06.04.2014

004. Filozofia Humptona


Niekiedy świat staje się piękny dzięki jednemu gestowi, dzięki jednemu spojrzeniu, dzięki jednemu słowu. Nieraz taki dzień zaczyna być cudownym, mimo że pada deszcz, mimo że słońce skryte jest za czarnymi chmurami. Wtedy pojawia się pytanie, jak to możliwe, że jedna chwila, nieraz nawet ułamek sekundy, może zmienić nasz nastrój i spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość? Czy potrafimy znaleźć na nie odpowiedź? Może są tacy, co potrafią; jednak, kiedy przytrafia się to nam nagle, niespodziewanie, kiedy naprawdę nasz ziemski padół zdziera z siebie szarą zasłonę i wynurza się z cienia pełen jasnych barw – czy naprawdę jest to dobry czas, aby się zastanawiać nad przyczyną takiego stanu rzeczy?
Niekiedy świat spowity jest mgłą i w strugach deszczu jednoczy się z nami w naszym bólu. Nieraz tego dnia jeszcze nie wiemy, co nas tak naprawdę trapi, ale przeczuwamy zły obrót spraw, wyglądając przez okno, nawet jeżeli intuicja stoi w sprzeczności ze wszystkim, co nam wiadome. Wtedy pojawia się pytanie, jak to możliwe, że cały Kosmos, cała otaczająca nas natura, odzwierciedla nasz stan ducha? Czy potrafimy znaleźć na nie odpowiedź? Może są tacy, co potrafią; jednak, kiedy przytrafia się to nam nagle, niespodziewanie, kiedy całe nasze życie wali się nad naszymi głowami, kiedy niczym marny domek z kart rozpada się zaprowadzony w nim porządek – czy to naprawdę jest dobry czas, aby zastanawiać się nad przyczyną takiego stanu rzeczy?
Nie bez powodu wskazuję na te zależności. Spójrzcie. Spójrzmy wszyscy i zastanówmy się – otaczamy się zdobyczami nauki, budujemy wokół siebie mur potężnej wiedzy, chlubimy się znajomością magii, której granice po dziś dzień pozostają niezbadane. Tymczasem wystarczy jedno drgnienie serca, jedno ciepłe uczucie, a w końcu jedna, w skali naszej społeczności nic nie znacząca śmierć – i jesteśmy bezradni, niczym dziecko we mgle. Co nam wówczas po naszym wykształceniu, szerokich horyzontach, dorobkach i osiągnięciach?

Andrew ziewnął rozdzierająco i przeciągnął się. Andrea uniosła wzrok znad lektury – na jej twarzy wciąż były widoczne wypieki podekscytowania, w oczach jaśniał absolutny zachwyt. Szybko jednak zgasł, kiedy dojrzała, że jej brat był śmiertelnie znudzony.
Bezszelestnie zamknęła książkę.
– Co o tym sądzisz? – zapytała cicho.
– Sądzę, Andy, że twój zachwyt był nieco na wyrost – stwierdził bez ogródek. Rzucił jej krótkie spojrzenie i widząc jej minę, podrapał się po głowie i dodał pospiesznie – To znaczy, oczywiście, jest to tematyka interesująca, zmuszająca do refleksji, i tak dalej…
– Dobra, już nie musisz się wysilać. – Andrea zbyła jego starania machnięciem ręki.
W pokoju Andrew zapadła głucha cisza. Promienie słońca igrały pomiędzy złoconymi okładkami woluminów ułożonych równiutko na półkach wysokiej  witryny. Zza uchylonego okna dobiegał świergot grupki niesfornych wróbli oraz szum fal – echo sztormu, który miał miejsce w nocy, podobnie jak nagła i gwałtowna burza. Teraz niebo znów cieszyło oczy swoim nieskazitelnym błękitem, a po kaprysach pogody sprzed kilku dobrych godzin pozostały jedynie kałuże na podjeździe, połamane gałązki drzew i obtłuczone owoce leżące w mokrej trawie.
Andrea przyszła do pokoju brata zaraz po śniadaniu – chciała się podzielić z nim swoim odkryciem. Otóż, kiedy trzaski piorunów nie dawały jej zasnąć, sięgnęła po pierwszą książkę, która nawinęła się jej pod rękę. Była to ta sama księga, którą niedawno przeglądała Patty; jak informował obszerny tytuł, zawierała zbiory tekstów filozoficznych autorstwa Heinricha Humptona, czarodzieja żyjącego w dziewiętnastym wieku, słynącego ze swoich obrazowych przemówień. Jako jedną z jego zalet podawano prostotę, z jaką próbował ukazać słuchaczom i czytelnikom zawiłości ludzkiej duszy. Sposób, w który przedstawiał znaczenie magii w życiu czarodziejów, nie wszystkim odpowiadał, czego rezultatem była jego nagła i przedwczesna śmierć. Andrea z początku podchodziła do tej lektury z dużą dozą sceptycyzmu, ale wystarczyło kilka minut, aby zapomniała o całym świecie i zagłębiała się w rozważania Humptona z coraz większym zainteresowaniem. Jego konkluzje wydawały jej się tak trafne, a poruszane kwestie tak dobrze przedstawione, że czuła niewytłumaczalną potrzebę podzielenia się z kimś swoim odkryciem.
Po tak bezpardonowej opinii Andrew jej podziw nieco osłabł, ale ani na chwilę w jej myślach nie pojawiło się zwątpienie – nie zastanawiała się, czy to może niezwykłe okoliczności wpłynęły na tak bezkrytyczny odbiór lektury, czy może senność nie pozwalała jej się skupić. Czuła jedynie lekkie rozczarowanie, że brat jej uznania dla tego filozofa nie podzielił.
– Andy… – odezwała się. – Myślisz, że uczucia naprawdę tak zmieniają sposób postrzegania świata?
Andrew westchnął.
– W pewnym stopniu na pewno. Ale wszystko zależy od tego, czy pozwolisz sercu zapanować nad rozumem.
– No ale zobacz. – Odłożyła książkę na oparcie fotela i usiadła wygodniej, gotowa do dłuższej dyskusji. – Są przypadki, zdarzenia, przy których racjonalne argumenty tracą swoją siłę.
Spojrzał na nią spod oka, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmieszek.
– Mówisz o miłości? Czy może o śmierci?
– O jednym i o drugim – odparła bez namysłu. – Kiedy coś takiego się przytrafia, człowiekowi wydaje się, że wszystko wokół się zmienia, prawda? Tak jak było tutaj napisane…
– Nad tym można zapanować. Od tego mamy rozum. W takich sytuacjach człowiek ma okazję przekonać się, jak silną ma wolę.
Andrea nie odpowiedziała od razu. Nie była pewna swoich racji z prostego powodu – ani jednego, ani drugiego nie dane jej było nigdy doświadczyć, więc nie wiedziała, jak wtedy można się czuć. O miłości słyszała i czytała, a o śmierci myślała niechętnie. Stanowcze poglądy brata nie przekonały jej. Po pierwsze, on w tej materii miał takie samo doświadczenie, co ona – czyli niewielkie; po drugie nie chciało się jej wierzyć, że on w każdym położeniu zachowałby zimną krew i nie poddał się emocjom. Znała go dobrze i wiedziała, że teoria w jego wykonaniu nieczęsto pokrywa się z praktyką.
– A jak byś się czuł, gdybym ja umarła? – spytała.
– Skąd mam wiedzieć? – prychnął. – Może żal, może smutek. Ale raczej na przejmujący ból i długą żałobę w akompaniamencie deszczu, który, wedle tego twojego filozofa, na pewno by się rozpadał, nie masz co liczyć.
– Świetnie – powiedziała bez mrugnięcia okiem. – Przynajmniej nie będzie błota na pogrzebie.
Andrew parsknął śmiechem, a ona zawtórowała mu. Po chwili zapomniała o Humptonie, jego mądrościach i pogodzie odzwierciedlającej stan ducha, za to uległa nagłej wesołości. Jakkolwiek nie układały się ich relacje, Andrew i Andrea byli rodzeństwem, a kiedy nadchodziła pora na żarty, rozumieli się najlepiej – nic więc dziwnego, że gdy rozległo się pukanie do drzwi, oboje mieli już łzy w oczach, a książka leżała na podłodze, strącona łokciem dziewczyny.
Do pokoju weszła Patty.
– Andy, szukałam cię. – W jej głosie brzmiał cień wyrzutu. Andrea otarła oczy i spojrzała na opiekunkę. Ta trzymała w dłoni dwie duże, szare koperty. Na pierwszy rzut oka nie było w nich nic nadzwyczajnego, ale Patty sprawiała wrażenie podenerwowanej. Ściskała je w dłoni, jakby zawierały wiadomość, która miałaby zaważyć na jej życiu, a jednocześnie starała się ich nie pognieść.
Z początku Andrea nie mogła zrozumieć, cóż takiego ważnego mogło być w tych przesyłkach, lecz kiedy dojrzała pieczęć widniejącą na przedzie kopert, jej wątpliwości się rozwiały. „To muszą być…”, zaczęła w myślach.
– O, czy to są… – zaczął Andrew, poważniejąc.
– Tak, to są wasze wyniki egzaminów – potwierdziła Patty.
Bliźnięta zerwały się na równe nogi, ledwie powstrzymały się przed niekulturalnym wyrwaniem listów z jej rąk. Rozerwali papier z niecierpliwością, nie dbając o to, że potargane koperty opadły na dywan. Znów w pokoju zapadło milczenie, jednak tym razem nie była to cisza martwa i pełna skrępowania; teraz powietrze zgęstniało od napięcia.
– I co? – zapytała Patty.
Andrea odetchnęła głęboko. Jeszcze raz popatrzyła na swoje oceny.


