22.03.2014

003. Wspomnienia i przygotowania



Dla April Rove, nieocenionej bety,
która zawsze znajduje czas, by sprawdzić kolejny rozdział,
pomimo że przesyłam go w ostatniej chwili. :)




– Piękny dzień, Andy.
– Wspaniały na naukę niemieckich słówek, Andy.
Rodzeństwo spojrzało na siebie i zaśmiało się cicho.
Andrea i Andrew siedzieli na werandzie z widokiem na skaliste wybrzeże. Chłodny wiatr niósł ze sobą słony zapach morza i skrzekliwy głos mew. Mieszkańcy Anchor rozeszli się po śniadaniu do swoich zajęć – pan Rosier od rana chodził zaaferowany i na każdym kroku wspominał coś o kolejnych sprawach, które musiał załatwić przed wyjazdem na wesele; Evan ulotnił się i zapewne cieszył się cudowną pogodą poza zadbanym ogrodem rodzinnej rezydencji. Andrew, z braku lepszego zajęcia, dosiadł się do swojej siostry, która w jednej ręce dzierżyła kartki zapisane niemieckimi wyrażeniami i słówkami, a drugą moczyła w misie z żółtawym leczniczym wyciągiem.
– Co tym razem? – zapytał od niechcenia. Zerknął jej przez ramię. – Czasowniki?
– Czasowniki – odparła z westchnieniem. – Nie mogę już na nie patrzeć. I jeszcze czasy przeszłe. Kto wymyślił taki dziwny język? Rosnąć – wachsen, wuchste, gewachsen. Myć – waschen, wuschte, gewaschen. I nie pomyl się tu, człowieku.
Andrew uśmiechnął się zdawkowo. Nie od dziś wiedział, że Andrea i język niemiecki nie tworzyli najlepiej dobranej pary – i tolerował to. Nawet do pewnego stopnia rozumiał. Ale nie potrafił brać udziału w dialogu, którego jedynym celem było udowodnienie, że język kształtujący się na przestrzeni wieków obrał taką a nie inną formę jedynie po to, by młodym ludziom utrudniać uczenie się go.
– Języków trzeba się uczyć – powiedział. – Nic na to nie poradzisz.
– Wiem, wiem – mruknęła, wpatrując się w swoje notatki.
– A jak tam genealogia rodu? Podszkoliłaś się?
Dostrzegł róg zielonej okładki książki traktującej o poszczególnych przedstawicielach rodów czystej krwi. Wystawał spod sterty kartek, których treść dotyczyła wszelkich odmian niemieckich.
– Nie, nie miałam czasu – rzekła z roztargnieniem. – Zresztą, może dzisiaj nie będzie to potrzebne… Jeśli wyrecytuję pani Noux wszystkie czasowniki mocne i nie pomylę się w formach, może z genealogią da mi spokój.
Andrew zerknął na nią. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
– Znowu chcesz zostawić swoje zaległości? – spytał z niedowierzaniem. – I nic z tym nie robić?
– Och, spokojnie, przecież w końcu będę się musiała do tego zabrać, prawda? Ale żeby dzisiaj… Zobacz, jak świeci słońce. Grzechem byłoby cały dzień się uczyć… – Uśmiechnęła się do niego.
Cała Andrea. Tak było i poprzedniego dnia. Przecież to ona wymyśliła, aby iść na spacer na wybrzeże. W jednej chwili całkowicie zapomniała o swoich haniebnych brakach w wiedzy i beztrosko ruszyła z nim i Evanem na wędrówkę po okolicy. Kiedy zobaczył ją po spotkaniu z panią Noux, nie potrafił powstrzymać rosnącej satysfakcji. Trochę współczuł siostrze, ale przecież spotkała ją zasłużona kara. Wymierzono ją, aby wzięła się do pracy i zmotywowała się do osiągania lepszych efektów. Te działania podejmowano dla jej dobra. Sam parę razy kar cielesnych doświadczył i doskonale wiedział, że za ich pomocą można sobie nagle uświadomić, iż uczyć da się szybciej i wydajniej. Niezwykle skuteczna metoda wychowawcza i pedagogiczna.
Miał nadzieję, że po tak przykrym doświadczeniu zobaczy ją siedzącą nie tylko nad niemieckimi słówkami, ale i nad biografiami swoich przodków i przodków swoich powinowatych. Jednak, jak było widać, motywacja aż tak dobra nie była.
– Jesteś strasznie niezdyscyplinowana, Andrea. Nie dziwię się pani Noux, że musi posuwać się do stosowania takich kar. Ale co one dają, skoro na drugi dzień zupełnie o nich zapominasz? – Pokręcił głową.
Rzuciła mu znad notatek krótkie, nieodgadnione spojrzenie. Zniknął jej uśmiech, a w brązowych oczach kryła się powaga. Nie wiedział czemu, ale nagle poczuł się nieco nieswojo. Odkaszlnął nieznacznie i, by zająć czymś ręce, wziął ze stołu parę stron z jej zapisków.
– Przepytać cię? – zmienił temat.
Andrea zgodziła się bez wahania. Jej twarz rozpogodziła się w jednej chwili.   
