01.03.2014

001. Prolog


Nad wysokimi, sędziwymi palmami wschodziło słońce. Od niemal pierwszych chwil witało się z dawno niewidzianą ziemią prażącym, oślepiającym blaskiem niepowstrzymywanym przez chmury, które rozpierzchły się niczym poddani wycofujący się w pokłonach przed wchodzącym do komnaty królem. Łagodne fale szafirowej wody w zacisznej zatoce delikatnie podmywały piaszczyste brzegi.
Za szeroką, złocistą plażą glebę zagarniała soczystozielona, bujna roślinność w postaci mięsistych, ogromnych, krzaczastych liści, obwiniętych lianami grubych drzew, tropikalnych, oszałamiająco wybujałych kwiatów czy podobnych do bluszczu dzikich pnączy. Wśród ich gąszczu wciąż panowała walka o dostęp do ożywczych promieni słońca – każda roślina próbowała zdusić sąsiada i po jego resztkach wychynąć z cienia, zaczerpnąć orzeźwiającego, świeżego powietrza niezatrutego zapachem wieloletniej zgnilizny, która szerzyła się w dole. Próbowały wykorzystać olbrzymów – monstrualnych wysokości sekwoje, wbić się jakoby pazurami w ich grubą korę i wspiąć się ku celowi, strącając po drodze konkurentów. Inne z kolei, bardziej samodzielne, starały się zbudować swą własną potęgę na bazie doświadczeń i możliwości dostarczonych przez wieki ewolucji.
W głębi lądu kto inny wygrał odwieczną rywalizację – ostre narzędzia człowieka przystąpiły do pracy, aby zakłócić harmonię tego miejsca, wyrżnąć przestronną polanę i postawić w tym miejscu zabudowania skupione wokół małego dworku. Nazwanie go dworkiem było może trochę na wyrost – faktycznie wyglądał na nieco większe domostwo na kamiennej podmurówce zapobiegającej gniciu w tym wilgotnym klimacie ścian z drewnianych bel. Czasy świetności miał już dawno za sobą – miejscami konstrukcja obsunęła się samoistnie, gdzie indziej można było dostrzec działanie zawistnej natury pod postacią zbyt ulewnych deszczów czy burz. Dach załamał się pod własnym ciężarem, okna straciły swój pierwotny kształt, niektóre zabito skrzyżowanymi deskami inne zakryto zwykłą tekturą. Drzwi ledwie trzymały się na zawiasach, a trzy schodki (wykute w skale przetransportowanej zapewne specjalnie w tym celu z oddalonych znacznie wzniesień) obtłukły się i porosły mchem. Takiego domostwa nie ominąłby jedynie zdeterminowany bezdomny szukający rozpaczliwie dachu nad głową, ale takowy może i zadowoliłby się jedną z komórek postawionych nieopodal. Ich stan nie odbiegał od tragicznego stanu domu, ale w ostateczności mogły okazać się bardziej przytulnymi przybytkami ze względu na swoją mniejszą powierzchnię.
A jednak ktoś okazał zainteresowanie tym miejscem. Na polanie o świcie pojawił się czarnowłosy mężczyzna w wystrzępionej szacie. Pomimo mało eleganckiego wyglądu trudno byłoby odszukać w nim żebraka – stał zbyt dumnie, ubranie jego, mimo że niechlujne, nosiło znaki nie doskwierającej wieloletniej biedy a raczej wynikającego z braku czasu roztargnienia i abnegacji. Bez wahania podszedł do drzwi i zapukał, wprowadzając je tym samym niemal w ruch wahadłowy.
Otworzono mu; mogło się to wydawać zaskakujące, zważając, że owo małe gospodarstwo wyglądało na nie tylko niezamieszkane, ale i od dawien dawna opuszczone i pozostawione na pastwę żądnej zemsty za bezpardonowe potraktowanie puszczy. A jednak w progu pojawiła się kobieta – wysoka, w miarę szczupła, o twarzy pooranej przedwczesnymi zmarszczkami. Płowy, przyprószony gdzieniegdzie siwizną warkocz związany w bezkształtny węzeł opadał na jej kark. Sylwetka kobiety, przygarbiona trudami wielu zbyt ciężkich lat, okryta była zblakłą suknią, niegdyś elegancką i zdobną, teraz wytartą i połataną. Jedynie jej szmaragdowe oczy pozostały żywe o bystrym spojrzeniu godnym młodej, energicznej, inteligentnej damy, którą zapewne niegdyś była. Zlustrowała przybysza wzrokiem i bez słowa cofnęła się do środka, pozwalając mu wejść do korytarza.