WYNIKI EGZAMINU
POZIOM STANDARDOWYCH UMIEJĘTNOŚCI MAGICZNYCH

Oceny pozytywne
Oceny negatywne
Wybitny (W)
Nędzny (N)
Powyżej oczekiwań (P)
Okropny (O)
Zadowalający (Z)
Troll (T)


ANDREA PERSEA ERICSON OTRZYMAŁA:


Astronomia
W


Opieka nad magicznymi stworzeniami
Z


Zaklęcia
W


Obrona przed czarną magią
P


Zielarstwo
Z


Historia magii
W


Eliksiry
P


Transmutacja
Z


Numerologia
P


Starożytne runy
P


    
Jak przez mgłę słyszała głos Andrew, który mówił:
– Nie jest źle… Tylko z zaklęć liczyłem na więcej, a tutaj tylko P… Ale historia magii, astronomia, obrona przed czarną magią – wybitne… A jak tobie poszło, Andy?
W odpowiedzi posłała mu szeroki uśmiech znad kartki. Nagle wydało się jej, że nie doceniała dzisiejszego poranka – pogoda była piękna, słońce napawało optymizmem, a bezchmurne niebo aż zachęcało do długiego spaceru brzegiem morza…

*

– Na co my właściwie czekamy? – zapytał Andrew.
Krótkie, za to bardzo wymowne spojrzenie wuja Gerarda natychmiast zamknęło mu usta.
Evan, Andrea i Andrew siedzieli w salonie, gdzie wezwał ich właśnie pan Rosier przed niecałym kwadransem. Bez zbędnych słów wytłumaczenia kazał im czekać. Zatem czekali, chociaż nie mieli pojęcia na co, a w tym czasie służba krzątała się w holu, znosząc ich bagaże i układając je w należytym porządku.
To, że we dworze Blacków pojawią się z istną piramidą kufrów nie było dla nikogo zaskoczeniem, biorąc pod uwagę fakt, że pan Rosier zamierzał zabrać z Anchor właściwie wszystko, co na co dzień było im potrzebne, poczynając od rzeczy osobistych, a kończąc na jego ulubionym sekretarzyku.
– Mam nadzieję, że nie będziemy musieli czekać długo – odezwała się Andrea, zwracając tym samym uwagę wuja stojącego przy gzymsie kominka. Zerknął na nią, wyrwany z zamyślenia.
– Udajemy się na ślub do domu Cygnusa Blacka – powiedział sucho. – A to znaczy, że wszystko następuje według jasno określonego przez niego planu.
Miała niejasne wrażenie, że wujowi niespecjalnie się to podoba.
Zresztą, trudno było się mu dziwić – czas mijał, a nic nie zapowiadało, aby cokolwiek, czego wyglądali, miało się pojawić. Jednostajnie tykanie zegara zaczynało ją rozstrajać.
– Evan – zagadnęła kuzyna – dostałeś list z Hogwartu?
Evan uśmiechnął się kątem ust.
– To było pytanie retoryczne.
Przeszła więc do sedna sprawy.
– Jakie masz oceny z egzaminów?
– Takie, jakich się spodziewałem. – Wzruszył lekceważąco ramionami. – Wszystkie sumy zdane, dwa na zadowalający, pięć na powyżej oczekiwań. W sam raz, żeby nikt się czepiał – dodał już o wiele ciszej, zerkając na swojego ojca.
Gerard Rosier, podobnie jak wielu innych czarodziejów z arystokratycznych rodzin, miał określone oczekiwania co do wyników nauki swojego syna. Mimo to, jego podejście wydawało się Andrei dosyć łagodne. Wyobraziła sobie minę swojej matki na widok jej stopni. Zapewne chciałaby koniecznie wiedzieć, dlaczego aż trzy sumy zdała na najniższą z pozytywnych ocen, a numerologię jedynie na P… „Mogło być lepiej”, skwitowałaby krótko, ale tonem tak chłodnym, że największy optymista nie doszukałby się w tych słowach cienia aprobaty.
Może nawet lepiej, że rodziców tu nie ma, pomyślała. Nie musiała obserwować ich reakcji na wyniki sumów. Chociaż, z drugiej strony, powinna mieć na względzie, że czekają ją – podobnie jak Andrew – napisanie do nich w tej sprawie listu. A pisanie listu do rodziców wiązało się w ich przypadku ze stresem równie dużym, a może nawet i większym, jak przy egzaminie…
Andrew zaczął postukiwać palcami o blat stołu. Pan Rosier nie zwrócił na to wyjątkowo uwagi – widać zaprzątały go własne myśli.
– Ciekawe, czy dzisiaj dotrzemy do tych Blacków – szepnął do ucha siostry.
– A jak my się w końcu tam mamy dostać? – zapytała Andrea półgłosem.
– To jest dobre pytanie – mruknął Evan.
Odpowiedź zjawiła się niedługo potem. Przed bramą główną do Anchor pojawiło się nagle pięć postaci. Otrzepały się z kurzu i w równym szeregu ruszyły żwirową aleją ku drzwiom.
Ericsonowie wstali ze swoich miejsc i wyjrzeli przez okno.
Pięciu mężczyzn, identycznego wzrostu, o identycznej ciemnej barwie identycznie obciętych włosów, w identycznych strojach i zapewne w identycznym wieku. Byli ubrani w czarne szaty przywodzące na myśl mugolskie surduty; na dłoniach mieli białe rękawiczki. Ich wypastowane, czarne buty niemal świeciły w słońcu.
Po chwili w progu salonu pojawił się skrzat domowy.
– Lokaje państwa Blacków do dyspozycji jaśnie pana – oświadczył, kłaniając się nisko.


