08.03.2014

002. Różne punkty widzenia


Lekka, sucha, ciepła bryza targała gałęziami drzew rosnącymi w zadbanym ogrodzie na skalistym wybrzeżu. Wysokie, wiekowe sosny osłaniały od wiatru delikatne rabaty mieniące się pastelowymi barwami szlachetnych kwiatów – purpurowymi cyniami, fioletowymi, zwiewnymi werbenami, wdzięcznymi, jasnożółto-pomarańczowymi lwimi paszczami, szafirowymi orlikami. Pomiędzy ogrodzonymi marmurowymi ściankami klombami znajdowały się wysypane białym żwirem ścieżki. Wokół nich rozpościerały się połacie zadbanego, soczyście zielonego, angielskiego trawnika, który od głównej alei został oddzielony półmetrowym, elegancko przyciętym żywopłotem. Owa aleja wiodła od wykutej z pieczołowitością w żelazie bramy ku starej, wielkiej rezydencji zbudowanej z kamienia. Ciemne, gdzieniegdzie porośnięte szeleszczącym tajemniczo bluszczem ściany, rzucały chłodny cień na podjazd, kryjąc istnie artystycznie zaprojektowany portal w głębokim cieniu. Ciężkie, dębowe, dwuskrzydłowe drzwi zamknięto na głucho i gdyby nie szeroko otwarte dwa okna na drugim piętrze z powiewającymi w nich śnieżnobiałymi firanami pomyśleć było można, że dom był niezamieszkany.
Od drugiej strony rezydencji roztaczał się piękny widok na wybrzeże i rozbijające się o ostre skały fale morskie; z niewysokiego zbocza prowadziła wąska ścieżka niknąca w oddali wśród coraz szerszych na zachodzie wydm. Mieszkańcy mieli do niej bezpośredni dostęp dzięki małej, finezyjnie wystruganej kładce przerzuconej nad dość szerokim strumieniem wpadającym wprost do morza.
Ku niej biegło właśnie troje młodych ludzi. Śmiali się głośno; ciemnowłosy, najwyższy z towarzystwa młodzieniec w wysoko podniesionej ręce zaciskał uchwyt kwiecistej, dużej torby, zapewne będącej własnością goniącej go długonogiej dziewczyny. Za nimi podążał zasapany blondyn – tuż przed kładką zatrzymał się i, dysząc ciężko, pochylił głowę do kolan, próbując złapać dech. Nie widział, jak dziewczyna dopadła uciekiniera, próbowała wyrwać mu swoją własność, kręcąc się wokół niego i podskakując ku jego uniesionej dłoni. Ostatecznie zwaliła go z nóg swym ciężarem i padli oboje na trawę, zanosząc się urywanym śmiechem.
– Andrew! – zawołała nagle, podnosząc się na łokciu i machając jak opętana w stronę marudera. – Chodź!
On jednak pokręcił głową. Dał znak dłonią, aby dali mu chwilę.
– Och, Andrew, nie bądź taki… truteń – rzuciła pierwsze określenie, które przyszło jej do głowy. – Mówiłam, że trzeba się więcej ruszać. Mówiłam? Mówiłam, co nie, Evan?
Evan, wyjątkowo ubawiony epitetem, jakim dziewczyna obdarzyła wciąż dyszącego Andrew, rechotał i ani myślał cokolwiek potwierdzać. Zerknęła na niego z wyraźną irytacją, lecz zaraz odwróciła głowę, wzruszając ramionami. Po co miała się tym wariatem przejmować.
– Andrew, mówiłam, że ci skandynawskie piecuchowanie na zdrowie nie wyjdzie. A teraz rusz się, nie bądź miągwa, no… Myślisz, że chcę mieć brata miągwę?
– A czy ktoś mnie pytał, czy chcę mieć siostrę paliwodę? – wysapał.
Wyprostował się i podszedł do wylegujących się na trawie rówieśników. Opadł bez sił obok siostry. Nie zaszczycił ani jej, ani Evana spojrzeniem – patrzył w niebo, które tego dnia miało wyjątkowo piękną barwę głębokiego szafiru. Przez nie przepływały leniwie kłębiaste chmury podobne do oderwanych od siebie kawałków waty cukrowej – gnane bryzą rzucały lekki cień na leżących, by za kilka sekund odfrunąć za swoimi wcześniejszymi towarzyszkami. Ostre słoneczne promienie oświetlające bezlitośnie każde świeże czy uschnięte źdźbło, piękny czy przeszyty ażurem szkodnika liść, gładki czy chropowaty i skruszały kamień ogłaszało wszem i wobec, że minęło południe i trwa najcieplejsza pora tego letniego dnia.
Nie zauważyli jak do drewnianej furtki u bliskiego krańca ścieżki podeszła kobieta w średnim wieku. Wyjrzała ponad ogrodzenie i zawołała w ich stronę:
– Andy!
Rodzeństwo poderwało się równocześnie.
– Tak? – zapytali natychmiast.
– Nie ty, Andrew… Andrea, pani Noux każe ci się stawić w gabinecie. Natychmiast.
Dziewczyna skrzywiła się, ale nie śmiała się przeciwstawić – wstała posłusznie i pobiegła w stronę domu. Czym jednak bardziej do niego się zbliżała, tym bardziej zwalniała. Jej ruchy traciły na sprężystości, głowa pochyliła się, plecy zgarbiły nieznacznie.