Wnętrze domu zaskakiwało jako takim porządkiem i skromnym, lecz zadowalającym umeblowaniem, tak nieprzystającym do wyglądu zewnętrznego. W pokojach nie było śladu po zabitych niechlujnie oknach czy też zniszczonych fragmentach ścian. Parapety pokryte nieznaczną warstewką kurzu gościły małe doniczki lichych roślinek, w ramach okiennych pyszniły się zaledwie lekko przybrudzone szyby, na starych karniszach wisiały przyżółkłe firany. Podłogi pokrywały stare dywany tylko tu i ówdzie nadgryzione przez mole. W największym pomieszczeniu pysznił się wiekowy, dębowy stół. Z braku miejsca dwa jego boki przytulone były do ścian, przy drugim dłuższym stały dwa różne krzesła, a między drugim krótszym a przeciwległym kątem wcisnął się pluszowy fotel wydzielający prawie niewyczuwalną, lecz nieprzyjemną woń stęchlizny. Na kulawym sekretarzyku spoczywał gramofon odtwarzający z chrzęstem i różnorodnymi trzaskami jakiegoś walca.
Kobieta wprowadziła do tego saloniku swojego gościa i wskazała mu jedno z krzeseł. Skorzystał skrzętnie, opadając na siedzenie ze zmęczeniem. Ona przystąpiła do samowara stojącego na szerokiej komodzie, sprawdziła, czy jest woda, pochyliła się ku drzwiom szafki i wyjęła stamtąd dwie filiżanki; jej dłonie trzęsły się przy tym straszliwie, a porcelana dzwoniła niczym dzwonki na wietrze. Nie potrafiła zapanować nad drżeniem – po części wynikającym zapewne z choroby czy przedwcześnie ogarniającej jej starości, ale i po części powodowanym badawczym wzrokiem przybysza.
Cały czas milczał, nie pofatygował się, by pomóc gospodyni, nie raczył wyjaśnić celu swej wizyty. Z jego twarzy nie znikał wyraz niezwykłej czujności jakby węszył podstęp w niej, domu, a nawet przygotowywanej przez nią herbacie.
– Spodziewałam się, że kiedyś mnie znajdziesz – odezwała się. Jej głos brzmiał niemal młodo, szpecił go jedynie odgłos podobny do pochorobowej chrypy. Nalała bursztynowego płynu do filiżanek i wzięła je do rąk.
Brzęk tłuczonej porcelany. Jeden ze spodeczków wypadł z jej dłoni. Nagle zaaferowana postawiła drugi na stole obok fotela, po czym rozejrzała się, szukając czegoś. Jej spojrzenie padło na zakurzoną różdżkę leżącą na komódce pod oknem, nim jednak ją pochwyciła, jej tajemniczy towarzysz wydobył zza pazuchy swoją.
Reparo – mruknął. Kawałki potłuczonego naczynia połączyły się w jednej chwili. Podziękowała mu skinieniem głowy. Ponownie podeszła do samowara, nalała napoju.
– Nie ułatwiałaś mi tego – zauważył sucho. Kobieta w pierwszym momencie zerknęła na niego zdezorientowana. Potem w jej oczach pojawiło się zrozumienie. Odpowiadał na jej wcześniejsze słowa.
Usiadła na drugim krześle. Sięgnęła łyżeczką do stojącej na przyżółkłej, ażurowej serwetce cukierniczki. Jeden raz, drugi, trzeci. Zamieszała posłodzoną herbatę. Spróbowała. Krzywiąc się, sięgnęła po raz czwarty.
– Wielu szuka. A ja nie lubię przyjmować gości – wyjaśniła krótko.
Obserwowała go znad swojej filiżanki. Jej szmaragdowe oczy przewiercały go na wskroś.
– Odważnie – zawyrokowała w końcu. – Prowadzić poszukiwania samemu, będąc zbiegiem. Nie będąc pewnym, czy nie wchodzi się w paszczę lwa. Co byś zrobił, gdybym się nie wycofała? Miałbyś siłę, żeby walczyć?
– Rozpatrujemy przypadek, w którym – jak rozumiem – nie cierpisz na chorobę śmiertelną zwaną tchórzostwem. – Uniósł brew. – To ciekawe, bo mi taka opcja w ogóle nie przyszła do głowy.
– Zawsze pewny siebie. Zawsze arogancki – mruknęła, odwracając głowę. On, słysząc to, nie potrafił powstrzymać wypływającego uśmieszku samozadowolenia. Od niego jego twarz jakby odmłodniała o dziesięć lat.
– Nawiasem mówiąc, nie spodziewałem się jednak, że wpuścisz mnie bez słowa sprzeciwu – dodał.
