jej wątpliwości zostały rozwiane. Już wiedziała, kto to.
Winowajca beztrosko opróżniał swój kielich i spojrzenie jego czarnych, niepokornych oczu odnalazło ją. Uśmiechnął się nieznacznie, jakby z goryczą czy drwiną i uniósł nieznacznie puchar w geście toastu.
Ta rodzinna serdeczność…

Czy potrafiłbym walczyć o czystość krwi?
Andrew uśmiechnął się pod nosem. Opuścił wzrok – nie aż tak, żeby się prostacko wpatrywać we własny talerz, ale na tyle, aby nie musieć spoglądać w oczy rozmówcy, których spojrzenie go deprymowało. Odpowiedział jednak tonem przepełnionym pewnością siebie i swego rodzaju dumą.
– Oczywiście.
Gdzieś niedaleko siebie usłyszał stłumione parsknięcie. W duchu pokręcił głową, a irytacja na Evana, wzrastająca od początku ceremonii ślubnej, sięgnęła niemal zenitu. Ostatkami silnej woli udało się mu go zignorować i skoncentrować na wymianie zdań z czarnowłosym mężczyzną.
Było coś niezwykłego w spojrzeniu tego człowieka. Niewątpliwie nie wahał się przy podejmowaniu decyzji. Takim kimś Andrew skrycie chciał zostać – pewnym siebie, wzbudzającym szacunek. Chciał i wiedział, że będzie musiał nad sobą pracować, aby stworzyć taki swój wizerunek. Zapewne nie należało to do zadań prostych, ale liczył na to, że dane będzie mu się wykazać wśród tych, których mógłby uznać za swoje prawdziwe autorytety.
– Wielu tak mówi – zauważył jego rozmówca. Odchylił się nieznacznie na krześle, odłożył sztućce w nienaganny sposób i skrzyżował dłonie na piersi. – A niewielu wierzy, że prawdziwe poświecenie może być niebawem potrzebne.
– To skrajni ignoranci – Andrew wzruszył ramionami. – Wszyscy wiedzą, że aby uzdrowić nasz kraj, potrzebne są drastyczne zmiany. Pewnie wielu ludziom się one nie spodobają…
Zauważył, że mężczyzna jakby w zamyśleniu pokiwał głową, potwierdzając słuszność jego słów.
– Te zmiany nadejdą szybciej, niż sądzisz – rzucił nagle. – Jesteś na nie gotowy?
Skinął z powagą głową. Czuł, że właśnie dokonywała się rzecz przełomowa. Może wpływ na to miał sposób, w jaki ten człowiek wypowiadał, lekko cedząc, słowa, może była to kwestia sporej ilości wszelkich napojów, których nie żałowano i młodocianym. A może to atmosfera panująca we dworze Blacków?
– Każdy, kto wyznaje nasze rodzinne wartości, jest na nie gotowy – dodał.
Zauważył ten lekki uśmiech, przy którym spojrzenie mężczyzny zmieniło wyraz, stało się niepokojące, zaigrały w nim jasne iskry.
– Nie zasłaniaj się rodzinnymi wartościami. Wiesz, co mam na myśli.
Andrew już otwierał usta, aby odpowiedzieć, ale zająknął się i ostatecznie nie rzekł nic, patrzył jedynie jak zahipnotyzowany w twarz tego człowieka. Domyślał się, o czym ten mówił, ale…
Nie chciał powiedzieć tego jednego słowa za dużo, bo jeśli jego myśli podążały innym torem niż myśli rozmówcy, mógł powiedzieć coś, co stałoby się najgorszym faux pas w jego życiu.
Ale przeciągające się milczenie także nie działało na jego korzyść…
Kto wie, jak długo Andrew by się wahał. Całkiem prawdopodobne, że do czasu, gdy na twarzy mężczyzny pojawiłby się drwiący uśmieszek świadczący jednoznacznie o tym, że tego młodego Ericsona już spisał na straty i ocenił jako mało inteligentnego. Na szczęście siedzący obok Evan zabrał głos.
– To oczywiste, że jest gotowy zabijać, panie Lestrange. Podobnie jak ja.