   
*

Nikt nie wiedział, gdzie tak naprawdę Szkoła Magii i Czarodziejstwa się znajdowała. Hogwart, ten słynny zamek, obłożony był silnymi zaklęciami ochronnymi. Uczniowie dojeżdżali do niego pociągiem, którego stacja początkowa znajdowała się w Londynie. Wiedzieli tylko tyle, że wsiadali na peronie 9 i 3/4 dworca King’s Cross, a wysiadali na stacji w Hogsmeade. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zamek znajdował się gdzieś w Szkocji, ale młodych czarodziejów nie obchodziła dokładniejsza lokalizacja – a może ci, którzy teoretycznie byli na tyle inteligentni, by się tym zainteresować, wiedzieli również, że Hogwart był miejscem niezwykłym i na tyle pilnie strzeżonym, że ich wysiłki nie miałyby sensu. Podstawowe zabezpieczenia powodowały, że ludzie niemagiczni widzieli go jako ruinę grożącą zawaleniem; przed wszelką infiltracją ze świata czarodziejskiego chroniły go zaklęcia uniemożliwiające teleportację. Hogwartu nie można było nanieść na żadną mapę. To wszystko czyniło go jednym z najbezpieczniejszych miejsc w Wielkiej Brytanii.
Pierwszy września w tym zamku zawsze był dniem wyjątkowym. Wszyscy zasiadali przy obfito zastawionych stołach w Wielkiej Sali, przestronnej, oświetlonej przez setki lewitujących w powietrzu świec. Jej sklepienie, zaczarowane wiele lat temu, wyglądało jak najprawdziwsze niebo. Tego wieczoru na aksamitnoczarnym firmamencie iskrzyły się srebrne gwiazdy układające się w liczne mniej lub bardziej znane konstelacje. Przez kamienne ściany przenikały półprzezroczyste duchy, które później zasiadały obok żyjących – u niektórych młodych czarodziejów ich towarzystwo budziło niepokój, a niektórzy nie mieli nic przeciwko niemu i swobodnie rozmawiali z bezcielesnymi sąsiadami oraz wymieniali z nimi uwagi na temat wystroju czy nowej piosenki zaśpiewanej na ceremonii.
Wielka Sala. Cztery długie, drewniane stoły stały równolegle względem siebie na środku, a oczy wszystkich obecnych kierowały się ku podwyższeniu, gdzie – przed miejscami zajmowanymi przed szanowne grono profesorów – na niepozornym stołku leżała stara, znoszona, wyblakła miejscami, czarna tiara. Wysoka czarownica w spiczastym kapeluszu stojąca obok rozwinęła spisaną na pergaminie długą listę. Zerknęła sponad niej na zbitych w niepewną siebie grupę nowicjuszy.
– Ten, którego nazwisko zostanie wyczytane, podchodzi tutaj – powiedziała donośnym głosem, a jego echo poniosło się po najdalszych zakamarkach Sali. – Tiara Przydziału dokona wyboru, do jakiego domu powinniście należeć.
Wśród słuchających rozległy się ciche szepty. Gdzieś poniosły się pojedyncze śmieszki, ale natychmiast umilkły, gdyż sokoli wzrok czarownicy natychmiast wyłowił wesołków z tłumu. Surowe, zimne spojrzenie powodowało, że żarty umykały niczym sarny przed drapieżnikiem, a śmiech zamierał jakby wytłumiony kneblem.
– Aubrey, Bertram!
Chudego, skulonego pierwszoroczniaka z szeregu wypchnęli koledzy. Kiedy dreptał ku taboretowi, sprawiał wrażenie, jakby miał się za chwilę potknąć o własne nogi.
– HUFFLEPUFF! – krzyknęła po chwili tiara.
Bertram odetchnął z ulgą i niezdarnym truchtem pośpieszył do stołu po prawej stronie, skąd dobiegały głośne wiwaty.
– Austin, Victoria!
– RAVENCLAW!
– Black, Syriusz!
Czarnowłosy chłopiec pewnym krokiem podszedł do stołka. Szeroka tiara opadła mu niemal na nos, co rozbawiło niektórych spośród czekających rówieśników. Nie wyglądał na speszonego, uśmiechnął się szeroko, zawadiacko.
– GRYFFINDOR! – rozległ się dziarski okrzyk. Przy stole po lewej stronie uczniowie zaczęli klaskać entuzjastycznie. Chłopiec, wyraźnie z siebie zadowolony, odłożył kapelusz i ruszył w tamtym kierunku.
Richard Boomer również trafił do Gryffindoru, a Elizabeth Braithwaite powędrowała jako pierwsza do Slytherinu. Gdy usłyszała nazwę swojego domu, uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– Catchlove, Greta!
Niska, pulchna blondyneczka uczesana w dwa warkocze ruszyła w stronę podwyższenia. Nietrudno było zauważyć, że kolana trzęsły się jej jak na febrze; ponadto jej okrągła, poczciwa twarzyczka miała barwę czystego pergaminu.
– HUFFLEPUFF!
– Cavarett, Henry!
– RAVENCLAW!
Henry usiadł obok Victorii Austin, a tymczasem do stołka podchodziła już tanecznym krokiem Molly Christian uczesana w perfekcyjnie gładki kok na czubku głowy. Tiara natychmiast przydzieliła ją również do Ravenclawu, co wywołało szeroki uśmiech na twarzy Victorii.
Wśród nowicjuszy panowało coraz większe poruszenie. Podniosły się gorączkowe szepty, kilku zaczęło się zakładać, do którego domu trafią. Gdy Gregor Danfield śpieszył w stronę stołu Slytherinu, pani profesor ostro napomniała uczniów i kazała im zachowywać ciszę.
– Dodworth, Scott!
– GRYFFINDOR!