– Wiedziałam, że nie spoczniesz, dopóki się nie dowiesz, co się z nią stało – odparła, a jej głos nagle złagodniał. – Wiedziałam, że jakimkolwiek tropem nie pójdziesz, trafisz do mnie. Jestem ostatnim z żyjących, co zna całą tą historię. Wraz z jej… – zawahała się – długim zakończeniem.
Na ułamek sekundy wyraz jej dotychczas spokojnej twarzy zmienił się – przebiegł po niej błyskawiczny spazm bólu wywołany zapewne rozbudzonym tymi słowami wspomnieniem.
– I ta wiedza powinna umrzeć razem ze mną. – Spojrzała na niego z błyskiem w oku. – Zaszyłam się tu, aby pamięć i o niej, i o nim, i o mnie umarła śmiercią naturalną. By zniechęcić do poszukiwań i moich dawnych sojuszników i wrogów. By nie sczeznąć w więzieniu tak jak niektórzy. By historia ta nie stała się proporcem dla przeciwników mojego pana. Nie chciałam, aby mnie znaleziono.
Wstała, wspierając się ciężko o blat stołu. Podeszła do komody, otwarła jedną z górnych szuflad. Z jej dna wygrzebała kawałek zwiniętego materiału. Po otrzepaniu i rozwinięciu okazał się być apaszką. Niegdyś zapewne zwiewną, teraz nadgryzioną przez ząb czasu, kruchą, sprawiającą wrażenie jakby ledwie jeden niewłaściwy podmuch mógł obrócić ją w pył. Miała barwę czerwoną, a na jej krańcach ku środkowi rozwijał się wzór z zielonych linii czy liści.
– Poznajesz? – zapytała, stając przed gościem i pokazując mu ją z bliska. Rzucił jej nieodgadnione spojrzenie, a jego ręka ostrożnie dotknęła materiału. Poznawał, nawet nie starał się specjalnie tego ukrywać.
– Miała to. W ostatnich chwilach. Z rozmysłem zabrała właśnie ją. Właśnie dlatego – rzekła z westchnieniem – nie zamierzam cię odprawić z niczym.
– Spodziewam się.
– Tak… Już los zdecydowanie musiał ci sprzyjać, skoro tutaj dotarłeś. Ale zawsze miałeś więcej szczęścia niż rozumu.
– Schlebia mi twoja opinia o mojej skromnej osobie. – Uniósł wzrok znad apaszki. Dostrzegła w jego oczach cień wesołych ogników, które dawniej tak często musiały się tam pojawiać.
Tym razem i ona nie wstrzymała uśmiechu. Jej usta wygięły się w nim z pewnym trudem, jakby nie robiły tego od wielu już lat.
– Nic się nie zmieniłeś.
Usiadła z powrotem na krześle, uniosła filiżankę w trzęsącej się nieco mniej dłoni. Kilka kropel rozprysnęło się o spodeczek, nim upiła pierwszy łyk. Spod oka znów obserwowała przybysza tym razem pochylonego nad chustą, którą mu pokazała. W milczeniu patrzyła jak przyglądał się wystrzępionym brzegom, przepatrywał kolejne rogi z niezwykłą uwagą, a w końcu przyłożył ją do twarzy nabożnym wręcz ruchem i głęboko wciągnął powietrze. Mimo woli pokiwała głową.
– Od czego mam zacząć? Co chcesz wiedzieć? – zapytała.
Nie odpowiedział od razu. Jeszcze raz powąchał materiał; przymknął powieki, ze zmarszczonymi brwiami szukał jakiś obrazów w przeszłości, mając za przewodnika właśnie ów zapach.
– Wszystko – szepnął, otwierając oczy. Na jego obliczu pojawiła się niezwykła wręcz powaga. – Od ostatniego spotkania.
– Tego sprzed trzynastu lat?
– Nie. To nie było spotkanie prawdziwe.
– Dla niej było… - zaczęła, ale nie pozwolił jej skończyć.
– Wcześniejszego. Nim nasze ścieżki definitywnie się rozeszły.
Odstawiła filiżankę z głośnym brzdękiem. Z westchnieniem spojrzała za okno, jednak nie dostrzegała zieleniejącej się tam tropikalnej roślinności, nie słyszała dobiegającego stamtąd głosu barwnych ptaków ani szumu ogromnych liści czy plusku rozbijających się za ścianą lasu fal ciepłej zatoki. Przed jej oczami malowały się znów wydarzenia sprzed lat okraszone dźwiękami zgoła mniej przyjemnymi dla ucha.
– To będzie długa historia… Bardzo długa – zastrzegła, lecz nie spodziewała się słowa niechęci. – Dla naszej wygody radzę ci, nie przerywaj.
Gość zgodził się bez wahania, a następnie rozsiadł wygodniej w fotelu. Ciemne oczy wpatrywały się w nią znad złączonych dłoni wciąż trzymających apaszkę.