Po skończeniu obiadu Andrea nareszcie mogła oddalić się od fałszywie uśmiechającego się Cygnusa Blacka, śmiejącej się piskliwie Druelli oraz pozostałych przedstawicieli najbliższej rodziny panny młodej. Musiała w duchu przyznać, że na tym tle krewni Lucjusza nie przedstawiali się jakoś szczególnie interesująco – owszem, Abraxas Malfoy nie dał się zepchnąć na drugi plan i widziała, że raz czy dwa to on wiódł prym w konwersacji u szczytu stołu, ponadto szło mu to wyjątkowo dobrze, ponieważ nawet Alfard Black nie przerwał mu ani nie wytknął nieścisłości. Nie zmieniało to jednak faktu, że Blackowie tworzyli zbiorowość różnorodną i w zebrani tak licznie w jednym budynku przypominali zamknięte w olbrzymiej klatce barwne, tropikalne ptaki sprowadzane ze wszelkich, najdzikszych zakątków świata.
Andrea wstała od stołu wraz z Andrew oraz Evanem, szybko jednak spostrzegła, że nie miała co liczyć na wsparcie z ich strony. Evan niemal natychmiast gdzieś się ulotnił, bo wypatrzył w tłumie gości kogoś znajomego. Andrew zawołał jakiś chłopak w ciemnogranatowej szacie – rozpoznała w nim Ślizgona o rok od nich starszego. Nie poszła więc za bratem, a udała się ku szerokiemu wyjściu na przestronną werandę, z której roztaczał się widok na zadbany ogród Blacków.
Wokół rozproszone grupki czarownic i czarodziejów stały naprzeciwko siebie i prowadziły uprzejme konwersacje. Wielu gości w dłoniach dzierżyło wysokie, do co najmniej połowy opróżnione kieliszki z szampanem, inni rozglądali się za cichymi lokajami o twarzach bez wyrazu, krążących pomiędzy zaproszonymi ze złotymi i srebrnymi tacami zapełnionymi wszelkiego rodzaju wykwintnymi trunkami oraz drobnymi przekąskami.
– No, nareszcie cię znalazłam! – rozległ się żywiołowy okrzyk, który zwrócił uwagę dwóch starszych pań narzekających nieopodal na kolejne zmiany w otaczającym świecie. Andrea niemal podskoczyła zaskoczona i odwróciła się.
– No, co ty taka strachliwa jesteś? – Tym razem dziarski głos został zabarwiony nutkami perlistego śmiechu.
Przed Andreą stała szczupła dziewczyna średniego wzrostu. Jej płowe włosy ufryzowane były w kunsztowny grecki kok, pasujący doskonale do prostej, szmaragdowej sukni. Bure, duże oczy o pięknym kształcie migdałów rozbłysły ni to z radości, ni to od śmiechu.
– Flora, co za miła niespodzianka – Andrea odetchnęła, a kąciki jej ust uniosły się niekontrolowanie.
Flora Rowle, żywiołowa dziewczyna o rok od niej młodsza, należała do rodziny czystej krwi, ale jakimś cudem z Blackami ani z Rosierami nie spokrewnioną. Ponadto, o ile Andrea dobrze wnioskowała na podstawie szczątkowych, beztrosko i chaotycznie przekazywanych przez Florę informacji, Rowle’owie nie należeli do typowych przedstawicieli arystokracji, na wiele spraw patrzyli przez palce i ogólnie kwalifikowali się do grupy czarodziejów „nowoczesnych”, nie hołdujących tak tradycjom jak rodzina Andrei. Wiązało się to z tym, że Flory nie katowano tak nauką dodatkową, pozwalano jej żyć, jak jej się podobało, a z rodzicami miała kontakt niemal przyjacielski. Podobnie jak ze starszym bratem, Thorfinnem, płowowłosym dryblasem o poczciwym spojrzeniu.
Andrea przyjaźniła się z Florą od dłuższego już czasu, a dokładniej od kiedy Flora trafiła do Hogwartu. I została przydzielona do Gryffindoru. W domu Rowle’ów z tej przyczyny nie było awantur, nie był to powód do pomówień czy wstydu. Samej zainteresowanej wcale nie obchodziło, że jako czarownica czystej krwi może powinna trafić – podobnie jak ojciec – do Slytherinu. Twierdziła, że doprawdy wszystko jedno, czy musiała nosić naszywkę zieloną czy czerwoną i kwitowała tego typu rozważania wzruszeniem ramion. Jako osoba otwarta i wesoła zjednała sobie prędko rówieśników i w przeciwieństwie do Andrei nie miała problemów z nawiązywaniem zwyczajnych znajomości i przyjaźni wśród Gryfonów. Co spowodowało, że między nimi wytworzyła się silna więź? Być może niebagatelny wpływ na taki rozwój wypadków miał fakt, że po przydzieleniu Flory do Domu Lwa presja wywierana na Andreę zelżała, tak jakby to wydarzenie miało być dla jej rodziców namacalnym dowodem na to, że do Gryffindoru czasem trafiają i dzieci przyzwoite z rodzin nie byle jakich.
– Myślałam, że spotkamy się jeszcze przed tym ślubem, wiesz, przyjechaliśmy też trochę wcześniej… Rozglądałam się za tobą, ale najpierw was nie było, tak przynajmniej mówił jakiś tam skrzat, który sprzątał w tym skrzydle, a potem to już był taki saj… znaczy zamieszanie… Hej, panie!
Pstryknęła palcami na mijającego je lokaja. Ten w pierwszej chwili wołanie zignorował, podobnie jak Flora pełne zgorszenia spojrzenia narzekających na świat staruszek.