W ten niezwykły dzień pogoda nie zawiodła panny Black. Słońce świeciło jasnym blaskiem na jasnoniebieskim niebie nieskalanym ani jedną chmurką. Nawet kapryśny wiatr nie śmiał zakłócić spokoju panującego wśród roślin; tak jak w ogrodzie Blacków – nieznacznie kołysał najlżejszymi listkami delikatnych paproci porastających urokliwy zakątek nieopodal kamiennej fontanny.
Okna apartamentu, którym pan siedziby rodowej Blacków ugościł Rosierów, wychodziły na utrzymany w nienagannym porządku sad oddzielony od reprezentacyjnej części obejścia marmurowym, półmetrowym murem zdobionym figurkami dostojnych postaci. Oddał  do dyspozycji wuja Gerarda zastęp służby (pomimo że ten nie omieszkał z Anchor zabrać zastępu swojej) i serdecznie zapewnił, że ta część dworu od teraz przez cały ich pobyt należy do nich i mogą w niej robić, co im się żywnie podoba. Zatem nie powinno dziwić, że wuj Gerard zaczął od zarządzenia porządków – nie dlatego, że panował tu brud, nie. Po prostu zgodnie z odwieczną tradycją pragnął dopiec swojemu szwagrowi.
Narcyzy nie mieli okazji zobaczyć. We wrotach do dworu Blacków powitał ich Cygnus – głowa rodziny, właściciel rezydencji, ojciec panny młodej. Wszechobecny przepych oszołomił bliźnięta, zaskoczył nawet Evana. Okazało się bowiem, że lokaje, którzy przybyli do Anchor, aby przenieść młodzież za pomocą teleportacji łącznej na miejsce, byli zaledwie delikatną zapowiedzią, jakie zbytki zobaczą.
Ciekawe, co by zrobiła, gdyby padał deszcz, przemknęło Andrei przez głowę, gdy pokojówka walczyła z wymyślnymi haftkami przy kołnierzu jej sukni. Pewnie razem z Bellatrix rzuciłyby masę czarów, żeby tylko nic nie zmąciło przebiegu ceremonii…
Tak, po Bellatrix można było się spodziewać wszystkiego. Należała do tego typu osób, które nie uznają słowa „porażka”, za to nadużywają sformułowania „tak ma być, bo ja tego chcę”. Ponadto jej wybuchowy charakter powodował, że nikt nie śmiał się jej przeciwstawić. O ile dobrze pamiętała, zawsze uważała to za powód do chluby.
Ale czegóż można było się spodziewać po córce Cygnusa Blacka, który – jak chodziły plotki – zemścił się srogo na własnej ciotce za jedno nieostrożnie wypowiedziane niepochlebne słowo na temat jego żony? Andrea wstrząsnęła głową, próbując odgonić niechciane myśli. Oczywiście nie mówiono o tym w dobrych domach, takim jak jej. Jej matka nigdy nie wspominała o niezbyt pięknych sprawkach z przeszłości swojego szwagra, podobnie jak wuj Gerard. Tą historię opowiedział jej Evan. Cały zadowolony, że znów zachwieje jej mocnymi fundamentami wiary w nieskazitelność ich krewnych. Wiele razy próbowała wymazać jego słowa z pamięci, ale zawsze powracały one ze zdwojoną mocą.
Podobno na weselu Cygnusa Blacka i Druelli Rosier wszystko przebiegało pomyślnie. Uroczystość została zapamiętana przez gości jako jedna z najpiękniejszych (jeśli nie najpiękniejszą), w jakiej mieli okazję uczestniczyć ; potrawy podano tak wykwintne, że nie powstydziliby się ich starożytni królowie; tort sięgał niemal do sufitu, więc żeby go ukroić, państwo młodzi musieli wejść na specjalnie do tego celu wykonane schodki, a z wnętrza ciasta wyfrunęły białe gołębie w asyście olśniewająco barwnych i prześlicznych małych kolibrów; panna młoda ubrana była w suknię tak zjawiskową, że kobiety mdlały z zachwytu, a skrzydlate elfy (zapewne potraktowane Imperiusem, jak kąśliwie zauważył Evan) unosiły welon niczym białą mgłę. Takie relacje znali wszyscy dobrze sytuowani czarodzieje, których koneksje pozwalały na kontakty ze szlachetnym i  starożytnym rodem Blacków. Ale brakowało w owych opisach wzmianki o incydencie właśnie z udziałem Cygnusa oraz jego ciotki Kasjopei. Podobno Kasjopeja śmiała określić Druellę jako „dufną potomkinię aroganckich francuskich hrabi”. Z jakiego powodu podobnie nieelegancka uwaga wyszła z jej ust – próżno się domyślać. Możliwe, że była to wypowiedź kierowana do kogoś, kto podzielał lub choć tolerował takowe opinie, ale niestety usłyszała to osoba mniej wyrozumiała, która poczuła się w obowiązku powiadomić o tym komentarzu bezpośrednio zainteresowanych, czyli samą Druellę oraz jej dopiero co poślubionego męża. O tym, co nastąpiło później, wspominała jedynie siostra Kasjopei, a i ona czyniła to bardzo niechętnie. Któż bowiem chciałby opowiadać o ataku furii bratanka, w którym to omal pobił jak zwykły, mugolski chuligan swoją rodzoną ciotkę? Któż wspominałby z rozrzewnieniem wściekłość pana młodego, przez którą prawie doszło do pojedynku na śmierć i życie wśród szampana i weselnych ciast?
Co prawda zdarzenie owo miało miejsce ponad dwadzieścia lat temu, ale wciąż rodzina trwała w niezrozumiałej dla Andrei zmowie milczenia. I, co ciekawe, o Kasjopei (odkąd ona pamiętała, a zapewne i od tamtego feralnego wydarzenia) wyrażano się z lekceważeniem a nawet wrogością. Nikt zatem nie miał za złe Cygnusowi jego wybuchu. Odpowiedzialnością za owo zajście obarczono ją – kobietę, która powiedziała o jedno słowo za dużo przy niewłaściwej osobie.