Chłopcy spoglądali za jej oddalającą się szczupłą sylwetką dopóki nie zniknęła za załomem muru wschodniego skrzydła rezydencji. Evan spoważniał, zniknął pełen rozbawienia uśmiech z jego twarzy.
– Znów nadprogramowe pytania z poprzednich lekcji? – rzucił niby swobodnie, lecz nie zwiódł tą maskaradą Andrew ani tym bardziej siebie.
– Ostatnio pani Noux odkryła w jej wiedzy poważne braki. Nie potrafiła omówić kilku postaci naszych przodków – rzekł Andrew ponuro, ale nie bez pewnej przygany. – I pomyliła Arkturusa I Blacka z Regulusem I.
– Przecież to dalekie rozgałęzienie i to w rodzie tylko skoligaconym z naszym – powiedział Evan pojednawczo. Sam nie śmiał się do tego przyznać, ale zasługi dalekich dziadków, których aktywność życiowa przypadała na początek dwudziestego wieku, mało go obchodziły. Nie z zainteresowania zgłębiał zawiłości w drzewie genealogicznym, ale ze strachu, z tego strachu, który był największą motywacją do nauki, z tego strachu towarzyszącego mu od kiedy tylko sięgał pamięcią, tego strachu przed upokorzeniem i dotkliwą karą, jaka czekała za niesubordynację, lenistwo, nieposłuszeństwo, brak ogłady lub niewłaściwe słowo. Dzięki niemu mógł już pochwalić się rozległą wiedzą na temat historii najznamienitszych arystokratycznych rodzin, umiejętnościami językowymi w postaci biegłego posługiwania się niemieckim, francuskim i łaciną oraz podstawowymi wiadomościami z dziedziny alchemii, intensywnie zresztą poszerzanych.
Nie dziwił go jednak wyrzut w głosie Andrew. Niechęcią do zdobywania jakiejkolwiek wiedzy nie należało się chwalić. Rzecz nie była w tym, czy chcieli się uczyć – nie mieli wyboru. To nie było zagadnienie, nad którym należało się zastanawiać, podobnie jak fakt, że słońce pojawia się na wschodzie a znika na zachodzie. Oni musieli posiadać odpowiednie wykształcenie, warunki do jego zdobywania zapewniono im jak najlepsze. Należało im się. Urodzili się już ze świadomością, że dane im będzie przyswajać sobie szeroką wiedzę, by później wejść w świat pełen przyziemności i ograniczeń wypływających z głupoty wąskich umysłów jako erudyci i ludzie ogólnie wzbudzający szacunek.
– Nie uczyła się – Andrew całkowicie zignorował jego uwagę. – Nie starała się nawet czegokolwiek powtórzyć. Skończy się tak samo jak wczoraj. Płacz i zgrzytanie zębów.
– Jak myślisz, co tym razem? – spytał w jego głosie pobrzmiewało nieuchwytne napięcie.
– Zapewne to, co zwykle – mruknął Andrew. Opadł z powrotem na trawę i wbił wzrok w pogodne, ironicznie idylliczne niebo. To niepozorne wezwanie zburzyło jego spokój – jego brwi ściągnęły się nieznacznie jakby przez głowę przebiegały niechciane myśli.
Andreę i Andrew łączyła nie tylko nieraz kłopotliwa analogiczność imion – byli bliźniętami niezwykle do siebie podobnymi. Ich włosy miały jednakową barwę ciemniejącego złota odziedziczoną po Rosierach, a oczy identycznego kształtu i koloru szlachetnego brązu, które zmieniały się w urocze przecinki w uśmiechu, okalane były gęstymi rzęsami. Na prostych nosach ostało się po pięć coraz słabiej widocznych piegów, a w stanie wzburzenia zaciskali usta i ściągali brwi w ten sam sposób.
Andrew i Andrea Ericsonowie przebywali w Anchor, siedzibie rodowej Rosierów na Islay – wysuniętej na południe wyspie Hebrydów Zewnętrznych u zachodnich wybrzeży Szkocji. Właśnie w tym domu urodziła się i wychowała ich matka – Persea, a także jej rodzeństwo – starsza siostra Druella oraz młodszy brat Gerard, ojciec Evana. Oni sami, w przeciwieństwie do swego kuzyna, nie mieli tego szczęścia spędzać całego dzieciństwa na pobliskich skałach i piaszczystych plażach, czego wciąż mu skrycie zazdrościli; nie stawiali pierwszych kroków na tej samej ziemi, co ich dumni przodkowie, nie znali okolicy tak dobrze, jak inni Rosierowie. W ich żyłach płynęła już inna krew, krew ich ojca, Karla Ericsona, mężnego bojownika o sprawiedliwość wśród skandynawskiej społeczności. Byli dumni, że nosili jego nazwisko, lecz mała zadra pozostała w ich sercach i wyjątkowo boleśnie odzywała się, gdy przypadkowo ktoś im unaoczniał, jak niewiele ich ze splendorem domu Rosierów łączyło.