– Ericson, Andrea!
Brązowooka dziewczynka wyszła naprzód. Niepewnym krokiem wspięła się na podwyższenie, nieco drżały jej kolana. Wręcz z ulgą opadła na stołek, ale chwilowe odprężenie zniknęło, kiedy czarownica założyła na jej głowę Tiarę Przydziału – pobladła natychmiast i przymknęła oczy.
Naraz usłyszała cichy głosik koło swego ucha. Był on bliźniaczo podobny do tego, który zaledwie przed chwilą wykrzykiwał nazwę jednego z Domów Hogwartu, ale przez swoją dyskretność i łagodność wydawał się jej teraz bardziej przyjazny.
– Tak, tak, czystość krwi i duma, to niewątpliwe… No i krew Rosierów, oczywiste. Slytherin? Niby Slytherin, ale jest coś jeszcze…
Andrea zadrżała. Jej palce zacisnęły się na krawędzi stołka.
– Cóż to… Lojalność, tak, niezwykła lojalność. I odwaga, to nie ulega wątpliwości, przeważająca nad sprytem. Nie, w takim przypadku wybór może być tylko jeden…
Dziewczynka nie słyszała już niczego więcej. Cichy głosik został zagłuszony przez szum w jej uszach i gwałtowne łomotanie serca.
– GRYFFINDOR!
Otwarła oczy. Gorączkowo rozejrzała się wokół niczym zwierzę schwytane w pułapkę. Jej źrenice rozszerzyły się.
Zapomniała, co miała zrobić, gdzie się znajdowała, straciła poczucie czasu. Jej umysłem i ciałem zawładnęło przerażenie, otuliło ją swoim płaszczem o podszyciu z lodowych igieł, objęło żelazną obręczą klatkę piersiową i ścisnęło po stokroć. Uciekły od niej wszelkie myśli, wszystkie wspomnienia skryły się w najciemniejszych kątach jej pamięci, a po wolnej przestrzeni odbijało się jedynie to słowo, które było dla niej jak wyrok: „Gryffindor… Gryffindor!”
Nagle poczuła, że ktoś zdjął z jej głowy tiarę. Z mimowolnym drżeniem ramion wróciła do rzeczywistości – odnalazła wzrokiem wśród czekających na swoją kolej pierwszoroczniaków swojego brata. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie. Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem i… Nie potrafiła rozpoznać, jakie jeszcze uczucie odzwierciedlało się w jego spojrzeniu. Wstała powoli ze stołka, a wtedy on odwrócił wzrok.
Lekko pchnięta przez panią profesor, ruszyła w stronę stołu, przy którym siedzieli uczniowie należący do Gryffindoru. Wciąż ją oklaskiwali i zdawali się nie zauważać, że szła ku nim niczym na ścięcie.
Czarnowłosy chłopiec przesunął się, robiąc jej miejsce obok siebie. Podziękowała skinieniem głowy i zerknęła na niego. Był to Syriusz Black. Uśmiechał się do niej szeroko. Próbowała ten uśmiech odwzajemnić, lecz bezskutecznie – mięśnie twarzy przestały jej słuchać. Odwróciła się i spojrzała na stojących przed podwyższeniem pozostałych pierwszorocznych.
– Ericson, Andrew!
Brat Andrei usiadł na stołku. Tym razem tiara nie miała wątpliwości – ledwie dotknęła jego głowy, wykrzyknęła:
– SLYTHERIN!
Andrew oddał kapelusz w ręce nauczycielki i ruszył w kierunku stołu po drugiej stronie sali. Na ułamek sekundy ich spojrzenia znów się spotkały i po raz kolejny dojrzała w jego oczach coś, czego nie potrafiła nazwać…

*
Andrea leżała z zamkniętymi oczami na szezlongu. Nieznacznie marszczyła brwi, usta miała zaciśnięte. Ręce splotła na brzuchu – spod palców widoczne były blednące powoli litery wyryte na skórze dłoni. Zza otwartego okna dało się słyszeć śpiew ptaków i szum rozbijających się nieopodal o wybrzeże fal. Lecz ona myślami sięgała daleko i nie zwracała uwagi na otaczające ją dźwięki. Zagłębiła się we wspomnieniach sprzed pięciu lat.
Czemu Tiara Przydziału nie umieściła jej w Slytherinie? Przecież należała do rodu czystej krwi, wyznawała te same zasady, co wszyscy członkowie arystokratycznych rodzin. Prawie wszyscy. W każdym razie ci, którzy się liczyli.
Jej matka, Persea z domu Rosier, należała do Slytherinu. Wuj Gerard również, podobnie ciotka Druella oraz jej mąż Cygnus, a także ich córki… Na Morganę, Ślizgonami byli Evan i Andrew! Dlaczego ona się od nich różniła? Co ich dzieliło? Co spowodowało, że tiara przeznaczyła ją Gryffindorowi? Co spowodowało, że ten głupi, stary kapelusz uznał, że nie była godna miejsca w najlepszym z domów? Mówiono wszak, że zazwyczaj kolejni członkowie rodziny trafiali do tego samego. Nie było to niewzruszoną zasadą, ale stało się już ugruntowaną tradycją, od której czarodzieje czystej krwi z dużą niechęcią akceptowali wyjątki. Albo nie uznawali ich wcale.