– No, człowieku… No tak, dobrze! – prychnęła, gdy ten cofnął się te kilka kroków i pozwolił jej wziąć ze swojej lśniącej tacy dwa kieliszki. – Napijesz się? Nie? Trudno. Słyszałam, że specjalnie na tą okazję Blackowie zamówili wyjątkowe likiery, jakieś włoskie, oryginale specjały, nie pamiętam, jak to się nazywa… Może ty wiesz, z siedemdziesięciu ziół bodajże, podobno najczęściej spotyka się jego marne podróbki, brat mi mówił, że prawdziwy przepis zna tylko kilka osób…
– Galliano – powiedziała Andrea.
– I wśród niemagicznych tak samo się coś podobnego nazywa… – dokończyła z rozpędu. – Co?
– Taką to nosi nazwę – wyjaśniła Andrea spokojnie, ale w kącikach jej ust znów czaił się śmiech.
Wesoła paplanina Flory zawsze ją pozytywnie nastrajała. Słysząc ten istny potok słów, który młodsza przyjaciółka potrafiła z siebie wyrzucić w ciągu niecałej minuty, czuła się, jakby znalazła się w miejscu doskonale znajomym i bezpiecznym. W prawdziwym domu.
Nie przeszkadzało jej, że Flora wypowiadała się nieraz swobodnie, że tak samo swobodny miała sposób bycia i równie swobodnie traktowała kilka kwestii wśród arystokracji uważanych za zasadnicze. Na przykład nie zwykła mówić o mugolach inaczej niż „niemagiczni”, ponieważ twierdziła, że to popularne określenie miało w sobie coś uwłaczającego, a „umieją czarować czy nie, to po prostu ludzie”.
– Nie sądzisz, że jesteś trochę za młoda na próbowanie Galliano? – spytała niewinnie Andrea.
– Ja? W życiu! Jestem niecały rok młodsza od ciebie, a ty przecież za kilka miesięcy będziesz pełnoletnia, a i tak spróbować czegoś takiego to wręcz trzeba, kto wie, kiedy się następna okazja trafi. O, i taki szampan. Piłaś kiedyś tak dobrego szampana? Przecież to coś niesamowitego! Thorfinn mówi, że to najlepszy, jaki można teraz zdobyć w Europie. Zdobyć, rozumiesz? Niezwykłe, że im się tak chce. Szampan, te wszystkie likiery, cała wyżerka…
– Mhm – mruknęła Andrea potakująco.
– … a widziałaś te istotki, co grały na harfach na początku? To też niezwykłe. Nie wiedziałam, że takie stworzonka w ogóle istnieją, a tutaj proszę… I ta muzyka, to było... fantastyczne, prawda?
– Rzeczywiście, muzyka była piękna – zgodziła się. – Ale i nią by się nikt tak nie zachwycał, gdyby nie cała oprawa ceremonii. Wszystko dopięte na ostatni guzik.
– Jak to u Blacków, nie? – Flora zachichotała nagle. – Coś chyba o tym wiesz. No, co się tak patrzysz? Sama mówiłaś, że Blackowie jakoś się kiedyś z wami skoligacili…
– Jeżeli już, to było dawno…  
– Oj, wiem, wiem, rozumiem, że nie chcesz się przyznawać do tych wariatów – poklepała ją ze zrozumieniem po ręce.
Flora była jedyną osobą znaną Andrei, która bez żenady nazywała Blacków wariatami.
– Ale o czym to ja mówiłam? – zapytała młoda Rowle nagle.
– O Blackach?
– Nie, wcześniej! – machnęła gwałtownie ręką, niemal rozlewając zawartość swojego kieliszka.
Andrea zmarszczyła brwi.
– O muzyce? O Galliano?
– Nie, nie, nie… – Flora zacisnęła powieki, myśląc intensywnie. – A, wiem! Że cię nie mogłam znaleźć. I jak już przyjechaliście, mieliśmy takie zamieszanie, że ja własnego pantofla nie mogłam odszukać, a co tu mówić o kimś… I teraz nareszcie chciałabym się dowiedzieć, kto tu kim jest. Andy. Nie patrz tak na mnie. Wszystkich oczywiście nam przedstawiali i tak dalej, ale wiesz, że ja nie mam pamięci do twarzy.. A jak ty mi powiesz, prędzej zapamiętam. No, proszę.
Andrea spojrzała na przyjaciółkę uważnie, ale w jej szczerych, dużych, burych oczach nie dostrzegła nic ponad niemą prośbę. Mimo to coś w niej burzyło się i nie chciało w takie postawienie sprawy uwierzyć – bo Flora, beztroska w wyjątkowo niefrasobliwy sposób, nigdy się takimi sprawami nie przejmowała. Co więcej, potrafiła po kilku miesiącach znajomości zapomnieć czyjeś imię i pomylić jednego kolegę z drugim. Takich incydentów była świadkiem, więc za ich prawdziwość mogła poręczyć; wiedziała również, że w żaden sposób nie było to dla Flory krępujące. Zatem to nagłe zainteresowanie wydało się jej nieco dziwne.
Widać Flora dostrzegła jej wahanie, bo psyknęła ze zniecierpliwieniem.
– Andy. Jestem na weselu twojej szanownej kuzynki. Więcej, jestem na weselu w siedzibie Blacków. W jaskini lwa, można powiedzieć. Dla ciebie większość tu obecnych to krewni i powinowaci, ale ja jednego Blacka od drugiego za nic nie rozróżniam, a chciałabym święto przeżyć w stanie nienaruszonym. Rozumiesz, niezamordowana przez panią Druellę, którą nazwałam Kasjopeją…
– Widzę, że nieznajomość twarzy nie przeszkadza ci zapamiętywać naszych rodzinnych anegdotek – zauważyła Andrea nieco kąśliwie.
– Oj tam. Wolałabym też nie rzucać pochlebnych słów o Francuzach przy skrajnie nienastawionych tolerancyjnie Anglikach i na odwrót. Andy, no.
Andrea nie oponowała. Musiała przyznać Florze rację – nie mając rozeznania, kto był kim, łatwo można było w tym towarzystwie powiedzieć coś niewłaściwego. Przypomnienie incydentu z Kasjopeją Black w roli głównej było tutaj niczym pełne życzliwości ostrzeżenie.