_____________________

Prolog zbetowała April Rove, za co bardzo dziękuję. :)

6 komentarzy:

  1. Wiem, że wyraziłam już opinię o prologu w mejlu, ale wtedy byłam zachwycona i niepoczytalna. Za to teraz w miarę myślę (chociaż wciąż jestem zachwycona), więc cosik napiszę jako Twoja pierwsza czytelniczka. :) No to może od początku.
    Styl pisania masz świetny. Czytało mi się lekko. Opisy tworzysz po mistrzowsku, wszystko, o czym pisałaś, wręcz widziałam przed sobą. I dialogi są naturalne, niewymuszone (nie to co u mnie xD). Błędów dużo nie robisz (w sumie nic dziwnego, skoro jesteś moją betą, a resztę ja poprawiłam, ale cooo tam :D). Nie mam Ci w sumie niczego do zarzucenia.
    Albo nie, jednak mam. Ty cholero jedna, jak mogłaś mi nie zdradzić, co będzie w rozdziale!? Bo zaciekawiłaś tym prologiem. Nie wiadomo do końca, o co w nim chodzi, o czym ci ludzie mówią, kim są. Ale będę grzeczna, bo jeszcze usuniesz bloga i co? (W sumie to wiadomo co. Napiszę parodię i zrobię Ci obciach. Jednak wolę się do tego nie posuwać. xD)
    Właściwie mój komentarz powinien być o wiele dłuższy (bo ja zazwyczaj piszę mega długie komentarze), ale nie mam Ci nic więcej do powiedzenia, jesteś za dobra w pisaniu, żebym się mogła szerzej wypowiedzieć.
    No to do następnego rozdziału (a właściwie to do następnego mejla, no ale...).
    Całuję,
    Ap
    PS Nie masz za co dziękować. ;)
    PS 2 Usuń weryfikację obrazkową, bo wkurza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak podziękuję. :) Serio, cieszy mnie, że po "ochłonięciu" zdania nie zmieniłaś... A o rozdziale specjalnie Ci nie mówiłam. ;P Żeby nie psuć niespodzianki.
      Weryfikację usunęłam, dzięki za cynk. ;)
      Pozdrawiam,
      Aranel

      Usuń
  2. Ciekawy prolog. ;) Długi, ale czytało się szybko. Super sprawa, opisy świetne, itd... Pisz dalej i pisz jak najszybciej! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) I cieszę się, że się ujawniasz. :)

      Usuń
  3. Postanowiłam jednak komentować każdy rozdział, może łatwiej będzie mi się wypowiedzieć o tej historii. Mam nadzieję, że to nie sprawi Ci kłopotu, a raczej ucieszy :)
    Bardzo ładny prolog, moim zdaniem ma wszystko co powinien i - przede wszystkim - sprawia, że ma się ochotę od razu przeczytać pierwszy rozdział, bo nie wie się o czym do cholery oni mówią i aż korci żeby natychmiast się tego dowiedzieć. Nie zauważyłam błędów, choć powinnaś się wystrzegać dążenia do perfekcji opisów, czasem znalazła się np. taka chustka w linie czy liście co nie brzmi dobrze. Opis puszczy też jest świetny, ale czasem trochę schodziłaś ze szlaku, jakbyś nagle na kilka słów osuwała się jedną nogą za krawężnik, a potem wracała. Jedyne co wyłapałam to powtórzenie słowa 'pyszniły', o tutaj:
    "w ramach okiennych pyszniły się zaledwie lekko przybrudzone szyby, na starych karniszach wisiały przyżółkłe firany. Podłogi pokrywały stare dywany tylko tu i ówdzie nadgryzione przez mole. W największym pomieszczeniu pysznił się wiekowy, dębowy stół."
    Oprócz tego, bardzo ładnie :)
    No cóż, czas na rozdział pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że mnie ucieszy. :)
      Dziękuję za miłe słowa i uwagi. Powtórzenie już zlikwidowałam. :)

      Usuń