Ojciec Andrei nie chodził do Hogwartu i to mogło stanowić pewne wytłumaczenie owej anomalii, która nastąpiła w jej przypadku. Ale nieraz już rozmyślała nad tym, gdzie zostałby Karl Ericson przydzielony, gdyby do tej szkoły za młodu uczęszczał. Analizowała to nieraz i wniosek był tylko jeden – do Slytherinu. Ewentualnie ze swoją inteligencją mógł pójść do Ravenclawu, ale do Gryffindoru? W żadnym razie.
Nie dziwiła się, że wybór w jej przypadku spotkał się z wielkim oburzeniem ze strony rodziców. Szczególnie Persea Ericson nie potrafiła się pogodzić z myślą, że jej córka przez siedem lat będzie nosić złoto-szkarłatne barwy domu Lwa. Z wdzięcznością przyjęła wybaczenie, które jej ofiarowano pewien czas później. Starała się zapomnieć o trudnych chwilach w pierwszym roku szkolnym i niemal się jej udało – jedynie wspomnienie z Ceremonii Przydziału wciąż ją dręczyło z całą swoją niezwykłą wyrazistością. A wraz z nim powracało jeszcze jedno pytanie: co takiego malowało się wówczas w spojrzeniu Andrew?
Jej rozmyślania zakłóciło ciche pukanie do drzwi. Skrzypnięcie klamki poinformowało ją, że gość, nie czekając na zaproszenie, przekroczył jej progi.
– Zamknij okno, Patty – mruknęła Andrea, nie otwierając oczu.
Patty, a dokładniej Patricia Vaillant, była dawniej opiekunką Persei, a później wzięła na siebie piastowanie jej córki. Co prawda jej rola w tym względzie powinna była się zakończyć trzy lata temu, ale Ericsonowie zgodnie stwierdzili, że odprawiać wiekowej kobiety nie trzeba, skoro jej obecność nikomu nie szkodziła. Wówczas zmienił się zakres jej obowiązków – głównie nadzorowała służbę, a ze swoją podopieczną widywała się rzadko. Patty należała do osób pogodnych, dobrotliwych, nigdy nie podnoszących głosu i umiejących zachować milczenie. Jej towarzystwo było dla Andrei wybawieniem i nieraz pozwalało zachować młodzieńczy optymizm pomimo przykrości doznawanych na zajęciach z panią Noux.
– Chciałam z tobą porozmawiać, Andy – powiedziała cicho. Ton jej głosu nie wróżył niczego dobrego – Andrea od razu wyczuła, że coś ją trapiło. Ale nie martwiło jej to znowu aż na tyle, by miała się zerwać natychmiast z szezlonga i pytać gorączkowo opiekunkę, co się stało. Nie ruszyła się więc z miejsca i odparła:
– Za chwilę.
Patty wyciągnęła różdżkę zza pazuchy i szeptem wypowiedziała zaklęcie. Okno bezgłośnie się zamknęło, odcinając komnatę od dźwięków z zewnątrz. Zapanowała niezwykła cisza.
W Anchor nie brakowało różnego rodzaju komnat i pomieszczeń, poczynając od bogato umeblowanych sypialni i gabinetów, poprzez mniej reprezentacyjne pokoje gościnne dla pośledniejszych gości, a na zwykłych izbach dla służby i pomieszczeniach gospodarskich kończąc. Wiele z nich najczęściej było odwiedzanych przez skrzaty domowe, które sprzątały je co wieczór. A głównie ścierały kurze z blatów, poręczy foteli i gzymsów kominków, ponieważ niezamieszkane przez nikogo cztery ściany dzięki tym cyklicznym porządkom utrzymywane były w niezwykłej czystości. Przypominały muzeum – zawsze puste, tchnące niezwykłym spokojem, wręcz martwe. Mówi się, że w murach domów żyją wspomnienia tych, którzy zamieszkiwali je wcześniej. Czasem można usłyszeć ich głosy niewiele głośniejsze od szelestu firanki. Częściej wyczuwa się ich obecność przez skórę, a wówczas po plecach przechodzą dziwne dreszcze i zmysły wyczulają się, wyłapując w ciszy najmniejszy szmer, niedostrzegalny ruch, ledwie namacalny powiew wiatru. W tych pokojach największy ekscentryk nie poczułby bytności niewidzialnych dusz, największy fantasta nie odnalazłby w nich śladu nadzwyczajności. Stwierdziłby skonsternowany, że musiały one nie być zamieszkiwane przez długie lata, bo jedynie brak stałego mieszkańca tłumaczyłby to milczenie.
Gdy bliźnięta przybyły do Anchor, ta upiorna cisza w komnatach, które im przydzielono, zrobiła na nich niebagatelne wrażenie. Starali się na wszelkie sposoby ją zagłuszyć – całymi popołudniami zza ich drzwi dobiegały dźwięki muzyki odgrywanej przez stare adaptery, nawet przez kilka dni upierali się, żeby mieć sowy w klatkach w swoich pokojach. Ale minął tydzień, drugi, a oni zaczęli przyzwyczajać się do ducha tego miejsca. Oswoili się z tym wręcz martwym spokojem, zaprzyjaźnili z dotychczas niepokojącym półmrokiem i ciemnością. Otoczeni przywiezionymi przez siebie przedmiotami, znajomymi zapachami i codziennymi dźwiękami, zaczęli sami tworzyć historię tych murów, które dotychczas nie miały nic do powiedzenia swoim gościom.