Lecz, bez względu na to, jak obcojęzycznie brzmiało nazwisko, które nosili, wciąż należeli do wielkiej rodziny arystokratycznych brytyjskich rodów, a tym samym nie musieli się martwić ani o to, gdzie spędzali swoje wolne dni jako młodociani uczniowie, ani co ich czekało w przyszłości. Ani jedno, ani drugie nie zależało od nich. Na swoje życie nie mieli wpływu. Dlatego nie sprzeciwiali się woli dorosłych, ale spokojnie wypełniali ich polecenia wyuczeni, że głowa rodziny nie myli się. Bez słowa skargi w tydzień spakowali swoje rzeczy i wyjechali z ciepłej siedziby Ericsonów położonej na wybrzeżach Norwegii i przyjechali do Anchor. Z równym spokojem przyjęliby decyzję o wyjeździe z dnia na dzień z Islay na Alaskę. To nie do nich należała troska o byt. To nie oni decydowali o losach członków rodziny. To zadanie należało do osób kompetentnych, cieszących się ogólnym szacunkiem, mających niepodważalne doświadczenie, odznaczonych nobliwymi tytułami. Tak jak ich ojciec. I tak jak ich wuj.


Gabinet, w którym odbywała się lekcja, przytłaczał swoim przepychem podobnie jak pozostałe pomieszczenia w rezydencji. Znajdował się  w przestronnej, wysokiej komnacie, ściany do połowy przykryte były ciemną, połyskującą elegancko boazerią a powyżej wytapetowane na szmaragdowo; z każdej strony na wchodzącego spoglądali dumnie wielcy i zasłużeni przodkowie Rosierów, poczynając od Louisa Rosiera, srogiego dziadka Andrei, Andrew i Evana, a na wyniosłym Gerardzie I, założycielu rodowej siedziby kończąc. W centralnej części pyszniło się ogromne biurko z dębowego drewna, a jego blat miał powierzchnię zadowalającą do pełnienia roli rodzinnego stołu w mniej zamożnej rodzinie. Na zamontowanych na stałe przy rogach biurka wysokich lichtarzach, rzeźbionych misternie paliły się wysmukłe świece, z których nie upływała nawet mała kropelka stopionej parafiny.
Obok szerokiego, wielkiego okna, z którego rozpościerał się widok na zadbany ogród, pod jego marmurowym parapetem mogącym spokojnie zastąpić mniej wymagającemu łóżko, była ulokowana obita ciemnozieloną skórą ława z niskim oparciem. Przed nią stała Andrea, zgarbiona nieznacznie, pocierająca piekącą, zaczerwienioną od uderzenia dłoń. Z fotela zza biurka wpatrywała się w nią czarnowłosa, dobiegająca czterdziestki kobieta o surowym wyrazie twarzy. Jej chude, wręcz szponiaste palce obracały różdżkę.
– Könnte besser sein – powiedziała sucho. – Was war der schlechteste?
– Verben – mruknęła Andrea niewyraźnie. Nie potrafiła podnieść wzroku; nienazwana, ogromna siła przymuszała ją, by spoglądała na miękki dywan kryjący podłogę.
Tak, przepytanie z czasowników pani Noux zafundowała jej specjalnie, tego była pewna. Doskonale wiedziała, jakie były słabe punkty podopiecznej. Nie starała się ich eliminować. Czasem Andrea miała wrażenie, że guwernantka specjalnie dbała o niektóre z jej ułomności, aby mogła ją przycisnąć, upokorzyć i ukarać. Tak jak to prawdopodobnie miało nastąpić i tego pięknego dnia…
– Sage lauter – rozległ się dobitny rozkaz poparty uderzeniem pięści w blat.
– Verben, Frau Noux – powtórzyła głośniej, zgodnie z żądaniem.
Nie musiała słuchać wywodu, jaki po tej samoocenie nastąpił. Wiedziała, jakie słowa padną – że powinna większą wagę przywiązywać do nauki języka, że sama umiejętność mówienia to nie wszystko, ponieważ bez gruntownej teoretycznej wiedzy nie będzie potrafiła płynnie i poprawnie go używać, że poszerzanie słownictwa oraz umiejętność odpowiedniej odmiany poszczególnych części mowy jest niezbędna, że na następny raz musi opanować je perfekcyjnie… Za każdym razem słyszała to samo.
Andrea nie należała do osób, które lubią uczyć się obcych języków. Czasem, gdy siedziała nad listami słówek, wyrażeń i tabelami odmian, jaj umysł wył z bólu. W takich momentach nienawidziła samej siebie – cóż bowiem jej było po takim proteście, skoro umieć to wszystko musiała? Te umiejętności posiadał każdy w jej rodzinie. Nie było takiej możliwości, aby i ona nie władała co najmniej trzema obcymi językami, to nie podlegało żadnej dyskusji, było oczywiste.
– Komm, bitte – pani Noux skinęła na nią palcem. Andrea postąpiła kilka kroków. – Näher.
Podeszła zatem do samego biurka i gdy od pani Noux dzieliła ją już tylko przestrzeń jego blatu, ośmieliła się unieść na chwilę wzrok.