 
_____________________
Z małym poślizgiem.
Może jest lekką przesadą, że ślub ten się rozwlekł na tyle części – ten rozdział miał być dłuższy i zakończyć sprawę  wesela definitywnie, tyle że ze względu na ograniczenia czasowe... nie podołałam.
Dlatego następna część może będzie krótsza, ale za to pojawi się trochę wcześniej.  Kiedy? Wolę na razie się nie deklarować. To się okaże wkrótce. :)


    
    

2 komentarze:

  1. Uwielbiam te długie rozdziały. :) :) miły dodatek do niedzieli. :)
    Jak już wspominałam, uwielbiam te szczegółowe opisy.
    Opis ślubu...hmm było dokładnie tak, jak powinno. Wszystko idealnie pasuje do rodziny Black'ów. Fajnie, że pisząc pamiętasz o takich rzeczach. Rozdział jak zwykle totalnie mnie pochłonął i bardzo zaciekawiła mnie postać Flory. Czekam z ogromną niecierpliwością na nowy rozdział. :)
    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. :) Normalnie bardzo się cieszę, że Ci się podoba.
      Mogę zdradzić, że Flora będzie miała więcej do powiedzenia w późniejszych rozdziałach... Ale cii, nic poza tym nie mogę powiedzieć. :)
      Pozdrawiam,
      Aranel :)

      Usuń