W pokoju ciszę zakłócał jedynie szelest przewracanych kartek. Andrea uchyliła powieki – Patty siedziała w niewielkim fotelu w kącie i przeglądała gruby wolumin w twardej, złoconej oprawie. Czekała cierpliwie, aż nadejdzie czas na rozmowę. Nigdy nikogo nie poganiała, nigdy na nic się nie skarżyła. Nie wymagała szacunku, ale coś w jej postawie nie pozwalało jej pracodawcom nią pomiatać tak jak innymi…
Przed oczami Andrei znów zamajaczyła się scena sprzed pięciu lat. Andrew idący w stronę stołu Slytherinu. I to spojrzenie, którego wówczas nie potrafiła rozszyfrować.
– Pogarda? – szepnęła do siebie.
Patty poderwała głowę znad księgi.
– O czym mówisz? – zapytała natychmiast. Jej czujnemu słuchowi nie umykały nawet najciszej wypowiedziane słowa. Komu innemu Andrea może nie odpowiedziałaby, może zbyłaby pytanie milczeniem. Ale nie w tym przypadku. Zawsze wiedziała, że przy Patty mogła mówić prawie o wszystkim, a także prowadzić monologi, myśleć na głos i za każdym razem nie miała wątpliwości, że żadne wypowiedziane wówczas słowo nie zostanie przytoczone w obecności służby, brata, a nawet rodziców. Dlatego i tym razem bez wahania wyjaśniła:
– Kiedy Andrew został przydzielony do Slytherinu i odchodził od stołka z Tiarą Przydziału, spojrzał na mnie. Z pogardą. Dlaczego?
Patty zamknęła wolumin i nieznacznym ruchem różdżki odesłała go z powrotem na półkę. Gdy już znalazł się na swoim miejscu, zwróciła się ku Andrei – jej oczy zdradzały swego rodzaju współczucie, które często pojawia się u istot dobrotliwych, ale dojrzała w nich również cień czystej ciekawości.
– Jesteś pewna, że dobrze odczytałaś jego uczucia? – zagadnęła. – Być może po tylu latach wspomnienie zatarło się, albo przeistoczyło, by łatwiej można było znaleźć odpowiedź na pytania, które sobie zadawałaś. Łatwo się pomylić w interpretowaniu wyrazu twarzy w teraźniejszości. Cóż zatem, gdy zabierasz się do tego po tak długim czasie?
Andrea wzruszyła ramionami.
– Próbujesz to załagodzić – burknęła. – Jak zwykle. Ja jestem pewna, że tak na mnie spojrzał.
– Nawet jeśli – zgodziła się Patty – to jakie ma to teraz znaczenie? I on był tym przydziałem zaskoczony. Miał prawo dać temu zaskoczeniu upust. Po co zadręczać się jedną, niepozorną sprawą z zamierzchłej przeszłości? Dlaczego? Andy, daj spokój.
– Może dlatego, że wtedy się na nim zawiodłam. Bo liczyłam na to, że mój brat wesprze mnie. Pomoże. Wiesz, jak ja się czułam wśród tych Gryfonów? – Podniosła się na łokciu i wbiła wzrok w opiekunkę. – Ach tak, wiesz. Pamiętasz to równie dobrze jak ja. Pamiętasz te listy, które do ciebie wysyłałam. To w takim razie wyobraź sobie, jak do dziś boli mnie to, że mój rodzony brat bliźniak w te najgorsze dni traktował mnie jak powietrze.
Opadła z powrotem na poduszkę. Tak, do dziś czuła bolesne ukłucie w sercu, kiedy sobie przypominała zachowanie Andrew. Do dziś doskonale pamiętała tamtą bezsilność, kiedy mijał ją bez słowa, na wspólnych zajęciach nie zaszczycał spojrzeniem, nawet na przerwach nie był łaskaw porozmawiać. Przez pierwsze miesiące tak naprawdę nie miała pojęcia, jak mu szła nauka, czy znalazł sobie nowych przyjaciół – wiedziała tylko tyle, ile sama zaobserwowała.
Myślała, że miała to za sobą. Przecież wybaczyła mu to już dawno temu. Ich obopólne milczenie trwało przez część pierwszej klasy Hogwartu, lecz później powróciło dawne porozumienie, a ona, także dzięki Patty, pogodziła się z myślą, że przeszłość należy po prostu zaakceptować. Nie można się nią zadręczać, gdyż nie zmieni się jej, a przynajmniej jest to trudne do wykonania. Dlaczego zatem dziś poprzez to jedno wspomnienie dopuściła do głosu dawne urazy?
Może dlatego, że zareagował na karę wymierzoną jej przez panią Noux z takim spokojem, a wręcz wyraził co do tego faktu swoją aprobatę…
– Andy – zaczęła powoli Patty. – Wiesz, jakie twój brat ma podejście do pewnych spraw. I nie zmienisz go. Nie możesz go zmienić. Taka jest już ludzka natura. Nikt nie jest taki sam, nikt nie jest doskonały. Jeżeli będziesz się przeciw temu burzyć, skrzywdzisz tylko siebie. Zapamiętaj to.
Andrea wbiła buńczuczne spojrzenie w sufit. Patty westchnęła.
– Jeszcze wspomnisz te słowa – dodała ciszej.