– Wniosek z tego – podsumowała Andrea, gdy Evan opowiedział jej całą historię – że nie należy obrażać członków swojej rodziny.
Ach, uśmieszek pełen złośliwości, który pojawił się wówczas na jego twarzy, pamiętała tak dokładnie, jakby zobaczyła go zaledwie przed chwilą.
– Wniosek z tego, kochana: uważaj, kto stoi obok, kiedy kogoś obgadujesz – skorygował ją nie bez dziwnej satysfakcji.
Ciekawe, co powie o mnie, kiedy ja lub Andrew znikniemy z jego pola widzenia, pomyślała i wzdrygnęła się na samą myśl. Znając podejście swojego kuzyna do ludzi, zapewne nie omieszka pod adresem jej osoby wypowiedzieć paru może i bardziej dosadnych słów niż Kasjopeja Black o Druelli. A często miała wrażenie, że jej i jej brata towarzystwo Evana irytuje. Chociaż irytuje może nie było w tym przypadku odpowiednim określeniem. Evan spędzał z nimi dużo czasu, odkąd zamieszkali w Anchor, siedzibie rodowej Rosierów. Śmiał się z nimi szczerze, żartował tak swobodnie jak przy nikim innym, sam zapraszał ich na wyprawy po okolicy. Anegdotki rodzinne (zakazane anedgdotki, poprawiła się natychmiast w myślach, posłuszna wpajanemu przez guwernantkę i rodziców szacunkowi wobec starszych) opowiadał chętnie, równie chętnie udowadniał im, że ich rodzina nie nigdy była, nie jest i nie będzie idealna, a trupów w szafie miała tyle, ile wszystkie rodziny przeciętnych brytyjskich czarodziei razem wzięte. Z niezwykłą wręcz łagodnością perswadował im, że nikt od nich respektu płynącego ze szczerego serca nie wymaga… A wtedy w jego oczach pojawiały się iskierki rozbawienia pomieszane z pewnym zniecierpliwieniem, jak gdyby chciał, by pod jego wpływem zmienili swoje ugruntowane przez surowe wychowanie poglądy. I, zabawne!, on najwyraźniej był przekonany, że prędzej czy później swój cel osiągnie.
Gdyby na miejscu Andrei i Andrew był ktoś o większym poczuciu niezależności, niechybnie popadłby z zaborczym kuzynem w konflikt. Lecz bliźnięta lubiły Evana, a Evan zdawał się na swój pokrętny sposób lubić ich, zatem zapowiadało się, że z czasem ich zażyłość jeszcze się zwiększy.
– Przepraszam panienkę… – pokorny głos służącej wyrwał Andreę z zamyślenia. – Czy może panienka unieść włosy? Ostatnie zapinki…
Andrea bez słowa spełniła jej prośbę, nie dając nawet dokończyć zdania. Ciemnozłote loki były jeszcze wilgotnawe – stylizacja i nałożenie jubilerskich ozdób miało nastąpić później. Dziewczyna czuła na swoim karku powietrze wydychane przez pokojówkę, gdy ta męczyła się nad malutkimi, ledwie widocznymi spinkami na wykończeniu. Po głębszym zastanowieniu uznała za zastanawiające, czemuż to mistrz krawiecki przyszył w miejscu, jak by nie spojrzeć, niewidocznym (falbana stanowiąca finezyjne wykończenie kołnierza dokładnie go zasłaniała), haftki godne użycia przy prostej szacie w okolicach splotu słonecznego. Widać prawdziwi fachowcy byli przewrażliwieni na punkcie swojego profesjonalizmu…
Naraz z korytarza dobiegł ją hałas. Ktoś biegł, a jego kroki po marmurowej posadzce odbijały się głośnym echem (wuj Gerard z okazji tak wzniosłej jak ślub siostrzenicy zarządził ogólne trzepanie, pranie i wymienianie dywanów oraz wszelkich kilimów – zupełnie jakby się obawiał, że służba w czasie ostatnich przygotowań i nieobecności jaśnie państwa będzie się nudziła. Z tej przyczyny właśnie korytarz biegnący obok pomieszczeń Andrei i Andrew został ogołocony z chodników).
– Wpuść mnie, skrzacie! – rozległ się pełen irytacji rozkaz przy wejściu do jej pokoju. Usłyszała jeszcze niewyraźne protesty stojącego przed progiem skrzata domowego i drzwi otwarły się z hukiem, a w nich stanął obiekt jej rozważań jeszcze sprzed kilku chwil.
– Evan. – Uniosła brew. – Jak miło cię widzieć.
– Nawzajem, nawzajem.
Poczuła, że pokojówce zadrżały dłonie, usłyszała jej ciche sapnięcie. Najwyraźniej nieoczekiwana wizyta wydała się jej nieodpowiednią, ale nie miała odwagi, by zwrócić głośno uwagę na ową niestosowną sytuację. I słusznie. Do jej obowiązków nie należało ocenianie swoich przełożonych, a tymi byli wszyscy Rosierowie i Ericsonowie przybywający w tym domu.
Evan zamknął za sobą drzwi (tym razem po cichu) i odetchnął z ulgą. Dopiero wtedy obrzucił kuzynkę uważniejszym spojrzeniem.
– No, no, no – uśmiechnął się nieznacznie. – Pozwolę sobie stwierdzić, że wyglądasz czarująco. Nawet bez takich detali jak uczesane włosy czy pantofle – rzucił okiem na jej bose stopy, ledwie widoczne spod długiej spódnicy.
– Dziękuję – odparła z prostotą. – Ty również nieźle się prezentujesz.
Evan ubrany był zgodnie z najnowszymi trendami mody w czarodziejskim świecie i tradycyjnymi wytycznymi arystokratycznego stylu. Spod idealnie dopasowanego do szyi sztywnego kołnierzyka jedwabnej koszuli wyłaniała się wykwintna muszka, którą co chwilę poprawiał nerwowym ruchem. Jego szata została dopasowana przez mistrza równie wprawnego w swej sztuce jak twórca sukni Andrei – układała się doskonale, na przodzie zapięta na połyskujące kościane guziki. A na mankietach połyskiwały eleganckie spinki zakupione od Phillipa Rammersteina.