Pani Noux należała do osób obowiązkowych. Doskonale spełniała ten zasadniczy warunek przy staraniu się o pracę guwernantki w domach arystokracji. Potrafiła przekazywać wiedzę nie tylko ze wszystkich dziedzin, jakich znajomości zazwyczaj od dzieci z takich rodzin wymagano, ale i wsławiła się skutecznością swoich metod. Ponadto podobno nigdy z jej ust nie uwolniło się niewłaściwe słowo, a w zachowaniu nikt nigdy nie mógł dopatrzeć się uchybienia. Nie popełniała faux pas, nie zdarzyło się nigdy, by posunęła się do jakiejkolwiek impertynencji. Pani Noux była niczym kompas dobrego wychowania, niczym niezawodny zegarek. Każdy, kto podążał za jej wskazówką mógł być pewnym, że uwolni się od kłopotliwych potknięć i nietaktów w towarzystwie.
Andrea przeczuwała, co ją czekało. Scenariusze lekcji rzadko ulegały zmianom – zaczynały się od przepytania, później następowała część gramatyczna lub teoretyczna, a następnie ćwiczenia – w tym przypadku albo konwersacja na popularne wśród arystokracji tematy, albo powtórka z zasad zachowania w towarzystwie albo…
Pani Noux machnęła krótko różdżką – na pulpicie znikąd pojawił się pergamin pokryty poplątanymi kreskami, datami, nazwiskami…
… pytanie z drzewa genealogicznego rodziny.
– Zuerst – zaczęła pani Noux i wskazała na podkreślone nazwisko znajdujące się u szczytu karty – Wer ist das?
Andrea pochyliła się nad biurkiem, aby odczytać ozdobne pismo. Przymknęła na chwilę oczy.
Oczywiście. O kogóż innego mogło paść pytanie, skoro dopiero co obnażono jej niewiedzę odnośnie tej części rodziny?
– Sirius Black I – odparła. – Er war ein reinblütiger Zauberer. Sohn von Cygnus und Ella Black. Eee…
– Nicht stammele! – zgrzytnął głos pani Noux. Bardzo pilnowała sposobu wypowiedzi – ileż to razy mówiła, że Andrea z racji swojego urodzenia powinna dbać o elegancję wysławiania się i łajała za jąkanie.  – Noch mal.
Andrea odetchnęła głębiej. Zerknęła na drzewo genealogiczne, lecz część dotycząca Syriusza Blacka I była już ukryta przed jej spojrzeniem.
– Er war Sohn von Cygnus und Ella Black – powtórzyła, gorączkowo grzebiąc w pamięci w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji na jego temat. Mało skutecznie. Zapadło ciężkie milczenie – głos dobijającej się od zewnątrz do okna głupiej muchy rozlegał się w komnacie niemal echem.
– Was sonst? – zapytała pani Noux, unosząc cienką brew. – Geschwister? Geburts- Todesdatum?
Co jeszcze? To było dobre pytanie. Rodzeństwo zapewne jakieś miał. Oni wszyscy mieli mnóstwo braci i co najmniej jedną siostrę. To właśnie te rozgałęzienia powodowały, że drzewo od strony Blacków było tak nieczytelne. Dat urodzin i śmierci nie pamiętała, zdawało się jej, że błąkają się gdzieś w głębinach jej umysłu ukryte za irytującą, mglistą zasłoną.
Spojrzenie pani Noux było coraz bardziej deprymujące. Andrea gorączkowo myślała, szukała w pamięci jakiegoś śladu, wspomnienia z poprzednich rozmów, czegokolwiek…
Naraz coś jej zaświtało.
– Sirius war… - Ledwie powstrzymała się, aby się nie zająknąć.- Er war jüngerer Bruder von Fineas Nigellus Black.
– Und? – ta odpowiedź najwyraźniej guwernantki nie zadowalała. Andrea zadrżała. Opuściła wzrok, bezmyślnie wpatrując się w swoje palce. Jeden z paznokci u lewej dłoni był krótszy – widać zaczęła go niekontrolowanie obrywać w czasie odpowiedzi.
– Andrea – powiedziała ostro pani Noux. – Andrea, to jest niedopuszczalne.
Przeszła na ojczysty język, a to był najgorszy z możliwych znaków. Traciła cierpliwość – jej ciemne oczy ciskały błyskawice, palce zaciskały się na różdżce tak mocno, że zbielała jej dłoń.
– Nauczysz się wszystkich biografii po kolei – dodała cicho. – Usiądź przy stoliku.
Wskazała na małe biurko stojące w kącie pomieszczenia. W porównaniu do całego wystroju pomieszczenia prezentowało się skromnie – bez zbędnych ozdób, proste, wręcz niknęło na tle boazerii w tym samym kolorze. Jego nieduży  pulpit był nachylony pod niewielkim kątem, a na nim spoczywały puste kartki. Andrea posłusznie usiadła na krześle, a w tym czasie pani Noux otwarła jedną z szuflad i wyjęła z niej czarne, wąskie pióro ze złotą stalówką. Podała je uczennicy.
– Pisz – zarządziła. – Syriusz Black I, syn Cygnusa Blacka i Elli, z domu Max, brat Fineasa Nigellusa i Elladory, urodzony w 1845 roku, zmarły w 1853 roku z niewiadomych przyczyn…
Andrea wydała z siebie zduszony jęk.
– Pół godziny – rzuciła jeszcze pani Noux, po czym usiadła w swoim fotelu.
Dziewczyna pochyliła głowę nad kartką. Zacisnęła usta. W rytm pisanych kolejnych słów na skórze jej dłoni pojawiały się kolejne, krwawe kreski, kształtujące się w podyktowane przez guwernantkę zdanie.