   
Przygotowania do ślubu szły pełną parą. Nie tylko organizatorzy mieli pełne ręce roboty – wszyscy zaproszeni pragnęli wykorzystać nadarzającą się okazję, aby udowodnić swoim krewnym, że przewyższają ich inteligencją, manierami i elegancją. Nad rezydencją Gerarda Rosiera unosiła się atmosfera gorączkowych przygotowań. We wtorkowe popołudnie pracownia na piętrze zamieniła się w warsztat krawiecki – przybyli najlepsi fachowcy z Londynu, aby dokonać kolejnych przymiarek i wykańczać swoje dzieła na miejscu. Grupy jubilerów z szanowanych rosyjskich, niemieckich i szwajcarskich firm przybywały do czwartku, oferując swoje najpiękniejsze cudeńka w postaci bransolet, zapinek, łańcuszków, sygnetów, pierścieni, naszyjników i diademów.
– Wuju, czy pozwolisz… - zaczęła niepewnie Andrea, gdy niejaki Phillip Rammerstein założył na jej skronie srebrną opaskę ozdobioną misternie ociosanymi diamentami i połyskującymi bliżej jej nieznanymi kamieniami szlachetnymi, które mieniły się różnymi subtelnymi kolorami w zależności od oświetlenia.
– Pięknie wyglądasz, Andreo! – wuj z okazji nadchodzącej uroczystości coraz częściej porzucał surowy ton i nie ukrywał swojej dziecięcej wręcz radości na widok kolejnych majstersztyków, które miały wyróżnić go i jego podopiecznych z tłumu zawistnych krewnych. Przy każdej transakcji jakby ubywało mu lat i znów stawał się młodym, wesoło usposobionym mężczyzną. Teraz podszedł do niej i klasnął w dłonie. – Świetnie, świetnie… A czy jest pan w stanie zmodyfikować ten diadem, aby pasował kolorystycznie do… Andreo, przypomnij mi, jaką ty masz suknię?
– Fioletową – odparła posłusznie. – Ale, wuju, czy mogłabym…
– Właśnie, by pasował do ciemnego fioletu?
– Wuju…
– Wszystko zależy jedynie od ceny, którą jaśnie pan zechce przeznaczyć – oświadczył Rammerstein z charakterystycznym ostrym niemieckim akcentem. Ukłonił się nisko.
– Cena nie gra roli, panie Rammerstein – Rosier pełnym szczodrości gestem rzucił na stół pękatą sakiewkę. – A jeżeli kreacja mojej siostrzenicy będzie uznana za najpiękniejszą podczas zbliżającego się wesela, nie pożałuję premii.
– Wszystko będzie wedle życzenia jaśnie pana! – rzemieślnik skłonił się jeszcze niżej, niemal zamiatając kapeluszem podłogę.
– Ojcze, Andrea chciała coś powiedzieć – rzucił Evan. Stał przy komodzie, na której towarzysz Niemca rozłożył zestawy kunsztownych spinek i obserwował męki swojej kuzynki z umiarkowanym zainteresowaniem. Andrea posłała mu krótkie, pełne wdzięczności spojrzenie.
– Doprawdy? – spytał nieuważnie. – Ależ mów, mów, Andreo.
– Wuju, czy koniecznym jest, aby diadem był częścią mego stroju? – zapytała ostrożnie.
– Nie chcesz diademu? – ku jej zdziwieniu nie wyglądał na zdenerwowanego tym, że pozwoliła sobie na protest. Był wręcz stropiony. Lecz niedługo. – Panie Rammerstein, a jakimi tiarami dysponujecie? Proszę pokazać, tak…
– Ale, wuju…
– O tak, zobacz, Andreo – Rosier wziął do rąk jedną z prezentowanych przez Niemca tiar obszytą ametystami w kształcie półksiężyców. – Ta podkreśliłaby barwę twojego stroju, nie uważasz? Przymierz.
– Wuju… – zerknęła błagalnie na swojego kuzyna, który był w tej sytuacji dla niej ostatnią deską ratunku.
– Panie Rammerstein, posiadacie podobne wzory? – Już założył nowe nakrycie na jej głowę. – W tym prezentuje się wyjątkowo dobrze, nieprawdaż? Co sądzisz, Evanie?
– Sądzę, że Andrea nie do końca to miała na myśli mówiąc, że nie chce diademu – odparł beznamiętnie, nie podnosząc nawet spojrzenia znad przymierzanych spinek.
– Jak to? – zdziwił się.
– Wuju, czy nie mogłabym wystąpić bez dodatkowych ozdób na głowie? – zapytała.
Jej głos nie brzmiał pewnie – bała się, że jej pytanie zostanie uznane za nieodpowiednie jako nieuzasadnione podważanie jego doskonałej koncepcji czy zasad panujących na tego typu ceremoniach. I nie omyliła się – wuj zmarszczył brwi i spochmurniał nieznacznie.
– Niemożebne! – zawołał. – Córka mej siostry miałaby pojawić się na ślubie mej siostrzenicy w stroju godnym pośledniego gościa? Bez ozdób? Nie, to niedopuszczalne. Proszę, wybieraj, Andreo… panie Rammerstein, proszę raz jeszcze pokazać diadem… Które wybierasz?
– Lecz…
– Zastanów się – rzekł z dziwnym naciskiem, którym zamierzał dać do zrozumienia, że przy obcych strofować jej mu nie wypada, ale nie życzy sobie dalszych protestów.
W tym momencie Evan z maskowanym westchnieniem odłożył oglądane błyskotki. Podszedł do Andrei, spojrzał w jej brązowe oczy, ledwie sekundę potrzebował, aby wyczytać z nich wszystko, co usilnie próbowała mu przekazać. Wyminął ją i zaczął przeglądać przywiezione przez Niemców jubilerskie cuda na damskie głowy.