– Ciebie przynajmniej część stroju nie próbuje udusić – zazdrośnie zerknął na okrągły dekolt jej sukni.
– Człowiek o wysokiej pozycji społecznej powinien nosić odpowiednie stroje z godnością – powiedziała gładko. Evan prychnął, ale nieszczęsną muszkę zostawił w spokoju.
– Daruj mi frazesy. Już wystarczająco się ich nasłuchałem.
– Panienko… – odezwała się służąca. Andrea obejrzała się – na twarzy kobiety malowało się źle maskowane niezadowolenie. Pewnie ono było przyczyną dziwnego nacisku w jej głosie. – Możemy kontynuować toaletę?
– Ależ oczywiście – odparła nieuważnie.
– Ale… – Wymowne spojrzenie. Jedno. Drugie.
– A! – załapała. – Evan, nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli zajmę się teraz moimi włosami?
Sądząc po minie służącej, nie do końca o to jej chodziło. Lecz Andrei specjalnie to nie zmartwiło – skoro kobieta ta miała problemy z tak nieznaczącym szczegółem jak obecność młodego człowieka przy ostatnich przygotowaniach kreacji swojej przełożonej, to już był wyłącznie jej kłopot.
Evan nie miał, rzecz jasna, nic przeciwko, zatem już po chwili Andrea siedziała przy toaletce i ze znudzeniem obserwowała w lustrze efekty pracy szczotek energicznie rozczesujących na pozór gładkie pasma i interesująco pachnących płynów, którymi zostały jej włosy zostały spryskane.
– A przed czym to uciekałeś, Evan? – zagadnęła.
– Przed nadgorliwymi posługaczami. Gdyby nie moja stanowcza interwencja, pewnie wypastowaliby mi paznokcie – odrzekł ze śmiertelną powagą, ale jedne rzut oka wystarczył jej, by upewnić się, że była to powaga udawana.
– Może wyszłoby im to na dobre.
Złowiła w lustrze jego rozbawione spojrzenie.
– Posługaczom czy paznokciom?
– Jednym i drugim – uśmiechnęła się do siebie. – Twoje paznokcie może awansowałyby z epoki kamienia łupanego, a służący zyskaliby cenne doświadczenie w pracy nad trudnym materiałem…
– Doceniam twoje wysiłki, ale do mistrza złośliwości jeszcze trochę ci brakuje. Tak czy owak doszedłem do wniosku, że im szybciej się gdzieś zaszyję, tym lepiej. Widzisz, ci ludzie to tylko wierzchołek góry lodowej. Ty masz szczęście, bo siedzisz od rana w swoim pokoju, ale uwierz mi na słowo, takiego kotła, jaki jest dziś, ja nie pamiętam.  
Była gotowa uwierzyć. Miała okazję obserwować swojego wuja przez cały ostatni tydzień – z każdą godziną coraz mniej w nim pozostawało powagi, a coraz więcej pojawiało się podekscytowania i nieprzewidywalności. A jako że to on był „jaśnie panem” w Anchor, to siłą rzeczy zachowanie służby w apartamencie, w którym ugościła ich rodzina Blacków, było niczym lustrzane odbicie jego nastroju. Cieszyła się, że praktycznie do samego ślubu  będzie odizolowana od reszty domowników; że zamknięte drzwi oddzielą ją od typowego dla gorączkowych ostatnich przygotowań harmideru.
Służąca machnięciem różdżki odprawiła szczotki – pasma były ułożone dokładnie, najmniejszy kosmyk nie śmiał wyłamać się z narzuconego rygoru. Gładkie, błyszczące włosy opadające Andrei niemal do pasa przypominały taflę płynnego, ciemnego złota.
– A jak tam Andrew? – zapytała Andrea.
– Jak go ostatni raz widziałem, ulizywał sobie swoją fryzurę – prychnął.
Evan nie uznawał mody na uklepywane na siłę przedziałki i katowanie naturalnych kędziorów lakierami czy brylantyną. I dziś zdołał uchronić swoją czuprynę w kolorze kory dębowej przed tym godnym pożałowania losem.
Szybko o złym, według jego mniemania, guście kuzyna zapomniał – służąca wydobyła bowiem z drewnianego, obitego niebieskim suknem pudełeczka ozdobę do włosów Andrei. Ostrożnie założyła ją na jej głowę, uważając, by misterne łańcuszki nie poplątały się. Cienkie warkoczyki z pasm przy skroniach, które prócz funkcji ozdobnej miały czysto praktyczną (zapobiec po pierwsze splątaniu się owej złotej pajęczyny, a po drugie, zapewnić, by nie przekrzywiła się), dopełniły dzieła. Evan podszedł do toaletki, wpatrzony we wzór, w jaki układały się fioletowe diamenty.
– Oto i mój wkład w dzisiejsze kreacje – stwierdził z zadowoleniem. – Całkiem dobrze się prezentuje.
– Dziękuję, że mi wtedy pomogłeś. – Andrea wspomniała z niechęcią wciskane jej przez Rammersteina tiary i diademy. Niewątpliwie Evan nawet nie zdawał sobie sprawy, jaką wielką przysługę jej wyświadczył. Bo gdyby musiała włożyć na uroczystość diadem, wszystkie jej myśli byłyby podporządkowane rozważaniom, czy aby na pewno ta błyskotka wytrwa na jej głowie w takiej pozycji, jaką zakładano, a w przypadku tiary nie potrafiłaby się cieszyć żadną spędzoną na weselu chwilą. Wynikało to z jej urazu do tego typu nakryć głowy, a tkwiła ona w jej sercu tak silnie, że żadna siła nie mogła jej wykorzenić.
– Proszę bardzo. Ale ostrzegam cię, dzisiaj będziesz musiała zrezygnować z kilku gramów szacunku i być bardziej wygadaną. – Poklepał ją po ramieniu ukrytym pod szeroką falbaną kryjącą górne partie przylegających do ciała rękawów. – Inaczej zaszczeka cię ta nasza rodzinka…
Nie wiadomo czemu, gdy wypowiedział te słowa, od razu przed jej oczami zwizualizowała się twarz Bellatrix. I chcąc nie chcąc, musiała przyznać mu rację.