Lekki wiatr targał liśćmi drzew w zadbanym, dobrze utrzymanym sadzie. Jabłonie, grusze, śliwy i co odporniejsze odmiany wiśni oraz czereśni kształtowały swe korony w kopuły wyraźnie nakłonione do tego ludzką ręką. Wiosną pokrywały się białym i pastelowo różowym, delikatnym kwieciem, tworząc istnie rajskie szpalery przypominające wyimaginowane i wyidealizowane krainy przedstawiane przez natchnionych artystów na obrazach. Teraz gałęzie pozbawione zwiewnej, jasnej szaty uginały się pod ciężarem owoców, których zbiór zapowiadał się wyjątkowo obficie.
Niejeden gospodarz zdziwiłby się, widząc na północnym wybrzeżu szkockiej wyspy tak idylliczny uprawny ogród. Może poczułby ukłucie zazdrości, a może pełen zaskoczenia ruszyłby ku bramie, aby się dowiedzieć, do kogo owe dobrodziejstwa należą.
Pomimo że sad wyglądał na wiekowy – podobnie jak sama rezydencja Rosierów – to drzewa rosły w zadziwiającym nawet na współczesnych ogrodników porządku. Bo któż widział, aby pnie były oddalone od siebie o równe odległości, zupełnie jakby ktoś dawno, dawno temu cały teren zmierzył i podzielił, tworząc proste, przecinające się pod kątem prostym ścieżki wśród stojących w karnym szeregu czereśni? Na szczęście i przesadnemu porządku ktoś postanowił kilka lat później zaradzić. Młodsze, smuklejsze jabłonki wprowadzały odrobinę uroczego nieładu, a jednocześnie tworzyły wraz ze starszymi siostrami harmonijną całość pozbawioną niepokojącej nuty pedantyzmu.
Andrew zerwał rumiane jabłko, a niezamierzony wstrząs gałęzią spowodował, że kolejne dwa z głuchym tąpnięciem spadły na ziemię i zanurzyły się w przyciętej równo, zielonej trawie. Przyjrzał się krytycznie nieskazitelnie gładkiej skórce . Wyciągnął z kieszeni czystą chusteczkę i przetarł owoc, a następnie ugryzł go.
– Doskonałe – powiedział na głos.
Jego zachwyt był trochę na wyrost. Nie przepadał za jedzeniem czegokolwiek prosto z ogrodu. Wolał, gdy podawano mu jabłka wraz z gruszkami na paterze, a warzywa dołączano w postaci wykwintnej sałatki do obiadu. Jednak nie mógł w tym momencie, obserwowany przez mistrza kpin i cynicznego kibica cudzych słabości, okazywać swojego zniesmaczenia. Starał się nie myśleć o robactwie, jakie mogło się lęgnąć na tej soczystej skórce od samej wiosny.
Spojrzał na kuzyna – ten rozłożył się na szerokim konarze ponad jego głową i nie zwracał na niego uwagi, ale w zamyśleniu spoglądał w kierunku rezydencji. Mimo woli podążył za jego wzrokiem. Bez trudu odgadł, że Evan wpatrywał się w jedno z widocznych z tej strony okien do gabinetu pani Noux. Odległość nie pozwalała na rozpoznanie niewyraźnych cieni za szybą, lecz mógł się domyślać, że specjalna lekcja Andrei wciąż trwała.
Nie pojmował nagłej tej troski. Andrea zawsze miała jakieś kłopoty. Jeśli nie z guwernantką to z nauczycielami w szkole, a kiedy i nie z nimi to z samymi rodzicami. Rzadko oni ingerowali bezpośrednio w proces wychowania swoich dzieci, zostawiając to ludziom w tej dziedzinie doświadczonym. Milczenie musieli przerwać po raz pierwszy niemal pięć lat temu, kiedy to otrzymali wiadomość ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Dowiedzieli się z niej, że ich syn zgodnie z przewidywaniami został przyjęty do Slytherinu, ale córki, niestety, do tego wspaniałego domu nie przydzielono. Ona, ku zgrozie rodziny, znalazła się w Gryffindorze. Ona, Andrea Ericson z rodu Rosierów, chlubiącego się statusem czystej krwi i skonkretyzowanymi opiniami odnośnie mugoli!
Nikt wcześniej nie dopuszczał nawet myśli, aby członek rodziny został Gryfonem. Zdawało się to być niepojęte, niemożliwe, uwłaczające nawet. Tam wszak trafiały wszelkie „szumowiny” – jak to mawiał Gerard Rosier, marszcząc przy tym nos z niesmakiem. Oczywiście nie mylił się. To było miejsce dla tych, którzy mieli w sobie odwagę lwa, upartość osła i inteligencję godną przypadkowego koguta. Tak przynajmniej uważano i w Anchor, i w domu Ericsonów, i Blacków.