– A może obejdzie się bez diademu i tiary? – zasugerował spokojnie. – Zobacz, ojcze, te ozdoby do włosów. Spokojnie zastąpiłyby… panie Rammerstein, czy ma pan więcej tego… – Andrea miała nieodparte wrażenie, że chciał powiedzieć „ustrojstwa”, ale pohamował się w ostatniej chwili  – … arcydzieła?
– Dosyć skromnie wyglądają – mruknął pan Rosier, gdy rozochocony rzemieślnik wydobywał ze swoich przepastnych skrzynek kolejne jubilerskie wyroby.
– Jestem pewien, że pan Rammerstein skrywa jeszcze o wiele misterniejsze ozdoby… O, zobacz, Andreo. W sam raz do twoich włosów. Mam nadzieję, że nie planowałaś ich związywać.
Wskazana przez Evana błyskotka przypominała pajęczą sieć drobnych, połyskujących, drogich kamieni nawleczonych na złote nici. Z dwóch stron znajdowały się delikatne kółka służące do przypięcia ozdoby do włosów. Najdłuższe z łańcuszków miały niecałą stopę długości. W korowodzie istnych wężyków wyłaniała się zjawiskowa sylwetka gołębia z rozłożonymi skrzydłami utkanego z filigranowych klejnotów.
Nawet wuj Andrei nie zdobył się na krytykę.
Po krótkiej wymianie zdań Rosierowie zgodnie stwierdzili, że Andrei w tym bardzo do twarzy i ma duże szanse wzbudzić podziw nawet u żony Cygnusa, co było nie lada wyzwaniem. A Phillip Rammerstein tak ucieszył się ich wyborem, że niemal odtańczył w salonie taniec radości, ale powstrzymał się ze wzgląd na powagę jaśnie państwa, których, jakby nie było, pozostawał gościem do czasu zakończenia ich jubilerskich zakupów.
W ostatnie dni przed ślubem pani Noux zajęła się doszkalaniem swoich podopiecznych z zakresu savoir-vivre’u z niezwykłym zapałem. Po łaskawym pozwoleniu Gerarda Rosiera w lekcjach uczestniczyła cała trójka, dzięki czemu zamiast dwóch godzin spędzali w jej gabinecie sześć. Po uczeniu manier nadszedł czas na doszlifowywanie języka francuskiego i łaciny, błyskawiczne opanowywanie podstaw włoskiego (podobno zaproszono dawnych profesorów z Padwy uczących na uniwersytecie, w którym przez pewien czas Narcyza pobierała nauki), następnie wykuwali na pamięć poglądy co ważniejszych i bardziej nobliwych członków rodziny. Nie zabrakło również lekcji tańca, obowiązkowej przed tak hucznym weselem.
Tydzień ten zdawał się dłużyć niemiłosiernie, Evanowi i Ericsonom odechciało się nawet wycieczek na pobliskie plaże i skały – po zakończeniu lekcji szli do swoich sypialni i niemal natychmiast zapadali w głęboki sen. Zaletą całej tej kołomyi było jedynie to, że pani Noux dostała surowy zakaz wymierzania kar cielesnych. Poprzestawała więc na zadawaniu przepisywania, a by zrekompensować brak fizycznego bólu, ilości zdań zlecała tak wielkie, że jej uczniowie przykładali się do nauki jeszcze bardziej niż zwykle. Andrea bez zająknięcia recytowała imiona i największe osiągnięcia kolejnych wybitnych Blacków i Rosierów, a Andrew płynnie włączał się do konwersacji po francusku na temat czystej krwi i aktualnych wydarzeń w świecie czarodziejów. Evan przez cały ten czas był stawiany przez panią Noux za wzór pilnego, pojętnego słuchacza i wykształconego młodego człowieka.
– Jak ty to robisz? – zapytała raz Andrea zazdrośnie, kiedy siedziała nad biografiami słynnych arystokratów, a on wylegiwał się w jej fotelu.
– Wrodzona inteligencja i obycie w towarzystwie, kochana – odparł, ziewając rozdzierająco. – Nic więcej.
– Niechże już będzie po tym weselu – mruknął Andrew. On z kolei powtarzał wyrażenia z rozmówek językowych. Evan zerknął na niego, a w jego oczach malowała się czysta i nieskrywana złośliwość.
– To już nie boisz się sprzeciwić opinii dorosłych? Wow, jestem pod wrażeniem.
– Daj spokój…
A może jeszcze coś z nich będzie, pomyślał Evan. Co by o nich nie mówić, płynie w nich krew Rosierów i prędzej czy później wyjdzie to na światło dzienne…


10 komentarzy:

  1. Zdecydowanie inne, wyróżniające się ujęcie ;) Adrea i Andrew to doskonale zbudowany kontrast, który objawia się na każdym kroku, przy czym świetnym zamysłem w mojej opinii było ujęcie takiego centrum tych różnic, jakim było wydarzenie przydzielenia do domów w Hogwarcie. Twoje opowiadanie jest bardzo oryginalne, przez co naprawdę wzbudza ogromną ciekawość, co wydarzy się dalej ;P Andrea to prawdziwa Gryfonka, odważna, silna i niezłomna, prawdziwa lwica ;P Andrew natomiast, nw czemu, odrobinę przypomina mi Dracona Malfoya, może to sprawa podobnego środowiska ;)
    Styl jest świetny, widać, że wszystko dopracowane i dopięte na ostatni guzik ;D Bezbłędny tekst, wciągający ;D
    a przede wszystkim wiercący dziurę w brzuchu, co wydarzy się następnie ;D
    Pozdrawiam ;)
    Court.
    www.hgwk.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. :)
      A co do Andrew i tego podobieństwa - przyznam, że tak o nim dotychczas nie myślałam... Ale coś w tym jest. ;)
      Mam nadzieję, że będziesz czytać dalej. I komentować! :)
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń
    2. Możesz na mnie liczyć, dodaję do linków i obserwowanych :D

      Usuń
  2. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy po przeczytaniu tego rozdziału — w mordę jeża! Jednak jest jeszcze szansa na znalezienie świetnego fanfiction w morzu tych, użyjmy łagodnego określenia, niezbyt dobrych.
    Co najbardziej mi się podoba to to, że piszesz o własnych postaciach, co bardzo cenię (może dlatego sama również piszę fanfiction OC), ponieważ to świadczy o tym, że masz jakiś pomysł i nie musisz maglować po raz enty Huncwotów. Od razu widzę, że Andrea i Andrew są dopracowani w każdym calu, a Evan swoim arystokratycznym obyciem podbił moje serce już w pierwszej scenie. :D
    Ciekawi mnie, jak rozwinie się motyw umieszczenia bliźniąt w różnych domach. Osobiście nie lubię ani Gryffindoru, ani Gryfonów (nie licząc tych książkowych, fanowskie kreacje są zwykle bardzo przerysowane...), ale jakoś to przełknę, bo grzechem byłoby przegapić tak dobrego bloga.
    No i na koniec, co jest niemniej ważne oczywiście, nie ma błędów, literówek, tekst jest schludny i, o mamuniu, wyjustowany! Niby nic, ale od razu inaczej się czyta, jak z jednej strony rozdziału nie ma meksykańskiej fali, do tego pełnej błędów.
    Się rozpisałam. Dodaję cię do linków, do obserwowanych niestety nie zawitam, bo mnie blogger nie lubi i uniemożliwia mi obserwowanie jakiegokolwiek bloga. >.>
    A jakbyś miała czas i ochotę, to możesz zajrzeć do mnie na http://macnair-story.blogspot.com/. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za tak miły komentarz. Wywołał wielki uśmiech na mojej twarzy. :)
    A szczególnie mnie ucieszyło, że wspomniałaś o Evanie. Kiedy zaczynałam tworzyć tę postać, podchodziłam do tego trochę jak pies do jeża, bo się bałam, czy nie zepsuję. ;D
    Ja także sceptycznie odnoszę się do wykreowanego w ff wizerunku Gryffindoru. Mam własne wyobrażenie na temat Domów Hogwartu, może niespecjalnie oryginalne... W każdym razie wychodzę z założenia, że mimo wszystko na różne charaktery trafi się wszędzie. I ani szufladkować ze względu na przydział, ani przerysowywać nie zamierzam. A jak to się uda - opinię na ten temat chętnie potem poznam. :)
    Pozdrawiam,
    Aranel

    OdpowiedzUsuń
  4. Oh jak uwielbiam blogi, które mają długie rozdziały!
    Czytało się z ogromną przyjemnością! Opis ceremonii przydziału był cudowny. Czułam napięcie i sama byłam mile zaskoczona gdy Angrea trafiła do Gryfindoru. Chyba jeszcze nigdy nie czytałam bloga, na którym rodzeństwo trafia do różnych domów. Twój rozdział pozostawił w mojej głowie wiele pytań, na które muszę mieć odpowiedzi. Czekam na nowe rozdziały i dodaję do biblioteki. :) :*
    Pozdrawiam gorąco!
    http://youknow-her.blogspot.co.uk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo. :)
      Na Twojego bloga zajrzę, kiedy tylko będę miała chwilę czasu – czyli mam nadzieję, że niedługo...
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń
  5. Piszesz bardzo obszerne rozdziały z wieloma opisami, co bardzo mi się podoba. Czuję się, jakbym czytała książkę, a nie fanfiction.
    Opowiadanie jest całkowicie inne od tych, które teraz objęły świat blogspotu. Można rzec, jedyne w swoim rodzaju. Spodobało mi się ogromnie! Pojawił się Syriusz, lecz nie jest to typowa historia o Huncwotach i bardzo dobrze, bo ileż można czytać o Lily, która nie chciała Jamesa...
    Wracając do samej treści, Andrea jest świetnie dopracowaną postacią. Zresztą jak każda w Twoim opowiadaniu. Między nią a bratem bliźniakiem faktycznie jest wiele różnic i to sprawia, że ich relacja wciąga niesamowicie. A Evan to kwintesencja elegancji, polubiłam go od prologu (bo on tam był, prawda?). Ciekawi mnie bardzo co stanie się z Andreą i zastanawia mnie dlaczego jej ojciec nie uczęstrzał do Hogwartu. No cóż, biorę się za następny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, najpierw chciałam właśnie napisać typowe, blogaskowe opowiadanie o Huncwotach, tyle że nie mogłam się oprzeć, by nie wymyślić własnych bohaterów drugoplanowych... A kiedy już oni powstali, zmieniłam całą koncepcję. ^^ Bardzo się cieszę, że przypadło Ci do gustu.
      O prologu na razie nie mogę nic powiedzieć, ale za jakiś czas będziesz mogła sprawdzić, czy Twoje domysły były słuszne. :)

      Usuń