Honorowym gościom Cygnus Black oddał do dyspozycji apartamenty w całym wschodnim skrzydle swojego ogromnego dworu. Spokojnie zatem starczyło nie tylko dla Rosierów, ale także Oriona i Walburgi (rodzonej siostry Cygnusa) Blacków z synami, rodziny Rowle’ów, Caspara Croucha z żoną (daleką ciotką Cygnusa), Yaxley’ów oraz Prewettów. Pozostali zaproszeni mieli przybyć około godziny jedenastej i – o ile Andrei słuch nie mylił – właśnie przy frontowych drzwiach witano pierwsze przybyłe osoby.
– Dobrze wyglądam? – zapytał trochę nerwowo Andrew, poprawiając swoje ulizane włosy.
– Lepiej byś nie mógł – odparł Evan uprzejmie, ale Andrea była pewna, że drwina, jaką usłyszała w jego głosie, nie była przypadkowa.
Siedzieli na szerokiej, wykonanej z rzeźbionego dębu ławie (zasłanej miękkimi, pluszowymi poduszkami) na półpiętrze. Mieli stąd doskonały widok na szerokie, kamienne schody, które wiodły do części dworu przez nich zajmowanej, oraz na fragment korytarza, ozdobionego zabytkowymi gobelinami. Oczekiwali na Gerarda Rosiera – wspaniałe bowiem starodawne zwyczaje wymagały, aby jako przedstawiciele jednej rodziny wchodzili na salę razem. Oczywiście nie powinno i wśród nich zabraknąć Persei oraz Karla Ericsonów, rodziców bliźniąt, jednak niespodziewane starcie z Blackami sprzed trzech miesięcy zaowocowało brakiem zaproszenia dla obojga.
O co tak naprawdę poszło? Tego nikt nie wiedział; jednak znając wybuchowy charakter Cygnusa oraz obrażalskość Druelli wystarczyło, aby jej siostra wyrzekła jedno zdanie, które mogło (mogło, ale nie musiało) zostać wzięte za niewłaściwą aluzję. Ponadto zapewne doszły do głosu dawne zadry i zazdrość. Persea bowiem posiadała niezwykłe umiejętności: opanowała sztukę oklumencji w mistrzowskim stopniu i nikt z żyjących nie mógł się z nią równać. Druella skręcała się z zawiści, ponieważ trudnej zdolności zamykania swojego umysłu przed penetracją z zewnątrz uczyły się od tego samego nauczyciela. I w swej złości nie potrafiła pojąć, jakim cudem jej młodsza siostra z tych nauk wyciągnęła więcej. Jak śmiała przewyższyć tą starszą, tą, która zawsze była ulubienicą ojca. Skończyło się na tym, że nie tylko Persea i Karl nie zostali zaproszeni listownie, ale i Blackowie oświadczyli im dobitnie, że zaproszenia nie dostaną, a w czas ślubu w pobliżu rodowej ich siedziby niech nie śmią się pokazywać.
Andrea i Andrew wielce się zatem zdziwili, kiedy dwie dumne, biało upierzone sowy śnieżne przyniosły zaadresowane do nich, przyozdobione złotymi lamówkami elegancje inwitacje. Byli przekonani, że nieporozumienie ich rodziców z Cygnusem i Druellą uderzy rykoszetem i w nich. Gdy ich matka zobaczyła te listy, usta zacisnęła w wąską linijkę, pobladła, ale nie skomentowała tego ani jednym słowem.
Evan uważał, że te zaproszenia były zemstą na Ericsonach, potwarzą; bo niespotykanym było, aby na ślubie pojawiły się latorośle rodziny, a ich rodzicom wstępu wzbroniono. Jedynym wyjściem z zaistniałej sytuacji pozostawało Persei i Karlowi zacisnąć zęby, porozmawiać z Gerardem Rosierem, żeby zgodził się Andreę i Andrew przyjąć pod swoje skrzydła. A Gerard, który zawsze cenił i lubił swoją „najmłodszą siostrzyczkę”, a także darzył sympatią swojego szwagra, zgodził się.
Głosy z przestronnego, wysokiego holu niosły się echem aż na schody. Młodzi słyszeli nawet piskliwy śmiech ciotki Druelli oraz uprzejmy baryton wchodzącego jednego z gości.
– Jak myślicie, to prawda z tymi Włochami? – zagadnęła Andrea, przypominając sobie z trudem pojedyncze sformułowania włoskie, które przez ostatnie dni pani Noux tłukła im do głowy.
–  Możliwe… Widzisz, jacy są Blackowie. – Evan rozejrzał się wokół, a bliźnięta natychmiast zrozumiały, co miał na myśli. Przepych, w którym mieszkali i zbytek, z którym przygotowywali całą ceremonię, świadczył o umiłowaniu do bogactwa i robienia na innych piorunującego wrażenia. Gdyby tylko mogli, na błoniach przylegających do ich rozległego ogrodu zbudowaliby zagrodę dla smoków i sprowadzili największe okazy tych gadów. Na szczęście prawo ustanowione przez Ministerstwo Magii surowo zakazywało takich procederów.   
– Bogactwo to nie jest powód do wstydu – mruknął Andrew.
– Wszyscy tu obecni się z tobą zgadzają – powiedział Evan, bez pardonu wyrażając się od razu w imieniu Andrei. – Tylko że widzisz… To, że jest się bogatym, nie znaczy od razu, że trzeba być upierdliwym snobem, prawda?
Andrew, słysząc to niewyszukane stwierdzenie, zmarszczył nos. Andrea zerknęła na kuzyna, ale na jej obliczu malowało się nie oburzenie, a zwykłe zdziwienie i niepewność. Nie wiedziała, jak zareagować, ale koniec końców na jej usta wypłynął nieśmiały uśmiech.
– Popatrz choćby na mojego ojca – kontynuował, całkowicie ignorując konsternację bliźniąt. – On nie widzi potrzeby, aby trzymać przy domu zastęp niemych lokajów w białych rękawiczkach tylko po to, żeby zrobić wrażenie na swoich krewnych. A stan naszego majątku spokojnie na to by pozwolił. To samo tyczy się tych gobelinów, które Blackowie wydzierali goblinom z gardła. Po co? Bo są najstarszymi z istniejących w Wielkiej Brytanii.
Zapatrzeni na swojego kuzyna Ericsonowie nie zauważyli nadchodzącej postaci. Nie usłyszeli też kroków na schodach, zatem nic dziwnego, że gdy tubalny głos rozległ się niemal nad ich głowami, prawie podskoczyli.
– O czym to perorujesz z takim zapałem, Evanie? – zapytał Gerard Rosier dobrodusznie, chociaż z pewnością słyszał wyraźnie, co mówił jego syn – głos na schodach nie niósł się aż tak szeroko jak w holu, ale i tak dywany oraz wspomniane gobeliny nie były w stanie go wygłuszyć w niewąskim korytarzu.
– Mówiłem o twojej zaradności, ojcze  – wyjaśnił gładko. Wstał z ławy. Zaraz w jego ślady poszli Andrea i Andrew, który wyprężył się niczym żołnierz na musztrze.
– Jeszcze prawdziwą zaradność zobaczysz. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment. – Jego szeroka pierś uniosła się w nieznacznym westchnieniu. Spojrzał na Ericsonów. – Andreo, Andrew, upraszam, abyście zachowywali się godnie i równie godnie reprezentowali swoją rodzinę. Żadnych uchybień. Żadnych faux pas. Zrozumiano? Tobie, Evan, nie muszę tego tłumaczyć – zakończył, nawet nie spoglądając na syna.
– Oczywiście, ojcze. – Evan skłonił głowę.
Posłusznie ruszyli za Rosierem po schodach – na dole czekał na nich służący, którego zadaniem było zaprowadzenie ich do komnaty, gdzie miała odbyć się ceremonia. Część holu, do której zeszli, była oddzielona ciężką, bogato haftowaną kotarą. Wydzielonym tak korytarzem poprowadzono ich do wysokich, dębowych drzwi ocienionych kunsztownie rzeźbioną archiwoltą wspartej na barkach dwóch marmurowych, około trzymetrowych postaci dumnych czarodziejów. Odziani w długie, powłóczyste szaty spoglądali wyniośle przed siebie. Postać po lewej dzierżyła w jednej dłoni uniesioną szpadę a w drugiej różdżkę. Gotycki podpis na postumencie połyskujący za sprawą finezyjnego zaklęcia to złotem, to srebrem, głosił: „Licorus Black, Nestor Szlachetnego i Starożytnego Rodu Blacków. 1808-1872”. Skronie Licorusa zdobił wieniec z liści, a na jego ramieniu siedział kruk rozpościerający chełpliwie skrzydła. Posąg po prawej przedstawiał kobietę o klasycznych rysach i niezaprzeczalnej piękności; długie włosy związane w wykwintny kok na czubku głowy opasywał złoty diadem. Była to, wierząc mieniącym się literom, Magenta, żona Licorusa Blacka, pochodząca z szanowanego i antycznego rodu Tripe’ów, który wygasł przed rokiem 1900. Podobnie jak Licorus, w jednej ręce trzymała różdżkę. Na jej drugiej dłoni spoczywała z kolei czaszka ludzka i sprawiała ona upiorne wrażenie prawdziwej, nie wykutej z kamienia.