Andrea zasługiwała na atencję pani Noux. Andrew nie śmiał w to wątpić. I wierzył, że dodatkowe godziny spędzone w tym gabinecie pomogą jego siostrze w wyzbyciu się wszelkich wątpliwości odnośnie hierarchii wartości, jakimi w swym życiu powinna się kierować. A miał wrażenie, że przymusowe przebywanie w jednej wieży z Gryfonami temu nie służyło. Zdarzało jej się rzucić półsłówkami niewłaściwą na oczywiste tematy opinię. Czasem z kolei milczała – wtedy, gdy bezsprzecznie stanowisko należało zająć. Powtarzało się to od czasu do czasu – czy to w rozmowach o szkolnej codzienności, czy to wprawiając się w dyskusjach o polityce. Co prawda miało to miejsce tylko wówczas, gdy byli sami, bez asysty nawet służby. Jednak niepokoił się. Niepokoił tym, co mogło się pojawić w jej myślach. A cieszył się, że pani Noux nie pozwoliła jej spocząć na laurach. Są rzeczy, które trzeba wiedzieć, a brak takiej wiedzy brany jest za hańbiący lub godzien politowania.

Obiad w domu Rosierów jadano w przestronnej jadalni na parterze, która z powodzeniem mogłaby grać rolę sali balowej. U szczytu tak długiego stołu, że mógłby pomieścić wokół siebie czterdzieści osób, siedział Gerard Rosier – dystyngowany mężczyzna słusznej postury. Z nienaganną elegancją odkrawał kawałki pieczeni, którą skrzat domowy usłużnie nałożył mu na talerz, najmniejsza kropelka wina nie miała prawa osiąść na jego perfekcyjnie przystrzyżonych wąsach, ani jeden okruch nie śmiał opaść na zadbaną, siwą trójkątną bródkę. W jego ruchach była nieuchwytna wytworność okryta zwiewnym płaszczem gustownej nonszalancji. Spod oka obserwował młodych ludzi – milczącego i zachmurzonego syna po swojej prawej stronie i bliźnięta Ericsonów po lewej. Cała trójka siedziała prosto, sztywno, lecz z ich postawy znikała już wymuszoność, tak charakterystyczna dla uczącej się dopiero dobrego zachowania przy stole młodzieży.
Naraz odkaszlnął znacząco, z wyraźną przyganą – Andrew drgnął i natychmiast przyciągnął łokcie, które przez nieuwagę rozłożył kilka cali za szeroko.
– Andrea. – Na stanowczy głos wuja dziewczyna uniosła głowę. – Co jest na twojej dłoni?
Mimowolnie puściła widelec i położyła dłoń na stole, niepewnie, jakby chciała ją schować pod blatem, ale niewzruszone zasady, jakie jej wpojono, skutecznie ją powstrzymywały.
– To kara, ojcze – odezwał się Evan. Gerard Rosier minimalnym ruchem powiek i nieznacznym zmarszczeniem brwi dał wyraz swojemu niezadowoleniu. Zapadła cisza.
– Nie ciebie pytałem, Evanie – powiedział sucho.
– Nie przygotowałam się należycie do lekcji, wuju – odparła Andrea. – Pani Noux kazała mi pisać zdania…
Pan Rosier sapnął z ledwie powstrzymywaną irytacją.
– A mówiłem pani Noux, aby wstrzymała te rodzaje kar… – mruknął niechętnie na wpół do siebie. – Czy korzystałaś z wyciągu ze szczuroszczeta?
Andrew i Evan wymienili zaskoczone spojrzenia. Po raz pierwszy pan Rosier raczył zwrócić uwagę na ślady po konsekwentnych i skutecznych metodach wychowania. I wyrzut, który brzmiał w jego głosie, wyraźnie skierowany do pani Noux, był zjawiskiem niecodziennym. Nigdy, a już szczególnie w obecności młodocianych, nie podważał jej kompetencji.
Jeżeli jednak sądzili, że był to znak zaczynających się przemian w domu Rosierów, byli w błędzie.
– Zadbaj, aby nie pozostało po tym śladu – zadysponował, ze skrywaną odrazą wskazując na czerwone blizny na jej dłoni. – Masz czas do tygodnia. Do ślubu Narcyzy.
A na uroczystości tak doniosłej jak ślub ich kuzynki nie było miejsca na najdrobniejsze nawet uchybienia.
Narcyza Black żyła tym nadchodzącym wydarzeniem od przynajmniej roku. Upływał on jej i całej jej najbliższej rodzinie nie szykowaniu planów, rekrutowaniu nowej służby i poszukiwaniu najlepszych dekoratorów, jakich kiedykolwiek widziano. Z powodu tylu nagle obciążających obowiązków, krewnych zapraszali coraz rzadziej na drobne wizyty, a sami niemal przestali odwiedzać innych. Przez ten czas z Rosierami Narcyza nie miała praktycznie kontaktu. Po części na tę sytuację wpływ miał fakt, że niemal dziewięć miesięcy spędzali w Hogwarcie; ale wystarczyło jedno czy dwa przelotne spotkania, aby jej młodsze kuzynostwo uznało to położenie za błogosławieństwo. Narcyza zawsze nosiła głowę wysoko, ale okres narzeczeństwa uderzył jej do głowy. Jedyną osobą, która była w stanie to znieść, była jej rodzona starsza siostra, Bella – reszta rodziny unikała spotkań z nią jak tylko to było możliwe bez sprzeniewierzania się dobrym manierom; kiedy już konfrontacja stawała się nieunikniona, wykazywała uprzejme zainteresowanie przygotowaniami do wzniosłej ceremonii i cierpliwie słuchała opowieści przyszłej panny młodej.