Na frontonie nad dębową, grubą ramą drzwi pysznił się wielki herb Blacków. Na jego widok w pamięci bliźniąt natychmiast odżył heraldyczny opis, którego (rzecz jasna) musieli się uczyć na pamięć. Przez długi czas mylili się na samym wstępie, gdyż tarcza przedzielona była w nietypowy sposób – odwrócona krokiew w kolorze stalowym odgradzała czerwone pole od dolnego – białego.
– W górnym polu rycerza dłoń z szablą uniesioną na tle piętnastu czarnych, siedmioramiennych gwiazd… – Andrea nawet nie wiedziała kiedy wyuczoną formułkę zaczęła mówić na głos. Wpatrywała się w emblemat.
– W polu dolnym trzy kruki zwrócone ku prawej… – kontynuował Andrew. – Właśnie, czemu ku prawej? Przecież dzioby mają w lewo…
– Reguła heraldyczna. Herb jest opisywany od strony rycerza trzymającego tarczę, czy jak to się nazywa. W każdym razie jest na odwrót – wyjaśniła zwięźle, po czym kontynuowała: – „Miast hełmu czaszka zwieńczona wawrzynowym wieńcem. Labry zielone. Poniżej na wstędze dewiza „Toujours Pur”. Hmm, jak się patrzy na niego z takiej perspektywy, to ten blazon ma sens.
– Taki herb zasługuje nawet na bardziej pompatyczny opis – zgodził się z nią brat.
Zrównali się z Evanem i w ślad za wujem wkroczyli do sali już brzmiącej wieloma ożywionymi rozmowami.
Komnata ta pomieściłaby spokojnie co najmniej dwa salony (które nie grzeszyły małą przestrzenią) z Anchor. Spod pokrytego kasetonami sufitu rozbłyskiwały blaskiem setek świec ogromne, złote, zdobione diamentowymi łzami kandelabry.  Ściany – między wysokimi oknami zakończonymi okrągłym łukiem – pokrywały lustra, co wywoływało złudzenie niezwykłego ogromu i bogactwa. Wzory geometryczne na biało-czarnej, marmurowej posadzce zakrywał częściowo dywan rozdzielający pomieszczenie na dwie równe części. Zastawione one były równymi rzędami złotych krzeseł z granatowym obiciem. Właśnie na nich zasiadali goście – jedna trzecia już została zapełniona, a wzrok oczekujących często zwracał się ku podwyższeniu obłożonemu wieńcami białych kwiatów. Za nim ścianę zakrywał prawdziwy mur z róż.
Dywan okazał się niezwykle miękki i puszysty – po przekroczeniu twardego, kamiennego progu różnica była szczególnie wyczuwalna. Różnica podłoży zaskoczyła Andreę, która przy pierwszym kroku zachwiała się, a przed niefortunnym i nieeleganckim upadkiem (lub rozpaczliwą próbą złapania równowagi w akompaniamencie machania rękoma niczym wiatrak – co również nie byłoby ładnym widokiem) uratowało ją uczynne ramię Evana. Lokaj zniknął gdzieś nagle, a drogę ich grupce zastąpił wysoki, postawny mężczyzna, około pięćdziesięcioletni, o czarnych włosach przeplatanych obficie siwymi nitkami. Twarz miał chytrą, a wrażenie to potęgowało świdrujące spojrzenie jego niewielkich, za to zaskakująco ciemnych, niemal smolistych oczu, nad którymi gęste brwi zbiegały się na kształt owej „krokwi odwróconej” widniejącej w herbie nad drzwiami lub po prostu litery V.
– Gerardzie! – zawołał tonem niespodziewanie wylewnym. Uśmiechnął się, ukazując przy tym parę złotych zębów. Pan Rosier przystąpił do niego i objęli się w sposób przez arystokrację opanowany do perfekcji – niby serdecznie, lecz z zachowaniem chłodnego dystansu. Połączenie to wydawać by się mogło niemożliwe, jednak wyczyn mężczyzn wskazywał jednoznacznie, że nie wszystko można objąć rozumem bez wsparcia obserwacji.
– Mój drogi Cygnusie – pan Rosier odstąpił na krok i zlustrował swego szwagra przychylnym wzrokiem. – Nic się nie zmieniłeś. Nic.
– Mówią tak, jakby nie widzieli się zaledwie wczoraj – mruknęła Andrea, lecz stanowczy uścisk na jej łokciu zamknął jej usta.
– Cicho – zaapelował półgłosem Evan. Zaraz też puścił ją i założył ręce za plecami, gdyż uwaga Cygnusa Blacka przeniosła się na ich trójkę.
– Jak zwykle Rosierowie nierozłączni – zauważył tonem podejrzanie przyjaznym. – Los prawdziwie poszczęścił ci, Gerardzie, dając takiego syna. I obdarzając takimi siostrzeńcami. – Na tym jego zainteresowanie młodymi gośćmi się skończyło. Niemal zignorował ich ukłony, a zwrócił głowę znów ku Gerardowi Rosierowi. – Zadziwia mnie jednak, że wasze towarzystwo jest tak małe. Czy twoja siostra oraz jej szanowny małżonek nie raczyli przybyć na ślub mej córki?
Andrew poczerwieniał i niemal sapnął z oburzenia. Obowiązek natychmiastowego doprowadzenia go do porządku wzięła na siebie Andrea i bez żenady przydepnęła jego stopę. A jako że miała zgrabne pantofelki na wąskim obcasiku, pożądany efekt osiągnęła błyskawicznie – brat jej otrzeźwiał i przybrał ponownie maskę uprzejmości i szacunku.
Co innego, że słowa Cygnusa i ją niemal wyprowadziły z równowagi. Bezczelna troska i udawany smutek malujący się na jego obliczu doprawiał goryczą. Ktoś, kto nie znał prawdy, uznałby, że rodzice bliźniąt naprawdę byli na uroczystości oczekiwani.
Jeżeli Gerard Rosier również poczuł się uwagą tą urażony, nie dał tego po sobie poznać. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień, żaden błysk w oku nie zdradził jego prawdziwych myśli.
– Nie otrzymali zaproszeń. A wiesz wszakże, Cygnusie, że moja siostra Persea wielką wagę przywiązuje do konwenansów.
– Och, drogi Gerardzie! Cóż to za haniebne niedopatrzenie. – Przyłożył dłoń do serca. – Jakże śmielibyśmy pominąć tak bliską rodzinę! Jak moglibyśmy nie zaprosić czcigodnej Persei, która jest wszak ukochaną siostrą mej żony i wielce szanowaną ciotką mej córki… Jak moglibyśmy nie zaprosić godnego najwyższego szacunku Karla, tak zasłużonego w szczerej i oddanej służbie swej ojczyźnie… To zapewne opłakana w skutkach nieuwaga moich podwładnych, którzy nadawali listy z zaproszeniami. Przekaż im, proszę, moje szczere wyrazy współczucia wynikające z tej kłopotliwej sytuacji. Mogą być pewni, że owo uchybienie nie pozostanie bez konsekwencji…
– O tak, jestem pewien, że zajmiesz się tą sprawą jak najlepiej potrafisz, Cygnusie – zgodził się pan Rosier z dozą serdeczności tak doskonale udawanej, iż nawet przysłuchującym się tej wymianie zdań młodym wydawało się przez chwilę, że była szczera. – Nie wątpię również, że moja siostra oraz jej szanowny małżonek nie żywią do drogiej rodziny Blacków urazy, a nadobnej pannie młodej ślą ciepłe życzenia szczęścia i dostatku.
– Słowa te niechybnie uradują Narcyzę. – W kolejnym uśmiechu gospodarz zaprezentował swoje uzębienie. – Pozwól teraz, Gerardzie, abym poprowadził cię ku miejscu honorowemu, jakie dla ciebie przeznaczyłem…
– To dla mnie niezwykły zaszczyt, Cygnusie…
I przerzucając się kolejnymi uprzejmościami, oddalili się w kierunku pierwszych rzędów krzeseł, nie zwracając najmniejszej uwagi ani na bliźnięta ani Rosiera juniora, którzy spoglądali za nimi w bezruchu.
– Co za wazelina. Chyba zwymiotuję – oświadczyła nagle Andrea w sposób niezwykle jak na nią dosadny.
– Tylko nie na dywan – poradził jej kuzyn uprzejmie.

6 komentarzy:

  1. hej, zostałaś nominowana do Liebster Award.
    Więcej informacji na http://www.neonowe-sznurowki.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za nominację, przepraszam za poślizg czasowy (ehh...) i też przepraszam, ale nie wezmę w tym udziału...
      Ale dziękuję raz jeszcze.
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń
  2. Aranel co tu duzo pisac...
    Jechalam do collegu autobusem- pech chcial ze samochod u mechanika. Droga do collegu dluga, wiec wchodze tu, czytam...i przejechalam 3 przystanki za daleko. :-) tak mnie wciagnelo!!!!!!! :-) uwielbiam te twoje opisy, piekne slownictwo, dlugosc rozdzialow i Andrea.... Klaniam sie nisko. Kochana opusc wszystkie rozdzialy u mnie, ja ci napisze streszczenie :-p a czas ktory spedzasz u mnie przeznacz na nowy rozdzial, bo mnie ciekawosc zjada od srodka! ;-) :-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :)
      Naprawdę mnie zmotywowałaś do pracy. Cieszę się, że ktoś moje opowiadanie czyta i jeszcze mu się ono podoba... :) Teraz z jeszcze większym zapałem będę dopieszczać kolejną część.
      A Twoje rozdziały i tak przeczytam. Nie pozbędziesz się mnie. :P
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń
  3. Jaka ta rodzinka Blacków jest wykwintna, zupełnie jak wino. Jednak z tym wiąże się to, że przez lata zdąży skwaśnieć, jak to zrobił Cygnus. Parszywe zachowanie i jeszcze brak jakichkolwiek emocji na twarzy, momentalnie podniosło mi ciśnienie. Ugh, już nie lubię tego człowieka.
    Niezaprzeczalnie najlepszym momentem w tym rozdziale jest komentarz Evana; "Tylko nie na dywan – poradził jej kuzyn uprzejmie."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, tacy ludzie działają na nerwy. Ale co zrobić, nie wszyscy mogą być mili i uprzejmi.
      :)

      Usuń