Dla samej Narcyzy, wiecznej perfekcjonistki, należało przygotować się do nadchodzącej uroczystości należycie. Andrea oczyma wyobraźni już widziała, jak jej starsza kuzynka marszczy nos na widok jej świeżych blizn.
– Nie uważasz, że to była lekka przesada? – zapytał Evan, gdy już siedzieli pokoju zajmowanym przez bliźnięta. Andrew rzucił mu oburzone spojrzenie, a Andrea nie zwróciła na jego słowa większej uwagi - w milczeniu obmywała dłoń w przyniesionym przez zaaferowanego skrzata domowego leczniczym wyciągu.
– Twój ojciec ma rację – rzuciła niechętnie. – Zaczęłoby się gadanie wśród tych „nowoczesnych” – wymówiła to słowo z przekąsem – że tak być nie powinno… A jakby, nie daj Morgano, odczytali, co jest na tej ręce…
– Nie o to mi chodzi. – Evan machnął niecierpliwie ręką. – O karze tej waszej guwernantki myślę. Żeby kazać ci wyryć trzy notki biograficzne na skórze!
Rzeczywiście, po Syriuszu I przyszła pora na jego siostrę Elladorę oraz matkę Ellę. Drobne litery pokrywały niemal cały grzbiet jej dłoni, a ostatnie daty zakrawały już o nadgarstek.
– Sama jestem sobie winna – stwierdziła Andrea ze spokojem. – Powinnam znać odpowiedzi na pytania, które mi zadawała pani Noux.
Evan spojrzał na nią z zaciekawieniem pomieszanym z rozbawieniem.
– Powiedz mi jeszcze, że naprawdę tak myślisz.
– Przecież tak mówi – burknął Andrew ze swojego fotela. – W przeciwieństwie do ciebie, Evan, Andy nie kłamie. Jeżeli do tej pory nie zauważyłeś.
– Ależ skąd, oczywiście, że nie kłamie, doskonale o tym wiem. To nie kwestia kłamstwa, to kwestia przekonań. Po prostu nie chce mi się wierzyć, że naprawdę teraz po głowie mojej kochanej kuzyneczki nie krążą żadne przekleństwa pod adresem Noux. Każdy by się na jej miejscu zdenerwował.
– Po co miałabym się denerwować? – zapytała beznamiętnie. – Mogłam wcześniej pomyśleć o konsekwencjach, to nie musiałabym sobie ciąć ręki. Proste.
Czuła pewien żal do siebie, że bezmyślnie dołączyła do Andrew i Evana i wybrała się tego dnia na plażę zamiast powtarzać sobie wiadomości zdobyte na ostatnich spotkaniach z panią Noux. Radość, wypełniająca ją jeszcze tego przedpołudnia, wyparowała całkowicie. Jej umysł krążył wciąż wokół drzewa genealogicznego Blacków, Ericsonów i Rosierów.
– Jesteś ponura – rzucił Evan lekko, jakby rozmawiali o pogodzie. – To sto razy gorsze od zdenerwowania. Dusisz w sobie wszystkie uczucia.
– Znalazł się znawca – prychnął Andrew.
– Nie rozumiem was. To jasne, że przy rodzicach, moim ojcu czy tej waszej Noux musicie zachowywać się stosownie. Ale nikt wam nie spierze skóry, jeżeli na nich będziecie narzekać w swoim towarzystwie! A wy jak mantrę powtarzacie to, co oni wam ładują do głów, żadnego własnego pomyślunku, klapki na oczach…– Przyłożył dłonie do skroni.
– Dorosłych trzeba szanować – rzekł Andrew głucho.
– Bo co? – Evan zerwał się z szezlongu, na którym leżał. – Co im się stanie? Słuchaj, Andrew: jeżeli od prawdziwego szacunku zależałaby pozycja w społeczeństwie, to już dawno oni wszyscy siedzieliby w rynsztoku. A wiesz dlaczego? Bo nie znajdziesz na całym świecie drugiej takiej grupy ludzi, która za plecami wylewa na siebie nawzajem tyle wiader pomyj ile arystokracja. To brutalna prawda i wy – spojrzał na nich z politowaniem – z tą swoją prostodusznością i jednolicowością daleko nie zajedziecie. Nie tutaj.
Nie zdeprymowały go ich pełne zgorszenia spojrzenia. Rodzeństwo najwyraźniej wychodziło z założenia, że jeżeli od najmłodszych lat uczono ich posłuszeństwa, nie mogą złamać niewypowiedzianej nigdy wprost obietnicy. Byli ślepi na tak wszak ostentacyjne niedomówienia jakie rządziły w ich rodzinie, nie chcieli albo naprawdę nie potrafili dostrzec prawdziwych przesłań płynących z nauk, którymi ich karmiono. Oczywiście nikt nie zamierzał wyprowadzać ich z błędu i naprowadzić litościwie na właściwą ścieżkę rozumowania. To równałoby się z opuszczeniem strefy cienia, wypowiedzenie na głos tego, co nigdy nie było wypowiedziane, złamanie odwiecznej umowy o dyskrecji otaczającej niczym bańka mydlana wszystkie zasady, którymi faktycznie się kierowano. A to oznaczało, że takie osobniki jak Andrea i Andrew można było od razu spisać na straty. Ich przyszłość malowała się różowo – do czasu, kiedy te tajemne, niezrozumiałe dla nich reguły arystokratycznej gry nie zaczną od nich wymagać samodzielności; potem jedyną dla nich alternatywą pozostanie równia pochyła. Pamięć o nich zniknie jeszcze szybciej, niż o wydziedziczonych – ci drudzy bowiem zawsze budzili więcej kontrowersji, ich przypadki lubiano skrycie omawiać nawet w kilka lat po wykreśleniu ich z drzewa genealogicznego rodziny. A co można było powiedzieć o tak marnych pionkach, które trafiły na planszę nie znając zasad ruchu? Ich przypadki uważano za żałosne, czasem smutne, ale na pewno nie za interesujące.
Evan zdawał sobie z tego sprawę jako jeden z tych, którzy w sytuacji na planszy orientowali się doskonale; jednak na swój sposób nawet polubił swoje kuzynostwo i kierowany po części tą sympatią, po części litością, chciał wyciągnąć do nich pomocną dłoń. Próbował na wszelkie sposoby – ostrożne, rzecz jasna, by zachować tradycyjną elegancję – zasygnalizować im, że świat nie jest taki, jaki im się wydawał. Ale kiedy zrozumiał, że jego starania nie mają szans przynieść jakiegokolwiek rezultatu, machnął z irytacją na reguły ręką.
Zastanawiał się, jak dużo czasu będą potrzebowali, aby do ich zakutych łbów trafiło to, co im wyłożył. Widząc ich miny, ze spokojem mógł założyć, że niemało i z pewnością na najbliższą rodzinną uroczystość na wyższy poziom oświecenia ich nie wprowadzi. Nie od razu Rzym zbudowano, pocieszył się w myślach. Ale nawet wrodzony optymizm miał swoje granice i obserwując kuzynostwo, tracił wiarę w ludzką inteligencję.
Może to kwestia skandynawskich korzeni? Szlag wie, co to właściwie za rodzina, ci Ericsonowie. Ich cechy daleko odbiegały od tych, których można było się spodziewać po Rosierach. Tych zawsze uważano za jednych z najbystrzejszych ludzi  w szanowanych rodach. Słynęli też z niezwykłej intuicji i niezrównanego instynktu przetrwania, dzięki czemu zawsze potrafili sprzymierzyć się z kimś, kto mógł zapewnić im realnie największe korzyści. Tymczasem prostoduszne bliźnięta najlepiej określało stwierdzenie: „głupi ma szczęście”. Może i uczyli się łatwo, może i byli ułożeni, uprzejmi, a czasem nawet potrafili zdobyć się na wyszukaną aluzję czy złośliwość, ale nie potrafili zbaczać z wytyczonych im ścieżek. Potulni niczym baranki szli za przewodnikiem, wierząc całym swoim naiwnym sercem, że właśnie tego się od nich wymaga.
Nie zamierzał pozwolić im zginąć. To ślepe szczęście zesłało im szansę, za jaką uważał się właśnie on – i miał zamiar ich wyprowadzić jeszcze na ludzi. Tyle że nie był wcale przekonany, czy po najbliższej konfrontacji z tak liczną grupą zmanierowanych, wyrafinowanych, pełnych specyficznego poczucia humoru krewnych i powinowatych  będzie miał jeszcze nad czym pracować.

2 komentarze:

  1. Zacznę od tego, że trochę niewygodnie czyta się jak linijki są tak blisko siebie, radziłabym to poprawić, będzie przyjemniej dla oka :))
    Masz wspaniały styl, pisownię, piszesz tak, jakbyś nagrywała film. Widzimy każdy szczegół sytuacji i to jest świetne, mało która osoba teraz potrafi tak dobrze manipulować słowami.
    Masz świetne opisy miejsc, naprawdę bardzo mi się spodobały te wszystkie porównania. Na początku nie potrafiłam trochę ogarnąć całego tematu, ale pod koniec uznałam, że chyba już rozumiem o co tu chodzi, a już zwłaszcza w tym pokręconym drzewie genealogicznym haha. Oprócz tego, hm, świetnie odnajdujesz się w tej historii i wszystkich jej szczegółach. A kiedy usłyszałam, że panna Andrea jest w Gryffindorze, ha, od razu ją polubiłam. Mogę powiedzieć, że zaraziłaś mnie jak na razie bakcylem tego opowiadania i z przyjemnością będę się w nie zagłębiać. Błędów jako tako nie było, wyłapałam jedynie to:
    "który od głównej alei oddzielony on został półmetrowym" - bez on :)
    I to by było na tyle, niestety kolejne rozdziały nadrobię w najbliższym czasie z przykrego powodu - nawał nauki. Mam nadzieję, że stanie się to szybko i w końcu będę mogła się wypowiedzieć w pełni o tym co przeczytałam.
    Pozdrawiam cieplutko i - mam nadzieję - do niedługiego napisania.
    Atelier {stop-dreaming-hp.blogspot.com}

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czym ja sobie zasłużyłam na tyle pochwał? :)
      Dziękuję za Twój komentarz, za poświęcony czas i mam nadzieję, że będziesz czytać to opowiadanie do końca.
      Co do braku czasu - doskonale Cię rozumiem.
      Wpadnę i poczytam Twoje opowiadanie, kiedy tylko ogarnę swoje obowiązki - bardzo lubię Huncwotów.
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń